„Sekretna Polska. Przewodnik nieoczywisty” i wzmianka o Białymstoku

O książce Sekretna Polska. Przewodnik nieoczywisty autorstwa Magdaleny Stefańczyk dowiedziałam się z jednej z gazetek promocyjnych Empiku. Zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam zamówić ją w bibliotece i odczekać swoje w kolejce. Muszę wspomnieć, że w sierpniu miną już dwa lata, od kiedy znacznie ograniczyłam moje zakupy książkowe i na nowo pokochałam miejskie biblioteki. Kiedyś kupowałam właściwie każdą książkę, którą chciałam przeczytać, co skutkowało oczywiście wiecznymi problemami z ich późniejszym przechowywaniem. Dziś sprawdzam najpierw dostępność książki w dzielnicowych bibliotekach, a dopiero później rozważam sens jej zakupu na własność. Na „Sekretną Polskę” postanowiłam jednak poczekać, ponieważ oprócz wielu pozytywnych opinii napotkałam również kilka naprawdę krytycznych…

Sama idea książki jest godna pochwały – pokazać czytelnikowi miejsca nieoczywiste, o których nie przeczytamy w każdym przewodniku. Zachęcić do aktywności fizycznej w różnych okolicznościach przyrody. I pokazać, że w obecnych czasach to Internet jest źródłem wiedzy i inspiracji dla wielkich i małych podróżników i zwykłych turystów. W efekcie powstała jednak książka, w której autorka opisuje po prostu te miejsca i aktywności, które osobiście lubi czyli robi właściwie to samo, co na swoim blogu, ale w formie drukowanej. Jeśli liczycie na liczne insider tips, możecie się rozczarować. Poczytacie jednak o przygodach autorki w poszczególnych regionach, w tym również w województwie podlaskim.

Białystok reprezentuje mural Dziewczynka z konewką. Z bloga dowiadujemy się, że to właśnie on przyciągnął autorkę do naszego miasta i stanowił główną atrakcję pobytu: Białystok. Z wizytą u dziewczynki z konewką

Obawy autorki dotyczące planów stworzenia muralu z podobizną Zenka Martyniuka sprawdziły się…

W książce znajdziemy również dość obszerne opisy poświęcone Suwalszczyźnie. Autorka zachwyca się (słusznie!) tym regionem, ale prezentuje go, niestety, mało rzetelnie. Od kiedy Wiżajny i Góry Sudawskie leżą w obrębie Suwalskiego Parku Krajobrazowego???!!! He?

Jednym z mocniejszych punktów tej książki jest zestawienie stron i blogów regionalnych prowadzonych przez lokalnych patriotów, zapaleńców i/czy przewodników. Podlasie reprezentuje Anna Kraśnicka z Białystok subiektywnie

Wróćmy jeszcze do Dziewczynki z konewką. Jeżeli interesuje Was street art i pragniecie poznawać Białystok przez pryzmat murali, odpalcie lepiej interaktywną mapę murali z bloga Anny. Dowiecie się z niej dużo więcej niż z wzmianki w Sekretnej Polsce :)

Białystok. Interaktywna mapa murali 2019

Reasumując – cieszę się, że wypożyczyłam Sekretną Polskę. Zanotowałam sobie kilka cennych wskazówek i atrakcji, które mnie zaintrygowały, dowiedziałam się o istnieniu wartościowych blogów regionalnych. Muszę jednak podkreślić, że wiele treści z książki znajdziecie po prostu na stronie See U in Poland!

Reklamy

zgadywanki

Jeśli ktoś mieszka w pobliżu tego domku, poniższa fotozagadka nie będzie stanowić żadnego problemu. Ale ci z Was, którzy w tym rejonie miasta bywają rzadziej, mogą się pozastanawiać, gdzie uchował się taki świadek historii…

Zalew Czapielówka czyli wakacje w stylu retro

W Czarnej Białostockiej ostatni raz byłam jeszcze w czasach licealnych. W dzieciństwie pojechaliśmy tam z rodzicami kilka razy w celach rekreacyjnych, jednak wypady nad tamtejszy zalew nigdy nie stały się naszą rodzinną tradycją. W międzyczasie słyszałam o tym miejscu dużo dobrego – wyremontowano pomost, uporządkowano bezpośrednie otoczenie zalewu, poprowadzono ścieżki rowerowe.

