Browar Stary Rynek

Okres świąteczno-noworoczny to świetny czas na spotkania ze znajomymi, których nierzadko widzimy tylko kilka razy w roku. Nam ostatnie dni upłynęły na dość intensywnych spotkaniach i wycieczkach krajoznawczych po okolicach. Miejsca na wypad na piwo tym razem nie musieliśmy długo wybierać – tak jak mnóstwo innych ludzi postanowiliśmy sprawdzić, co oferuje Browar Stary Rynek przy Rynku Kościuszki, który swoje podwoje otworzył zaledwie kilka dni wcześniej. Napomknęłam Januszowi, że może wypadałoby zrobić rezerwację, na co usłyszałam, że to przecież środa, a nie weekend, więc akcja z rezerwacją jest chyba zbyteczna. Jednak po przekroczeniu progu lokalu miny nam zrzedły, ponieważ niemalże wszystkie stoliki były już zajęte. Fakt – nasz pomysł nie był ani trochę oryginalny. Nie tylko my chcieliśmy przecież sprawdzić, co powstało w miejscu dawnego Domu Towarowego. Na szczęście nasi znajomi pojawili się na miejscu ciut wcześniej i zaklepali jeden stolik na poziomie -1. Zatem mieliśmy gdzie usiąść. O popularności tego miejsca może też chyba świadczyć fakt, że spotkaliśmy tam również znajomych, z którymi widzieliśmy się raptem wieczór wcześniej. Wszystkie drogi tam prowadzą? :) 23 grudnia okazał się być dobrą datą na otwarcie tego przybytku.

Białystok potrzebował takiego miejsca. Chyba większość dużych miast może poszczycić się chociaż jednym browarem-restauracją. U nas działa już wprawdzie Gloger, jednak jego lokalizacja nie sprzyja spontanicznym wyjściom na piwo. Można tam podskoczyć po piwo na wynos albo zorganizować imprezę firmową, jednak nie umówiłabym się tam na zwykłe „piwo ze znajomymi”. Chociaż Gloger znajduje się na moim osiedlu, dotarcie tam bez auta wymaga już nieco kombinowania. Zdarzyło mi się podjechać tam autobusem linii 20, jednak zdecydowanie szybciej dotrę na Rynek Kościuszki aniżeli na obwodówkę :) Sieciówka Bierhalle, która mieściła się dokładnie w tym samym miejscu, w którym dziś warzą piwo w Browarze Stary Rynek, nie miała szczęścia. Ale i atmosfera nie była tam do końca prawdziwa, ponieważ piwo dowozili z lokalu Bierhalle w warszawskiej Arkadii. Ja pożegnałam białostockie Bierhalle bez większego żalu, chociaż piwo marcowe mają dobre :) Zobaczymy, jak poradzi sobie Browar Stary Rynek. Nie do końca przekonuje mnie wprawdzie ta nazwa, ponieważ Stary Rynek jest w Białymstoku na Bojarach… Takie to trochę na siłę, no ale niech będzie, idzie się przyzwyczaić. Dwupoziomowe wnętrze urządzone jest ze smakiem. Jest i lekko industrialnie, i lekko kameralnie. Część stolików jest mianowicie ukryta i można się przy nich zaszyć. Tak jak my na dole :) Kadzie są należycie wyeksponowane. I toalety naprawdę ładne. Wewnątrz znajdziemy telewizory i ekrany, na których obejrzymy sportowe relacje. Zadbano również o świąteczny klimat i ustawiono żywe choinki ozdobione tradycyjnymi żółtymi lampkami.

Co powiemy o piwie? Jest dobre. W ofercie znajduje się pięć rodzajów piw. Zamówiliśmy sobie zestawy degustacyjne. Panowie ostatecznie postawili na pilsa, a panie na marcowe – także klasyk ;) Piwo nie jest wprawdzie aż tak smaczne jak to z browaru Spiż we Wrocławiu, ale to oczywiście tylko moja prywatna opinia. Każdy ma inne upodobania. To białostockie jest jednak, obiektywnie rzecz ujmując, dobre, poszczególne rodzaje piw wyraźnie się od siebie różnią. Nie wiem, czy określiłabym je jako moje ulubione piwo (Browar Słodowy Dwór z Harasimowicz wysoko podniósł poprzeczkę…), ale po tej pierwszej wizycie wrażenia mam ogólnie bardzo pozytywne i na pewno tam wrócę.

dsc_0035

Zważywszy na fakt, że udaliśmy się tam z Januszem po sytym poświątecznym obiedzie, zrezygnowaliśmy z jedzenia, jednak nasi znajomi postanowili wypróbować kilka potraw. Opinie na temat sałatki z kurczakiem były bardzo dobre, natomiast hitem okazał się burger z wołowiną (ponoć doskonale przyrządzoną).

