Białystok widziany oczami Niemca

Swego czasu interesowały mnie książki niemieckojęzycznych autorów poświęcone Polsce i Polakom. Napisałam na ten temat kilka naukowych tekstów, odnosząc jednocześnie wrażenie, że większość z tych opisów Polski koncentruje się na tych samych miejscach, tradycjach, cechach i przywarach. Zupełnie jakby ich autorzy czerpali nie tylko ze swoich osobistych doświadczeń, ale także z doświadczeń kolegów po fachu. Takie przelewanie z pustego w próżne, żonglowanie popularnymi motywami i nie zawsze udana próba podważenia królujących za Nysą i Odrą stereotypów.

Z tym większą radością zakupiłam już pewien czas temu publikację Matthiasa Kneipa pod tytułem „Reise in Ostpolen. Orte am Rand der Mitte”, która ukazała się w 2011 roku i jest niejako kontynuacją książek „Grundsteine im Gepäck. Begegnungen mit Polen” (2002) oraz „Polenreise. Orte, die ein Land erzählen” (2007). Już na podstawie samej okładki jesteśmy w stanie dużo powiedzieć o doborze celów podróży. O ile wcześniejsze części skupiają się głównie na tych miejscach, które mają w języku niemieckim swoje niemieckojęzyczne nazwy, o tyle kolejna ukazuje rejony Polski Wschodniej, zapomnianej i marginalizowanej również przez wielu Polaków. Warto podkreślić, że w 2016 roku ukazała się również książka poświęcona Polsce Zachodniej: „Reise in Westpolen. Orte, die Geschichte erzählen”.

Jak widzicie, Białystok został zakwalifikowany do Polski Wschodniej i miejsc pozostających poza centrum kraju. Trudno z tym polemizować, wszyscy chyba się zgodzimy, że zarówno ze względu na położenie geograficzne, jak również na wiele innych uwarunkowań, pozostaniemy chyba na zawsze właśnie „am Rand”.

Pewnie ciekawi Was, jak Białystok został przedstawiony niemieckiemu czytelnikowi. Czym może zaimponować? Z czego może być słynny? Otóż portret naszego miasta jest dość szczątkowy. W trakcie podróży z Pentowa do Kruszynian Kneip zahacza rzec można o Białystok. I skupia się właściwie na jednym aspekcie. Pod lupę bierze bowiem Ludwika Zamenhofa i język esperanto. Rozdział zatytułowany „Die Wiege des Doktor Esperanto” rozpoczyna się jednak od opisu ulicy Lipowej. Jej atmosfera przypomina narratorowi Newski Prospekt w Petersburgu, a nie warszawski Nowy Świat. Ulica jest jak na polskie standardy niesamowicie szeroka. Tak szeroka, że niejako na jej środku zmieścił się nawet ratusz (sic!). Budynki po obu stronach Lipowej są mniej więcej tej samej wysokości, co pozwala się lepiej skupić na tym, co widać w oddali. Pełno tu kawiarni i restauracji, a malarze uliczni oferują swoje usługi niejako na samym środku ulicy, ażeby choć trochę zapełnić tę niesamowitą przestrzeń. [Mamy zatem pierwsze nieścisłości – autor nie rozróżnia ulicy Lipowej i Rynku Kościuszki. Nihil novi…] Narratorowi towarzyszą podczas spaceru po Białymstoku rozmowy w języku polskim, rosyjskim i angielskim, dzięki czemu łatwiej może on sobie wyobrazić Białystok z XIX wieku, w którym przyszedł na świat i dorastał Ludwik Zamenhof. W informacji turystycznej narrator otrzymuje stosowne broszury i maszeruje po mieście śladami Ludwika. Na trasie znajduje się popiersie Zamenhofa ze skweru przy ulicach Białówny i Malmeda, mural na bloku przy dawnym domu Doktora Esperanto, który niespecjalnie przypada narratorowi do gustu, Centrum Ludwika Zamenhofa z wystawą multimedialną i budynek obecnego VI LO, gdzie kiedyś uczył się Ludwik. Po spacerze narrator zagląda jeszcze do Muzeum Wojska i udaje się z powrotem do centrum miasta, gdzie próbuje zamówić kawę w języku esperanto. Bez skutku. Ostatecznie nie dowiadujemy się, czy winę za to fiasko ponosi zbyt słaba znajomość esperanto, czy może jednak zły nastrój kelnerki.

