Dzień Otwarty w TVP Białystok

W sobotę 18 lutego wybrałyśmy się z mamą na Dzień Otwarty TVP Białystok. Decyzja zapadła spontanicznie. Mieszkamy niedaleko i mimo złej aury postanowiłyśmy wyjść z domu i udać się na Włókienniczą. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w tego typu wydarzeniach, ale tym razem ciekawość wzięła górę. Zawsze chętnie oglądam „Obiektyw”, chociaż wśród sporej części moich znajomych nie cieszy się on popularnością. Że niby taki program dla seniorów.. Ja jestem jednak zdania, że dziennikarzom udaje się zawsze zebrać ciekawy zestaw wiadomości i nawet jeśli dany dzień nie obfitował w wydarzenia wielkiej wagi, potrafią oni stworzyć interesujący serwis informacyjny. Zdarza mi się również oglądać poszczególne newsy z działu Aktualności, przede wszystkim te dotyczące tematyki społecznej i kulturalnej.

Ośrodek Terenowy TVP w Białymstoku nie należy do największych. I pewnie i nie do najbogatszych. Może to właśnie działa mobilizująco? Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na wartościowe reportaże przygotowywane przez reporterów TVP Białystok. Znajdziecie je na stronie internetowej: Białostocka Szkoła Reportażu. W poszukiwaniu materiałów wideo o Białymstoku i Podlasiu warto czasem zajrzeć i na tę stronę. Na przestrzeni lat dziennikarze i programy TVP Białystok uzyskały wiele nagród i wyróżnień: Nasze nagrody.

Z okazji dwudziestolecia można było obejrzeć naszą regionalną telewizję od środka. W godzinach od 10:00 do 14:00 zwiedzający udawali się w niedużych grupach na eksplorację ośrodka. Naszym oprowadzającym był pan Wojciech Stepaniuk. Przeszliśmy się po telewizyjnych korytarzach, zajrzeliśmy do „make up-owni”, obejrzeliśmy newsroom i studio „Obiektywu” oraz studio im. Tamary Sołoniewicz.

img_7557

img_7558

Znane twarze:

img_7547

img_7551

prompter:

img_7552

img_7553

Oglądanie „Obiektywu” już nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Myślałam, że studio jest o wiele większe, a okazuje się, że to po prostu jeden stół postawiony obok biurek, które widzieliście kilka zdjęć wyżej. Na czas emisji zasłaniane są wszystkie rolety, wygaszane światła i podświetlane czerwone słupy :)

img_7555

Z tego pomieszczenia steruje się pasmem nadawania. Co leci? Programy z pasma regionalnego czy ogólnopolskiego?

img_7538

img_7540

img_7543

To tutaj pudrują noski i nakładają makijaże :)

img_7535

img_7534

Tu pracuje chyba jakiś miłośników kotów… :)

img_7562

Chyba największe zaskoczenie. Studio im. Tamary Sołoniewicz znajduje się w oddzielnym budynku. W gruncie rzeczy jest to spora sala z mnóstwem reflektorów, które czynią cuda. Nie wpadajcie w panikę, że nie potraficie wypucować Waszych szklanych stolików. Ten telewizyjny jest cały upaćkany, ale światło czyni cuda i powoduje, że pięknie lśni na wizji. Telewizja kłamie! :)

img_7564

img_7568

16880685_10155079904960152_1999647075_o

16810316_10155079906105152_1110095713_o

To była naprawdę mile spędzona godzina. Pozostaje czekać na Dzień Otwarty w Polskim Radiu Białystok. Ale taki w sobotę, a nie w dzień roboczy w godzinach przedpołudniowych. Szanowi Państwo Radiowcy – weźcie przykład z Waszych kolegów z telewizji!

Piwnica Lalek

Wątek związany z Białostockim Teatrem Lalek nie jest nowy na moim blogu. Już wielokrotnie pojawiały się o nim wzmianki lub nawet w całości poświęcone mu wpisy, które odnajdziecie na przykład tutajtu, tutaj czy też tu. BTL to nieodłączny element mojego dzieciństwa, a także stały punkt programu podczas wizyt w Białymstoku. Warto jednak podkreślić, że akurat ten teatr to nie tylko przedstawienia, ale i długa powichrowana historia. Chociaż powstanie BTL-u datuje się na rok 1953, jego początków należy szukać już w czasach przedwojennych. Godnym uwagi jest również fakt, iż budynek przy ulicy Kalinowskiego został wzniesiony jako pierwszy budynek w Polsce pomyślany właśnie jako siedziba teatru lalkowego. Ponoć w 1979 roku nie wzbudzał zachwytu miejscowych architektów, dziś jednak na stałe wpisał się w krajobraz tej części miasta. Polecam Wam galerię zdjęć budynku, foyer, pracowni czy też zascenia. Znajdziecie ją na oficjalnej stronie BTL-u: Kulisy teatru.