Niedawno trafiliśmy tam trochę przypadkiem. Chcieliśmy wyskoczyć na chwilę z Białegostoku, ale nie mieliśmy możliwości i, powiedzmy szczerze, chęci na dalsze wyjazdy, dlatego wybór padł na Czarną Białostocką. Przez chwilę rozważałam nawet wyjazd pociągiem, jednak względy praktyczne wzięły górę. Dojazd nad zalew jest dobrze oznakowany, także bez problemu dotarliśmy na miejsce.

Tuż przy parkingu wita nas stara „tablica pamiątkowa” informująca o czasie budowy zalewu:

Samochodem dojedziecie również na drugą, plażową stronę zalewu, jednak my woleliśmy zaparkować w cieniu i przejść się kawałek pieszo. Również i Wam polecam spacer przez mostek ze względu na słynne „źródło Romana”. Bez problemu je odszukacie – przy mostku znajduje się tablica pamiątkowa, natomiast tuż obok źródła wmurowano również mniejszą tabliczkę z pełniejszymi informacjami:

Wyczytałam, że pan Roman Cyniak był wędkarzem, odkrywcą i opiekunem tego źródełka. Woda ze źródła jest przebadana, zdatna do picia i zdarzają się tam kolejki chętnych do napełnienia butelek i baniaczków tą smaczną wodą. Tak – woda jest smaczna, bardzo zimna i dobrze gasi pragnienie. Należy jednak wspomnieć, że schodki prowadzące do źródła nie są niestety w najlepszym stanie. Zejścia w klapkach raczej nie polecam…

Ku mojemu zaskoczeniu, zniknął pomost łączący oba brzegi zalewu. Widziałam go na wszystkich zdjęciach i filmikach, ale nie na żywo. Czy jest poddawany renowacji?

Nad zalewem byliśmy w pierwszą sobotę wakacji. Wśród plażowiczów dominowali tak zwani lokalsi, a tłumów nie stwierdzono. Zgodnie uznaliśmy, że panuje tam wciąż taka miła atmosfera retro. Nie ma nachalnej małej gastronomii – dopatrzyliśmy się tylko jednego food-tracka. I to jest fajne – kiedy przyciśnie nas głód, możemy coś przekąsić, ale otoczka nie dominuje nad zalewem. Nie gra głośna muzyka. Niektórzy grillowali, inni opalali się na plaży lub na pomoście, a co odważniejsi kąpali się. Woda była dość zimna :) Na miejscu można wypożyczyć kajaki i rowery wodne. I wciąż można podziwiać zalew z pozycji widza w tamtejszym amfiteatrze :) To ciekawe rozwiązanie, podobnie jest w Puńsku. To zresztą niejedyne skojarzenie z moją ulubioną Suwalszczyzną. Podobnie pozytywne emocje towarzyszyły mi ostatnio na plaży w Starym Folwarku nad Wigrami, która mimo rewelacyjnego położenia wciąż opiera się komercjalizacji. Tam również można plażować w stylu retro :) Także jeśli na samą myśl spędzania wakacji na przykład w Augustowie nad jeziorem Necko robi się Wam słabo, a nie chcecie całkowicie rezygnować z plażowania, sprawdźcie Stary Folwark (i pójdźcie przy okazji do tamtejszego Muzeum Wigier).

Będąc w okolicy, możecie podjechać do Czarnej Wsi Kościelnej, która słynie ze Szlaku Rękodzieła Ludowego. Ciekawie położona, zachęca do odpoczynku w jednej z licznych kwater agroturystycznych. Panuje tam tak niesamowity spokój… Łatwo można zapomnieć, że jesteśmy 20 minut drogi od Białegostoku.

Jeżeli interesuje Was historia Czarnej Białostockiej, zachęcam do odsłuchania reportażu o tym miasteczku, który przygotowało Polskie Radio Białystok. A o samej historii powstania Zalewu Czapielówka przeczytacie na oficjalnej stronie Urzędu Miejskiego w Czarnej Białostockiej.