Przyznam szczerze, że w moim prywatnym odczuciu Białystok został przedstawiony najsłabiej ze wszystkich podlaskich miejscowości odwiedzonych przez Kneipa. O wiele ciekawiej czytało mi się rozdziały o Bugu, Białowieży, białoruskich wsiach na Podlasiu, Grabarce, Narwiańskim Parku Narodowym, Tykocinie, Pentowie, Kruszynianach oraz te skupiające się na kilku atrakcjach północnej części województwa: Kanale Augustowskim, Czarnej Hańczy i Sejnach. Czy jest to wina samego Białegostoku, który przyjezdnym ma zbyt mało do zaoferowania? Czy to jedynie subiektywna wizja Matthiasa Kneipa?


Dr Matthias Kneip urodził się w 1969 roku w Ratyzbonie. Jest aktywnym pisarzem, dziennikarzem, działa także naukowo w Niemieckim Instytucie Kultury Polskiej w Darmstadt. Jest również autorem książek do nauki języka polskiego. Pełną listę jego publikacji znajdziecie tutaj. W dniach 27-28.10.2017 roku będzie można spotkać się z Matthiasem Kneipem w Krakowie, gdzie zaprezentuje swoje najnowsze książki. W polskim tłumaczeniu ukazała się niedawno książka „111 powodów, by kochać Polskę. Wyznania niemieckiego pisarza” (w Niemczech wyszło już jej trzecie rozszerzone i uaktualnione wydanie), o której to i owo możecie przeczytać na stronie katowickiego oddziału Gazety Wyborczej: Za co Niemiec kocha Polskę i Śląsk? Jest aż 111 powodów

Reklamy

Mural „Tkana opowieść”

Niedawno miłośników sztuki ulicznej zelektryzowała wiadomość, że w Białymstoku powstaje kolejny mural w ramach lubianej przez wielu akcji Folk on the Street. „Tkana opowieść o chłopcu i pieczeniu chleba” prawdopodobnie nie zdobędzie statusu muralu kultowego, jakim cieszy się od kilku lat słynna już nie tylko w Polsce Dziewczynka z konewką autorstwa Natalii Rak. Malowidło z ulicy Radzymińskiej 18 jest jednak największym muralem inspirowanym kulturą ludową w Polsce i choćby dzięki temu ma szansę zapisać się w annałach polskiej historii street artu. Warto podkreślić, że jest to już drugi mural, który ozdabia osiedle Białostoczek i został ulokowany niemalże w jego centrum. Mianem pierwszego muralu na moim osiedlu może poszczycić się malowidło „Balans” na ścianie Zespołu Szkół Elektrycznych przy ulicy 1000-lecia Państwa Polskiego:

Zdjęcie pochodzi ze strony Gazety Współczesnej i zostało wykonane przez Andrzeja Zgieta

Twórcami „Tkanej opowieści” są artyści z białoruskiej grupy TAKTAK, którzy świadomie sięgnęli po męską postać, aby Dziewczynka z konewką miała w Białymstoku kolegę. Mnie urzeka jednak nie sama postać chłopca, lecz przedstawiona w górnej części muralu tkanina dwuosnowowa i to jej chciałabym poświęcić więcej uwagi.