Jestem bardzo ciekawa, ilu spośród Was dotarło już do Piwnicy Lalek. Nie mam na myśli pubu „Lalki”, w którym to za moich czasów spotykali się po szkole chyba wszyscy uczniowie I LO i dokąd to i ja poszłam na pomaturalne piwo. To historia sama w sobie. Piwnica Lalek mieści się zgodnie z nazwą w podziemiach budynku teatru i stanowi coś na kształt magazynu lalek, rekwizytów i kostiumów, które zagrały w przedstawieniach białostockiego teatru. Zbiory są imponujące i sięgają lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jeżeli ktoś z Was chadzał w dzieciństwie na spektakle teatru lalek, ma szansę odszukać w gąszczu zbiorów swoich bohaterów z dzieciństwa. Piwnica jest naprawdę sporych rozmiarów, składa się w dwóch sal. Można do niej zejść po każdym przedstawieniu – należy okazać ważny bilet na spektakl oraz zakupić w kasie bilet wstępu w cenie 3 zł. Raczej na zachętę, a nie w zamian, proponuję Wam wycieczkę wirtualną i wrzucam kilka zdjęć, które i ja zrobiłam podczas mojej wizyty w tym magicznym miejscu. Natomiast jeśli chcecie zainteresować teatrem lalkowym dzieci, polecam Wam aplikację Alfabet Teatru – uwierzcie mi, nie tylko najmłodsi mogą się z niej wiele nauczyć!

img_7463

img_7464

img_7465

img_7466

img_7467

img_7468

img_7469

img_7470

img_7471

img_7472

img_7473

img_7474

img_7475

img_7476

img_7477

Białostockie wątki w „Księdze Zachwytów” Filipa Springera

O architekturze w Polsce pisze się w ostatnich latach coraz więcej. Powstają coraz to nowe budowle, które śmiało mogą konkurować z nowinkami architektonicznymi z tak zwanego wielkiego świata. Ale i te socrealistyczne coraz częściej przeżywają drugą młodość. Okazuje się, że z odpowiednią wizją można i dziś wiele z nich wycisnąć. I właśnie polskiej architekturze po 1945 roku poświęcona jest „Księga Zachwytów” Filipa Springera, która ukazała się w 2016 roku. To „[…] subiektywny przewodnik […] po olśnieniach, zachwytach i kilku rozczarowaniach […]” – tak wydawca reklamuje tę publikację. Springer opowiada w niej o budynkach znanych, zupełnie zapomnianych, starych, całkiem nowych, spektakularnych i niepozornych. To również klasyfikacja zaproponowana przez wydawcę.