AKTUALIZACJA

Nie spodziewałam się, że wpis o Zalewie Czapielówka spotka się z tak ciepłym przyjęciem. Jak widać, czasem naprawdę niewiele trzeba, aby ożywić wspomnienia! Jedna z koleżanek, która od lat wspiera mój blog, postanowiła nawet odwiedzić to miejsce po latach. Wczoraj dostałam kilka zdjęć znad zalewu – można go obejść dookoła. Czeka nas przeprawa przez trzy kładki, jedna z nich dość pilnie wymaga remontu. Zdjęcia udostępniam za wiedzą i zgodą koleżanki.

malwy białostockie

Chociaż w obecnych czasach mamy dostęp do coraz bardziej egzotycznych roślin, i tak najwięcej pozytywnych emocji wywołują kwiatowe ogródki w starym stylu. Pewnie każdy z nas kojarzy sielskie wiejskie domki ukryte w gąszczu tradycyjnych polskich kwiatów – to przecież gotowe plenery do obrazów czy zdjęć. Są naturalnie piękne, nie planował ich żaden architekt krajobrazu i nie wydzielono w nich granic niczym od linijki.

Okazuje się, że również wśród bloków w mieście możemy nacieszyć się kwiatami. Im starsze osiedle, tym więcej przyblokowych ogródków. W Warszawie mieszkamy na starym osiedlu o typowo parkowym charakterze, ale i rodzimy Białostoczek może poszczycić się kolorowymi ogródkami. W ubiegły weekend wybraliśmy się w rejon ulic Zagumiennej, Białostoczek i Olsztyńskiej. Dawno tam nie byłam, a obecnie jest to chyba najspokojniejsza część osiedla. Blisko do miasta, cicho jak na wsi – nie przesadzam :) Moją uwagę zwróciły przede wszystkim wolno i dziko rosnące malwy, które akurat w czerwcu rozkwitają. Od razu pomyślałam o piosence Czesława Niemena, który już dawno temu śpiewał o „malwach białostockich” – dla mnie to również kwintesencja podlaskich kwiatowych ogródków.

Kwiaty nad Wisłą mazowieckie
Stokrotki, fiołki i kaczeńce
Zielone wierchy nad Warszawą
Kwieciste nad domami wieńce.
Kwiaty znad Odry, gąszcze, róże,
Stukolorowe pióra pawie
W parkach Szczecina i Opola
W małych ogródkach pod Wrocławiem…

Kaliny, malwy białostockie,
Lubelskie bujne winogrady,
Dziewanny złote pod Zamościem
I w Kazimierzu białe sady.
Kwiaty nad Wisłą, Narwią, Bugiem,
Zbierane w słońcu, przy księżycu
Kocham was kwiaty mej ojczyzny
Nad Odrą, Wartą i Pilicą…

Czesław Niemen / Kwiaty ojczyste

W niedzielę rano wsiadłam na rower i ponownie pojechałam w tamte rejony. Na spokojnie przeszłam się po podwórkach i doszłam do wniosku, że są bardzo zadbane. Prawie w każdym kwartale znajduje się mały i kameralny plac zabaw, wszystkie chodniki są proste, a ogródki w zdecydowanej większości zadbane. Wielu mieszkańców ma w nich również drzewa owocowe, a niektórzy hodują nawet pomidory :)

Dziś miejscy aktywiści starają się przekonać, że życie w mieście nie musi oznaczać odcięcia się od natury. W Warszawie organizuje się wspólne ogrody, w których mieszkańcy mogą uprawiać w skrzynkach swoje rośliny. Na moim osiedlu prężnie działa grupa zapaleńców, którzy wspólnie pielęgnują rabaty i ogródki. A wśród bloków na Białostoczku wszystko to dzieje się tak po prostu, bez dorabiania dodatkowej ideologii. Brawo!

Polecam Wam spacery po osiedlach. Nie tych nowych, z jednym smętnym drzewkiem na trawniku, ale tych starszych. Osiedle Tysiąclecia to chyba najlepszy przykład modelowej zabudowy wielorodzinnej w czasów PRL-u. To również osiedle najbardziej zbliżone klimatem do tego, na którym mieszkam obecnie. Ale i Antoniuk czy poczciwy i ulubiony przeze mnie Białostoczek skrywają wiele urokliwych zakamarków. Czasem niewymuszone piękno mamy tuż pod oknami :)

Kampus uniwersytecki

Kiedy rozpoczynałam studia, warszawski BUW był budynkiem, pod którego adresem kierowano ochy i achy. Sama również uległam jego urokowi i zachodziłam tam często chociażby po to, żeby skorzystać z komputerów w tak zwanym wolnym dostępie. Tak, tak – wtedy jeszcze tylko nieliczni mieli laptopy! Stanowiska komputerowe znajdują się tam bezpośrednio pod szklanym dachem, po którym często spacerują kaczki (na dachu BUW-u znajduje się świetny ogród, a z niego rozpościera się jedna z ładniejszych panoram Powiśla). Uwierzcie mi, kaczka widziana od dołu to jednak śmieszny widok, zwłaszcza kiedy spaceruje tuż nad nami, gry próbujemy się właśnie skupić na nauce.