Myślę, że wielu z Was ma w domu lub w rodzinie narzuty, makatki lub bieżniki wykonane techniką dwuosnowową. W mojej rodzinie zachowało się ich trochę, przy czym odkąd sięgnąć pamięcią, była to rodzina mieszczańska. Zatem nawet jeśli nie macie babci lub prababci na podlaskiej wsi, szanse na znalezienie takich dzieł w rodzinnych zbiorach nie są równe zeru. U nas zachowały się właśnie wspomniane narzuty, a u dziadka w domu do dziś wisi na ścianie wielka beżowo-brązowa makatka z frędzlami. Stosunkowo późno zrozumiałam, że tkanina dwuosnowowa nie jest wytworem ogólnopolskiej sztuki ludowej, lecz tej podlaskiej. Zagłębiem, z którego wywodzą się te pożądane przez wielu dzieła sztuki, są okolice Janowa w powiecie sokólskim oraz okolice Korycina. Na stronie Portalu Turystycznego Bagien Biebrzańskich znajdziecie krótki i przystępny opis dotyczący wytwarzania janowskich dywanów oraz dane kontaktowe do pań, które je tkają. Warto podkreślić, że to, co my postrzegamy w kategoriach tradycyjnego rękodzieła i czego często nie doceniamy, może zachwycić na drugim końcu świata, czego dowodem jest ogromne zainteresowanie tkaniną dwuosnowową w… Japonii. Boom na tę tkaninę w Kraju Kwitnącej Wiśni zawdzięczamy prawdopodobnie pani Izumi Fujita, która ją tam rozpropagowała. Dzięki zorganizowanym przez nią wystawom sztuki ludowej w Japonii, janowskie tkaniny przebiły się do świadomości Japończyków, co przełożyło się z kolei na wzmożone zainteresowanie samą techniką wytwarzania podlaskich dzieł sztuki. Szacuje się, że tylko do samej Japonii sprzedano już około dwóch tysięcy tych tkanin. Na Podlasie ściągają też zafascynowane naszymi tkaninami Japonki i biorą udział w specjalnie dla nich organizowanych warsztatach tkackich: Japończycy pokochali dywany podlaskich tkaczek, Japonki zafascynowane tkaniną dwuosnowową odwiedziły Korycin. Zachęcam Was również do wysłuchania nowego reportażu Polskiego Radia Białystok pod tytułem Dwuosnowa eksportowa. Również w kolekcji dywanów białostockiej fabryki Agnella znajdziecie cztery silnie inspirowane wzorami znanymi z tkanin dwuosnowowych. Osada, Polowanie, Echo i Krasa (do pobrania katalog Folk) wyglądają naprawdę ciekawie i spokojnie można je skomponować z lubianym dziś przez wielu stylem skandynawskim.

Wzór widoczny na białostockim muralu stworzyła pani Lucyna Kędzierska z Wasilkowa. Nie jest to jednak jedyny tego typu obiekt o województwie nawiązujący do techniki dwuosnowowej. W Korycinie stanęły już stojaki na rowery inspirowane tym wzornictwem. Co ciekawe, podobne mają pojawić się w gminie Janów i w samym Białymstoku. W Korycinie powstanie również mural z motywami znanymi z tkanin. Folk on the Street!

 

pocztówki (32)

Wczesna jesień w Białymstoku. Jedno z częściej spotykanych ujęć miasta. Dwa najbardziej charakterystyczne kościoły z grodu nad Białą na jednym planie. Niemalże idealnie wpisane w perspektywę Rynku Kościuszki i ulicy Lipowej. Przez niektórych określane infantylnie jako kościół biały i kościół czerwony. Nie lubię tych uproszczeń w mowie ludzi dorosłych. To taka krótka dygresja. A pocztówka sama w sobie bardzo zwyczajna, ale chyba przez to po prostu ładna.

Siódme urodziny bloga

Moja hobbystyczna działalność w internetach trwa już 7 lat. Dziś jest ten dzień, kiedy WordPress wysyła mi powiadomienie z gratulacjami. Pewnie gdyby nie to, przeoczyłabym tę datę. Kiedy wpadłam na pomysł robienia bloga miejskiego o Białymstoku, byłam jedną z nielicznych osób, które działały na tym poletku. Oprócz http://bialostocki.blox.pl/html nie było właściwie niczego w tym klimacie. Pomysł był dość szalony, ponieważ od 2005 roku nie mieszkam w Białymstoku, więc wszystko, co udało mi się do dziś opublikować, powstało tak naprawdę z doskoku. Obecnie Białystok i Podlasie przeżywają swoje 5 minut, w czym bez wątpienia pomaga facebook. Jak grzyby po deszczu pojawiają się strony i blogi poświęcone miastu i regionowi. Również na facebooku działa wiele wartościowych grup skupiających fanów stolicy Podlasia. Blog coraz częściej staje się też sposobem na życie w aspekcie finansowym. Niby tylko 7 lat, a jak wiele się zmieniło Jak zwykle proszę wiernych fanów i czytelników o wyrozumiałość, ponieważ moje wpisy pojawiają się falami. Mam tego świadomość. Po każdym pobycie mam nowe materiały i dozuję je w czasie. Kiedy materiały się kończą, skupiam się na tym, co sama znajdę w sieci. Ale jakoś to się wciąż kręci i mam nadzieję, że za rok będę mogła napisać, że Białystok według Ani ma już 8 lat