Chociaż niekoniecznie zgadzam się z autorem w wielu kwestiach ideologicznych, lubię czytać jego książki, ponieważ w bardzo przystępny sposób potrafi opowiadać o tym, co nas otacza w przestrzeni polskich miast i miasteczek. Wszystkie pozostałe książki jego autorstwa czytałam od razu w całości. Najszybciej przeczytałam chyba „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” – choć dość przygnębiające w ogólnym wydźwięku, ma w sobie coś, co nie pozwala się od tej książki oderwać. Springer podróżuje po byłych miastach wojewódzkich, o czym już na długo przed publikacją w formie papierowej mogliśmy się dowiedzieć ze strony Miasto Archipelag. Poza kilkoma wyjątkami w książce wyczuwalne są głównie tęsknota za dawnym podziałem administracyjnym, wysokie bezrobocie i wszystkie jego następstwa, heroiczne działania lokalnych „attaché kulturalnych”, którzy na przekór wszystkiemu decydują się pozostać w swoich miastach i zainteresować mieszkańców c z y m k o l w i e k. Z wątków lokalnych dowiemy się, że mieszkańcy Suwałk i Łomży ze szczerą niechęcią patrzą na Białystok, który im wszystko zabiera. Nawet sklepy z elegancką odzieżą ponoć przez ten straszny Białystok wyniosły się z grodu nad Narwią. Bo jak nie ma urzędników, to ponoć po lepszy krawat trzeba zasuwać do Białego. I w ogóle to Łomża i Suwałki z musu siedzą w tym Podlaskiem, bo tak ich ktoś wrzucił na chybił trafił. A tymczasem reforma z 1999 roku dawała szansę na przeniesienie Podlasia na właściwe miejsce. Bo jak to jest, że Biała Podlaska jest w Lubelskiem, a taki Sokołów Podlaski w Mazowieckiem. Ogólnie obraz Suwałk jest jednak bardziej budujący niż springerowska refleksja nad Łomżą, w której wszystkie małolaty spotykają się w Macu i gdzie poza nim nigdzie się rano kawy nie napije. Suwałki Springer przedstawia przez pryzmat historii dwóch informatyków, którzy wrócili do tego miasta i tworzą z sukcesem aplikacje dla zagranicznych koncernów. Oto oni. I ponoć na zagranicy się skupiają, bo jak ktoś w Polsce zobaczy, że firma IT ma siedzibę w Suwałkach, to ponoć krzywo patrzy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przeciętny Polak na myśl o Suwałkach widzi pewnie jakąś małą osadę z budką meteo w centrum. To niesprawiedliwe. Myślę, że spostrzeżenia jednego z bohaterów tego reportażu, Łukasza, są jednak w dużej mierze prawdziwe i z powodzeniem można byłoby przenieść je na grunt większości miast powiatowych, a również na grunt białostocki:

Problem jest też taki, że to miasto jałowieje. Wyjeżdżają stąd młodzi, robią studia i już nie wracają. Ich miejsce zajmują ludzie ze wsi, którzy znajdują pracę w Specjalnej Strefie Ekonomicznej przy pakowaniu parówek. Przez to nie ma tu środowisk, które pociągnęłyby debatę, dyskusję o mieście, jego problemach. Remontuje się infrastrukturę, bo tym łatwo kupić wyborców, ale refleksji nad taką intelektualną równią pochyłą to nie ma.

Wróćmy jednak do architektonicznych zachwytów. Filip Springer wybrał przeróżne budynki z całego kraju i przedstawia je czytelnikowi zgodnie z przyjętym przez siebie podziałem na regiony. My jesteśmy w rozdziale trzecim zatytułowanym „Podlasie, Mazury, Warmia”, przy czym Podlasie reprezentowane jest tylko przez Białystok. Autor opisuje koncepcję siedziby Opery i Filharmonii Podlaskiej, która choć oddana do użytku wiele lat po kultowym BUW-ie, pozostaje na tym samym poziomie rozwiązań architektonicznych co powstała 12 lat wcześniej biblioteka. Nie do końca zachwyca Springera również Centrum Nowoczesnego Kształcenia Politechniki Białostockiej, ponieważ motyw wycinanki ludowej jest już oklepany, co sugeruje zresztą tytuł „Wycinanka po raz n-ty” i zupełnie nie współgra z charakterem i funkcją budynku. Zachwyt jest zatem tylko pozorny. Najlepiej wypadają natomiast stare białostockie Spodki. Powstałe na centralne dożynki w 1973 roku potrafią jak widać zachwycać do dziś. Springer przedstawia kulisy „białostockiego przyspieszenia” i szeroko posunięte ogarnięcie miasta w związku z planowaną imprezą. „Nowa ekipa Edwarda Gierka musiała się na początku swoich rządów pochwalić spektakularnymi sukcesami. Zapuszczony do niedawna Białystok świetnie się do tego nadawał„. Autor odsyła nas (i słusznie!) do lokalnej publikacji Ładniej? PRL w przestrzeni miasta, w której znajdziemy mnóstwo arcyciekawych informacji o powojennej architekturze Białegostoku. Na moim laptopie już od 2009 roku ma stałe miejsce w folderze „Białystok – publikacje” :)

1

2

Gdybym to ja miała tworzyć moją osobistą listę powojennych architektonicznych zachwytów Białegostoku, na pewno wpisałabym na nią Dom Handlowy Central ze świetną elewacją i neonem. I budynek Filharmonii przy ulicy Podleśnej. Obroniłby się również „białostocki ONZ” czyli rektorat Uniwersytetu w Białymstoku, chociaż zaszkodziła mu dobudowana doń bryła biblioteki. I cała koncepcja kampusu Politechniki Białostockiej. A Wy?