Z biegiem czasu okazało się, że przebogate księgozbiory BUW-u nie zaspakajają w pełni moich potrzeb naukowych, a wiele wartościowych pozycji oferuje po prostu biblioteka instytutowa lub biblioteki specjalistyczne. Tak też po kilku miesiącach zaczęłam traktować BUW jako zwykłą bibliotekę i wypożyczałam w niej wiele książek, w tym również i te, które zawsze chciałam przeczytać. To właśnie na pierwszym roku studiów przeczytałam na nowo wszystkie książki Tove Jansson o Muminkach i doszłam do wniosku, że rozumiem je lepiej niż w dzieciństwie. Wraz z rozpoczęciem studiów doktoranckich mój portfel wzbogacił się o kartę biblioteczną BUW-u z mgr przed moim nazwiskiem, ale podczas pisania pracy doktorskiej ponownie bardziej pomocne okazały się biblioteki specjalistyczne tudzież po prostu Amazon…

Mimo wszystko uważam, że BUW to jedna z lepszych rzeczy, które przytrafiły się Uniwersytetowi Warszawskiemu. Nowatorskie podejście do idei biblioteki jako miejsca spotkań, udostępnienie regałów ze zbiorami wszystkim czytelnikom – w momencie powstania BUW-u było to założenie przełomowe. W moim odczuciu jednym z czynników sprzyjających budowaniu pozytywnego wizerunku biblioteki była jej nieszablonowa architektura. Marek Budzyński zaprojektował dobrze doświetlony i funkcjonalny gmach zintegrowany z naturą, w którym po prostu przyjemnie spędza się czas. Buwing stał się cool!

Również w Białymstoku znajdują się dwa projekty tego architekta. Pierwszym z nich jest lubiana lub nienawidzona Opera i Filharmonia Podlaska. Osobiście zawsze należałam do frakcji wierzącej w to, że betonowy gmach w końcu zarosną pnącza i nigdy ostro nie krytykowałam tego budynku (poza niewykorzystanym potencjałem ogrodu na dachu, o czym pisałam tutaj). Najbardziej doskwiera mi obskurny plac przed nim – tyle lat minęło, a stary popękany asfalt ma się nadzwyczaj dobrze. I według mnie to właśnie ten plac wygląda przaśnie i psuje genius loci OiFP.

Drugi projekt Budzyńskiego w Białymstoku to Kampus Uniwersytetu w Białymstoku. Pojechaliśmy tam ostatnio na rowerową wycieczkę, ponieważ chciałam to miejsce zobaczyć na żywo. Zdaję sobie sprawę, że było to w niedzielę i trudno w taki dzień oczekiwać studenckiego życia na kampusie. Ale nie spodziewałam się, że miejsce będzie aż tak wymarłe. Nie spotkaliśmy tam absolutnie nikogo, nawet ochroniarza. Sam dziedziniec zaskoczył mnie polbrukową nawierzchnią. Dziś częściej stosuje się granitowe płyty lub granitową kostkę, a szary polbruk przywołuje raczej na myśl skojarzenia z poprzednią dekadą. Co nie oznacza, że jest niepraktyczny. Pośrodku dziedzińca zwanego Placem Syntezy Nauk znajduje się rzeźba – popękana kula symbolizująca Wielki Wybuch. Zakładam, że ma ona również funkcję fontanny, która w weekendy nie działa. Czy mam rację? Nie umiem inaczej wytłumaczyć obecności wody pod kulą. Wokół placu głównego umiejscowiono wejścia do budynków poszczególnych instytutów i wydziałów. Każda fasada ozdobiona jest detalem charakterystycznym odpowiednio dla matematyki i informatyki, fizyki, chemii i biologii (już tyle lat minęło od ukończenia liceum, a ja wciąż mam w pamięci, jak słowo „biologia” wymawiała słynna prof. Kostecka z I LO – kto miał z nią lekcje biologii, ten pewnie mi przyklaśnie!). Dużo ciekawiej kampus prezentuje się z lotu ptaka. Dopiero takie spojrzenie pokazuje w pełni założenia architekta. Docelowo kampus ma być rozbudowywany, co z jednej strony cieszy, ponieważ Uniwersytet w Białymstoku nie mógł się dotąd poszczycić takim miejscem, a kampus wykazuje jednak funkcje spajające uczelnianą społeczność. Kontrowersje może jednak wzbudzać ulokowanie kampusu tuż obok Rezerwatu Przyrody Las Zwierzyniecki, który powinien być szczególnie chroniony ze względu na swoje szczególne walory przyrodnicze.