Stawy Marczukowskie

W kontekście niedawnej gigantycznej ulewy, która sparaliżowała miasto, nie zabrzmi to pewnie najzgrabniej, ale Białystok nie kojarzy się nam raczej z wielką wodą. Na co dzień miasto przecina niewielka rzeka Biała i jeszcze mniejsze od niej cieki wodne takie jak Dolistówka czy Bażantarka. Stawy Dojlidzkie, które wrosły już w krajobraz miasta, zostały wytyczone dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku w wyniku spiętrzenia naszej miejskiej rzeki w miejscu tamtejszych stawów rybackich. A stawy w Dojlidach Fabrycznych wysychają (obawiam się, że nie samoistnie…).

Jest jednak jeszcze pewne „wodne” miejsce w Białymstoku, które poszczycić się może wielowiekową historią, sięgającą czasów hetmana Jana Klemensa Branickiego. Genezę powstania stawów należy powiązać z ówczesnym młynarzem o imieniu Marczyk tudzież Marczuk. W klimat tamtych lat wprowadzi Was z powodzeniem wpis pana Daniela Paczkowskiego: Stawy Marczukowskie. Przed II wojną światową tereny na Marczuku spełniały funkcję miejskiego kąpieliska. Kiedyś korzystały z nich również PKP. Zbiorniki służyły bowiem do zasilania parowozów z pobliskiej lokomotywowni. Jedna z najnowszych miejskich inwestycji umożliwiła mieszkańcom (od)zyskanie dostępu do tych pełnych walorów przyrodniczych zbiorników wodnych. Ponownie bez strachu można udać się nad Stawy Marczukowskie. Pisząc „ponownie”, odwołuję się do przekazów historycznych, gdyż za moich czasów było to miejsce całkowicie zaniedbane i omijane przeze mnie szerokim łukiem. Woda widoczna z ulicy Marczukowskiej intrygowała mnie wprawdzie podczas każdej wyprawy na basen na ulicy Stromej, ale zniechęcała jednocześnie swoim widocznym gołym okiem zapuszczeniem. Stawy były najzwyczajniej w świecie dzikie i zamulone:

Zdjęcie pochodzi ze strony BiałystokOnline

Dziś Stawy Marczukowskie, choć wciąż niedokończone, prezentują się zupełnie inaczej. Zbiorniki wodne zostały oczyszczone, pogłębione, a teren wokół nich zagospodarowano. 1 maja miała miejsce inauguracja nowego miejsca rekreacyjnego na mapie Białegostoku, którą magistrat połączył z piknikiem poświęconym budżetowi obywatelskiemu. Był grill, darmowe kiełbaski. I, sądząc po zdjęciach, tłum ludzi. Wybraliśmy się tam pod wieczór. Nad wodą spacerowało kilka osób – od pań emerytek z pieskami po nastolatki. Ale przy stolikach zainstalowało się także „towarzystwo” z przenośnym radyjkiem na baterie nadającym przaśną muzykę, arsenałem flaszek i tanich zakąsek z dyskontu. Wieżę widokową opanował lokalny element. Ssssyk, piwko zaczęło się sączyć. Niekulturalni goście pikniku pozostawili swoje tacki od darmowych kiełbasek na trawie. Pewnie nie trafili do śmietnika… Myślicie, że to akcja jednorazowa, czy taka będzie jednak przyszłość Stawów Marczukowskich?