Browar Stary Rynek

Okres świąteczno-noworoczny to świetny czas na spotkania ze znajomymi, których nierzadko widzimy tylko kilka razy w roku. Nam ostatnie dni upłynęły na dość intensywnych spotkaniach i wycieczkach krajoznawczych po okolicach. Miejsca na wypad na piwo tym razem nie musieliśmy długo wybierać – tak jak mnóstwo innych ludzi postanowiliśmy sprawdzić, co oferuje Browar Stary Rynek przy Rynku Kościuszki, który swoje podwoje otworzył zaledwie kilka dni wcześniej. Napomknęłam Januszowi, że może wypadałoby zrobić rezerwację, na co usłyszałam, że to przecież środa, a nie weekend, więc akcja z rezerwacją jest chyba zbyteczna. Jednak po przekroczeniu progu lokalu miny nam zrzedły, ponieważ niemalże wszystkie stoliki były już zajęte. Fakt – nasz pomysł nie był ani trochę oryginalny. Nie tylko my chcieliśmy przecież sprawdzić, co powstało w miejscu dawnego Domu Towarowego. Na szczęście nasi znajomi pojawili się na miejscu ciut wcześniej i zaklepali jeden stolik na poziomie -1. Zatem mieliśmy gdzie usiąść. O popularności tego miejsca może też chyba świadczyć fakt, że spotkaliśmy tam również znajomych, z którymi widzieliśmy się raptem wieczór wcześniej. Wszystkie drogi tam prowadzą? :) 23 grudnia okazał się być dobrą datą na otwarcie tego przybytku.

Białystok potrzebował takiego miejsca. Chyba większość dużych miast może poszczycić się chociaż jednym browarem-restauracją. U nas działa już wprawdzie Gloger, jednak jego lokalizacja nie sprzyja spontanicznym wyjściom na piwo. Można tam podskoczyć po piwo na wynos albo zorganizować imprezę firmową, jednak nie umówiłabym się tam na zwykłe „piwo ze znajomymi”. Chociaż Gloger znajduje się na moim osiedlu, dotarcie tam bez auta wymaga już nieco kombinowania. Zdarzyło mi się podjechać tam autobusem linii 20, jednak zdecydowanie szybciej dotrę na Rynek Kościuszki aniżeli na obwodówkę :) Sieciówka Bierhalle, która mieściła się dokładnie w tym samym miejscu, w którym dziś warzą piwo w Browarze Stary Rynek, nie miała szczęścia. Ale i atmosfera nie była tam do końca prawdziwa, ponieważ piwo dowozili z lokalu Bierhalle w warszawskiej Arkadii. Ja pożegnałam białostockie Bierhalle bez większego żalu, chociaż piwo marcowe mają dobre :) Zobaczymy, jak poradzi sobie Browar Stary Rynek. Nie do końca przekonuje mnie wprawdzie ta nazwa, ponieważ Stary Rynek jest w Białymstoku na Bojarach… Takie to trochę na siłę, no ale niech będzie, idzie się przyzwyczaić. Dwupoziomowe wnętrze urządzone jest ze smakiem. Jest i lekko industrialnie, i lekko kameralnie. Część stolików jest mianowicie ukryta i można się przy nich zaszyć. Tak jak my na dole :) Kadzie są należycie wyeksponowane. I toalety naprawdę ładne. Wewnątrz znajdziemy telewizory i ekrany, na których obejrzymy sportowe relacje. Zadbano również o świąteczny klimat i ustawiono żywe choinki ozdobione tradycyjnymi żółtymi lampkami.