kampus z lotu ptaka

źródło fotografii

Ciekawa jestem, jak studiuje się w tych wnętrzach? Miejsce sprawia wrażenie nowoczesnego i stymulującego – w moim wypadku to działa – lepiej przyswajam wiedzę w miejscach ładnych, schludnych i zadbanych. Ponadto działają one na mnie motywująco. Cieszę się, że w Białymstoku, wprawdzie powoli, ale jednak, pojawia się coraz więcej przykładów nowoczesnej architektury. Brakuje tu imponujących budynków użyteczności publicznej, jednak wraz z budową opery, kampusu, auli widowiskowo-dydaktycznej przy Świerkowej czy Centrum Nowoczesnego Kształcenia PB coś drgnęło w tym temacie. Ja wciąż liczę na to, że w końcu powstanie w Białymstoku hala widowiskowo-sportowa z prawdziwego zdarzenia. Tyle projektów już widziałam, tyle razy ogłaszano, że budowa ruszy niebawem, że przestałam się już takimi informacjami ekscytować. Uwierzę, jak zobaczę! :)

Dziewiąte urodziny bloga

9 to moja ulubiona cyfra. Zawsze dziewiąta w dzienniku klasowym, urodzona we wrześniu czyli w dziewiątym miesiącu roku, a na dodatek nazwisko panieńskie składające się z dziewięciu liter. A obecnie tramwaj numer 9 w Warszawie to „mój” tramwaj. Dlatego darzę dziewiątkę szczególną sympatią. Ubiegłoroczne urodziny bloga umknęły mi w wirze domowych obowiązków, ale tym razem wyprawię blogowi małe przyjęcie Dwa lata temu podzieliłam się z Wami moją krótką refleksją na temat prowadzenia tej strony i dziś mogłabym napisać właściwie to samo. Blog to moje hobby z doskoku i dlatego (nadal?) na nim nie zarabiam, nie zabiegałam (jeszcze?) o wyniki w SEO, czuję się trochę pionierką w tej materii, ponieważ jest to jedna z pierwszych stron prywatnych poświęconych Białemustokowi, no i zdecydowanie jest coś, czego żałuję. Kilkakrotnie zapraszano mnie do radia Akadera na luźną rozmowę o mieście, ale nigdy nie udało mi się zgrać terminów. Czego bym sobie życzyła? Chciałabym częściej bywać w Białymstoku Wtedy miałabym więcej zdjęć i mogłabym publikować wpisy z większą częstotliwością, a nie falami. Parafrazując popularną ostatnimi czasy piosenkę mogę zatem zanucić są fale, są fale, są fale, są fale, faaaleee. I będą.

Korzystając z okazji, chciałabym podziękować Wszystkim wiernym i przypadkowym Czytelnikom za to, że jesteście. Dzięki Wam mam poczucie, że moja pisanina może sprawiać komuś trochę radości.

Czy to się „dla Was” podoba?

Gwary i regionalizmy to temat szeroki i głęboki. Odnoszę również wrażenie, że z roku na rok Polacy coraz chętniej przyznają się do różnych naleciałości językowych i coraz odważniej się z nimi utożsamiają. Oczywiście pewne regiony od zawsze szczególnie chętnie podkreślały swoją odrębność za pomocą języka i są z niego dumne. Wielkopolska czy Śląsk to chyba najbardziej trafne przykłady. Ale również w innych regionach kraju dość łatwo wychwycić charakterystyczne powiedzonka czy wyrazy. Moja koleżanka z Torunia bardzo często wstawia na przykład typowe dla tamtych rejonów słówko jo. Katarzyna Puzyńska, autorka poczytnych kryminałów, których akcja rozgrywa się w Brodnicy i okolicach, również z powodzeniem wplata ten zwrot do dialogów swoich bohaterów.