Co powiemy o piwie? Jest dobre. W ofercie znajduje się pięć rodzajów piw. Zamówiliśmy sobie zestawy degustacyjne. Panowie ostatecznie postawili na pilsa, a panie na marcowe – także klasyk ;) Piwo nie jest wprawdzie aż tak smaczne jak to z browaru Spiż we Wrocławiu, ale to oczywiście tylko moja prywatna opinia. Każdy ma inne upodobania. To białostockie jest jednak, obiektywnie rzecz ujmując, dobre, poszczególne rodzaje piw wyraźnie się od siebie różnią. Nie wiem, czy określiłabym je jako moje ulubione piwo (Browar Słodowy Dwór z Harasimowicz wysoko podniósł poprzeczkę…), ale po tej pierwszej wizycie wrażenia mam ogólnie bardzo pozytywne i na pewno tam wrócę.

dsc_0035

Zważywszy na fakt, że udaliśmy się tam z Januszem po sytym poświątecznym obiedzie, zrezygnowaliśmy z jedzenia, jednak nasi znajomi postanowili wypróbować kilka potraw. Opinie na temat sałatki z kurczakiem były bardzo dobre, natomiast hitem okazał się burger z wołowiną (ponoć doskonale przyrządzoną).

15782169_1530126780350658_228197844_n

15782549_1530126710350665_1096602263_n

Nie chcę narzekać na obsługę, ponieważ wszyscy są tam nowi i zapewne dopiero się uczą. Widać, że brakuje im wprawy, mylą się przy zamówieniach, ale nadrabiają sympatycznym usposobieniem. Na jedzenie trzeba nieco poczekać – nie wiem, czy to w wyniku wyjątkowych tłumów (za mało rąk do gotowania, za dużo gości?), jednak i na to przymknęliśmy oko. Jeżeli problemy będą się powtarzać za kilka miesięcy, będzie można pomyśleć o krytyce, ale póki co dajemy im czas na tak zwane ogarnięcie się :)

Cieszę się, że Browar Stary Rynek pojawił się w mieście. To dobry krok, ponieważ piwosze uciekają od masowej produkcji i szukają lokalnych piw i nowych smaków. A lokal obiecuje na swojej stronie, że będzie serwował też piwa sezonowe. Brzmi dobrze :)

„Krótki kurs piosenki aktorskiej” i anioły „Zza horyzontem”

Ostatnio na blogu piszę głównie o lokalnej kulturze, ponieważ ilekroć przyjeżdżam do Białegostoku pogoda płata figle i robi wszystko, żebym nie poszła na spacer z aparatem po mieście. Tak też jest i w tym razem. Na szczęście zawsze odpowiednio wcześniej czynię przygotowania na okres świąteczno-noworoczny, więc nawet niesprzyjająca aura nie jest mi go w stanie popsuć. Już na początku grudnia mama zakupiła nam bilety do Białostockiego Teatru Lalek (pierwszy raz nie udało mi się ich kupić przez Internet) na spektakl dla dorosłych pod tytułem „Krótki kurs piosenki aktorskiej”. Powrócił on po wielu latach na afisze i faktycznie wart jest obejrzenia. Jak to w BTL-u dużo się w nim dzieje, nie tylko na scenie, ale również na widowni. Scenografia jest świetna, gra aktorska jak zwykle w tym teatrze bardzo dobra, śpiew rewelacyjny, stroje imponujące. I cena biletu normalnego bardzo zachęcająca – 25 zł za naprawdę dobry spektakl w najlepszym teatrze lalkowym w Polsce :)

img_7482

Wszyscy widzowie teatru lalek mają do końca stycznia możliwość obejrzenia sympatycznej wystawy… aniołów Aleksandra Grzybka. W foyer w ramach Galerii BTL można podziwiać przeróżne wizerunki aniołów i sprawia to naprawdę dużą przyjemność. Na dworze zimno i ciemno, a w środku ciepłe żółte światło, girlanda z kolorowych żarówek rozwieszona pod sufitem i połyskujące złotem anioły namalowane na wzór figur z ołtarzy w starych kościołach. Wszystkie wykonane na starych deskach. Tutaj znajdziecie relację z wystawy przygotowaną przez TVP Białystok.

img_7481

dsc_0036

dsc_0037

dsc_0038

dsc_0039

Muzeum Historyczne w Białymstoku

W niedzielę pogoda w Białymstoku była beznadziejna. Ponuro, chłodno, w końcu spadł śnieg z deszczem. Mimo wszystko postanowiliśmy nie przesiedzieć całego dnia w ciepłym domu. Po kościele zahaczyliśmy o księgarnię na ulicy Warszawskiej, tę z ładnym neonem „KSIĘGARNIA”. Byliśmy jedynymi klientami. Zakupiłam kalendarz na nowy rok – udało się znaleźć taki lekki, w formacie A5 i z pionowym tygodniowym rozkładem na obu stronach. Jestem tradycjonalistką i mimo wszelkich nowoczesnym rozwiązań w smartfonach i tabletach kupuję co roku klasyczny kalendarz, który chyba tylko w trakcie urlopu opuszcza moją torebkę i ląduje w walizce. Bo przecież bez kalendarza tak naprawdę nigdzie się nie ruszam.