A co dzieje się w tej materii na Podlasiu, które od pewnego czasu święci triumfy w kategorii „najbardziej memiczny region w Polsce”? Można rzec, że regionalizmów ci u nas na pęczki. Pomińmy już typowy dla wielu mieszkańców zaśpiew, to tak oczywiste jak fakt, że po wiośnie następuje lato. Im dłużej nie ma mnie w Białymstoku, tym wyraźniej to słyszę. „Zaciąganie” było, jest i będzie. Kropka. Fajnych podlaskich słówek też jest sporo, aczkolwiek w tej dziedzinie nigdy nie byłam mistrzem. Nie znam rosyjskiego, więc części z nich nie umiem rozszyfrować. Sama z zaciekawieniem rozwiązuję testy z podlaskiej mowy i zawsze dowiem się czegoś nowego. Nie ukrywam jednak, że ta wiedza dość szybko mi później umyka, ponieważ nie posługuję się tymi regionalizmami na co dzień. W moim słowniku funkcjonują jednak takie wyrażenia jak wisk, wiszczeć, baryk, hadki/hadko, szantrapa, szałaput, pazłotko, aczkolwiek używam ich raczej wśród „swoich”, bo tylko oni zrozumieją, co mam na myśli :)

Jeśli chcecie sprawdzić swoją wiedzę z zakresu podlaskich regionalizmów, polecam Wam ten kawałek Ciry. Ja nie rozumiem wszystkiego, ale wielu znaczeń się domyślam :) Sama idea tego utworu to strzał w dziesiątkę! To odczarowanie nieuzasadnionego wstydu towarzyszącego stosowaniu regionalizmów i gwary rodem z Podlasia.

Gdybym miała wymienić najbardziej charakterystyczny podlaski zwrot byłoby to bez wątpienia DLA używane zamiast celownika. I proszę, nie zlinczujcie mnie, ale osobiście nie jestem entuzjastką dla i sama nigdy w ten sposób nie mówię, chociaż mojej mamie zdarzają się już czasem takie strzały językowe. Oczywiście zawsze z wielką chęcią ją poprawiam, ale to tak tylko w rodzinie i w konwencji żartu :) Niektórzy spośród moich znajomych używają nagminnie błędnego dla, ale udaję, że tego nie słyszę, bo jeszcze zaczęliby mnie uważać za jakąś nawiedzoną purystkę językową ;) Moim zdaniem to właśnie po tym charakterystycznym dla poznamy najszybciej, że jesteśmy na Podlasiu. Pewnego razu poszliśmy z Januszem na basen na Stromej. I na dzień dobry słyszymy kłótnię dwóch dziewczynek, w której pada groźba „Uspokój się, bo powiem DLA mamy!”. Janusz od razu posyła mi uśmiech – wiadomo, Białystok ;) Na spacerze z kolei słyszymy „I on powiedział, żeby dać to DLA księdza…” – i już widzę Januszowy uśmiech numer dwa. I takie przykłady można zbierać w nieskończoność. No dobrze, skoro ludzie tak mówią i tak im (a może „dla nich”) się podoba, to chyba należy to zaakceptować i przy okazji uczynić z tego podlaskiego dla znak rozpoznawczy opatrzony symbolem trademark. Summa summarum na Podlasiu z tą poprawnością gramatyczną i tak nie jest najgorzej. U nas w domu mówimy teraz celowo z odpowiednią intonacją „Dla mnie to się bardzo podoba!”, kiedy coś jest naprawdę super. A liczne memy z dla nas akurat bardzo śmieszą :)

Ale jest jednak coś, co mnie i denerwuje, i śmieszy jednocześnie: unikanie dla w zwrotach, w których dla jest poprawne! Swego czasu zaczęłam nawet prowadzić rejestr takich napisów w przestrzeni publicznej i za każdym razem nie mogę się nadziwić, że ktoś to naprawdę napisał i na dodatek wydrukował :)

Moje TOP 5:

  • Wejście tylko chórzystom (w kościele św. Wojciecha)
  • Parking pracownikom banku (przed bankiem Santander przy Radzymińskiej)
  • Parking wyłącznie mieszkańcom os. Sady Antoniukowskie (na os. Sady Antoniukowskie)
  • Szatnia studentom (na uczelni wyższej!!!!!!!!!!!!!!!!!)
  • Buty leśnikom (w siedzibie Lasów Państwowych)

Fotoram.io

Ludzie tak bardzo wstydzili się wytykanego im dla, że wystraszyli się go nie na żarty. I powstały takie napisy, obok których trudno przejść obojętnie. To ja już zdecydowanie wolę to słynne „dla mnie się podoba” aniżeli takie językowe dziwolągi.

Znacie jeszcze inne napisy w Białymstoku, w których zamiast celownika powinno być dla? Podzielcie się!