Zmierzając w stronę ulicy Pałacowej, dotarliśmy do kamienicy Cytronów. To jeden z tych pałacyków fabrykanckich, które do dziś możemy podziwiać w Białymstoku. Obecnie mieści się w nim Muzeum Historyczne. Byłam w nim raz, już dawno temu, jeszcze z babcią i dziadkiem. W międzyczasie wyprawiłam tam kilka razy moich rodziców, ponieważ znalazłam informacje o ciekawych wystawach czasowych, a że oboje lubią historię Białegostoku, nie musiałam ich długo namawiać na wizytę. Tym razem postanowiłam zabrać tam Janusza, a właściwie to przede wszystkim szukałam pretekstu, żeby samej ponownie tam zawitać.

Dochodziła godzina 14:00. Byliśmy chyba jedynymi zwiedzającymi w ten ponury dzień, ponieważ pani kustosz włączyła nam wszystkie światła w salach wystawowych. Nie lubię tego uczucia, ale z drugiej strony myślę sobie, że muzealnicy cieszą się w dzisiejszych czasach pewnie z każdego gościa i z każdego sprzedanego biletu.

img_7456Bilet normalny kosztuje 8 zł. W soboty wystawy stałe można zwiedzać bezpłatnie.

img_7457

Do pełni szczęścia brakuje mi już tylko wizyty w Muzeum w Bielsku Podlaskim. Pozostałe placówki zdążyłam już odwiedzić. Ale po świętach wybieram się do Muzeum Rzeźby im. Alfonsa Karnego, ponieważ moja ostatnia wizyta w tej placówce miała miejsce grubo ponad 15 lat temu.

W Muzeum Historycznym można obejrzeć naprawdę ciekawą stałą ekspozycję pod tytułem „W białostockiej kamienicy”. We wnętrzach pałacyku odtworzono z powodzeniem wystrój typowej fabrykanckiej kamienicy z Białegostoku. Tak na początku XX wieku mieszkali bogaci mieszczanie w naszym mieście. Godne pozazdroszczenia. Szczególnie ta wspaniała jadalnia. Zgodnie stwierdziliśmy, że idealnie nadawałaby się na wystawną rodzinną wieczerzę wigilijną :) Imponujące wnętrza, atmosfera mieszkania w kamienicy – to w Białymstoku rzadkość. Dlatego warto zobaczyć je na własne oczy i zastanowić się, co by było, gdyby historia potoczyła się inaczej… Na zachętę zajrzyjcie do galerii zdjęć na stronie muzeum.

img_7454 img_7455

Na piętro prowadzi nas stylowa klatka schodowa. W Poznaniu, Wrocławiu czy Krakowie mnóstwo ludzi ma taki widok na co dzień, ponieważ mieszka w starej stylowej kamienicy. U nas takie uroki tylko w muzeum…

img_7453

Godna uwagi jest oczywiście makieta miasta z czasów Branickich. „Białystok – makieta barokowego miasta” ukazuje Białystok za czasów Jana Klemensa Branickiego. Można stać i podziwiać.

img_7448

img_7449

img_7450

img_7451

Na ścianach w sali ekspozycyjnej znajdziemy również obrazy Białegostoku autorstwa białostoczanina Czesława Sadowskiego oraz Józefa Zimmermana, białostoczanina z wyboru, który opuścił Warszawę i osiadł wraz z żoną w Białymstoku.

W kolejnej sali zaprezentowano makietę nieodżałowanego hotelu Ritz. Można się tam poczuć jak w latach międzywojennych. Na potrzeby wystawy stworzono również animację ukazującą hotel w czasach jego świetności. Klimatu dopełnia odpowiednia muzyka.

img_7452

Do końca stycznia 2017 roku oglądać można jeszcze wystawę czasową Skarb ze Złotorii. Jak na nasz puszczański region odkrycie wczesnośredniowiecznych monet to nie lada gratka dla miłośników historii :)