15782169_1530126780350658_228197844_n

15782549_1530126710350665_1096602263_n

Nie chcę narzekać na obsługę, ponieważ wszyscy są tam nowi i zapewne dopiero się uczą. Widać, że brakuje im wprawy, mylą się przy zamówieniach, ale nadrabiają sympatycznym usposobieniem. Na jedzenie trzeba nieco poczekać – nie wiem, czy to w wyniku wyjątkowych tłumów (za mało rąk do gotowania, za dużo gości?), jednak i na to przymknęliśmy oko. Jeżeli problemy będą się powtarzać za kilka miesięcy, będzie można pomyśleć o krytyce, ale póki co dajemy im czas na tak zwane ogarnięcie się :)

Cieszę się, że Browar Stary Rynek pojawił się w mieście. To dobry krok, ponieważ piwosze uciekają od masowej produkcji i szukają lokalnych piw i nowych smaków. A lokal obiecuje na swojej stronie, że będzie serwował też piwa sezonowe. Brzmi dobrze :)

„Krótki kurs piosenki aktorskiej” i anioły „Zza horyzontem”

Ostatnio na blogu piszę głównie o lokalnej kulturze, ponieważ ilekroć przyjeżdżam do Białegostoku pogoda płata figle i robi wszystko, żebym nie poszła na spacer z aparatem po mieście. Tak też jest i w tym razem. Na szczęście zawsze odpowiednio wcześniej czynię przygotowania na okres świąteczno-noworoczny, więc nawet niesprzyjająca aura nie jest mi go w stanie popsuć. Już na początku grudnia mama zakupiła nam bilety do Białostockiego Teatru Lalek (pierwszy raz nie udało mi się ich kupić przez Internet) na spektakl dla dorosłych pod tytułem „Krótki kurs piosenki aktorskiej”. Powrócił on po wielu latach na afisze i faktycznie wart jest obejrzenia. Jak to w BTL-u dużo się w nim dzieje, nie tylko na scenie, ale również na widowni. Scenografia jest świetna, gra aktorska jak zwykle w tym teatrze bardzo dobra, śpiew rewelacyjny, stroje imponujące. I cena biletu normalnego bardzo zachęcająca – 25 zł za naprawdę dobry spektakl w najlepszym teatrze lalkowym w Polsce :)

img_7482

Wszyscy widzowie teatru lalek mają do końca stycznia możliwość obejrzenia sympatycznej wystawy… aniołów Aleksandra Grzybka. W foyer w ramach Galerii BTL można podziwiać przeróżne wizerunki aniołów i sprawia to naprawdę dużą przyjemność. Na dworze zimno i ciemno, a w środku ciepłe żółte światło, girlanda z kolorowych żarówek rozwieszona pod sufitem i połyskujące złotem anioły namalowane na wzór figur z ołtarzy w starych kościołach. Wszystkie wykonane na starych deskach. Tutaj znajdziecie relację z wystawy przygotowaną przez TVP Białystok.

img_7481

dsc_0036

dsc_0037

dsc_0038

dsc_0039

Muzeum Historyczne w Białymstoku

W niedzielę pogoda w Białymstoku była beznadziejna. Ponuro, chłodno, w końcu spadł śnieg z deszczem. Mimo wszystko postanowiliśmy nie przesiedzieć całego dnia w ciepłym domu. Po kościele zahaczyliśmy o księgarnię na ulicy Warszawskiej, tę z ładnym neonem „KSIĘGARNIA”. Byliśmy jedynymi klientami. Zakupiłam kalendarz na nowy rok – udało się znaleźć taki lekki, w formacie A5 i z pionowym tygodniowym rozkładem na obu stronach. Jestem tradycjonalistką i mimo wszelkich nowoczesnym rozwiązań w smartfonach i tabletach kupuję co roku klasyczny kalendarz, który chyba tylko w trakcie urlopu opuszcza moją torebkę i ląduje w walizce. Bo przecież bez kalendarza tak naprawdę nigdzie się nie ruszam.

Zmierzając w stronę ulicy Pałacowej, dotarliśmy do kamienicy Cytronów. To jeden z tych pałacyków fabrykanckich, które do dziś możemy podziwiać w Białymstoku. Obecnie mieści się w nim Muzeum Historyczne. Byłam w nim raz, już dawno temu, jeszcze z babcią i dziadkiem. W międzyczasie wyprawiłam tam kilka razy moich rodziców, ponieważ znalazłam informacje o ciekawych wystawach czasowych, a że oboje lubią historię Białegostoku, nie musiałam ich długo namawiać na wizytę. Tym razem postanowiłam zabrać tam Janusza, a właściwie to przede wszystkim szukałam pretekstu, żeby samej ponownie tam zawitać.

Dochodziła godzina 14:00. Byliśmy chyba jedynymi zwiedzającymi w ten ponury dzień, ponieważ pani kustosz włączyła nam wszystkie światła w salach wystawowych. Nie lubię tego uczucia, ale z drugiej strony myślę sobie, że muzealnicy cieszą się w dzisiejszych czasach pewnie z każdego gościa i z każdego sprzedanego biletu.

img_7456Bilet normalny kosztuje 8 zł. W soboty wystawy stałe można zwiedzać bezpłatnie.

img_7457

Do pełni szczęścia brakuje mi już tylko wizyty w Muzeum w Bielsku Podlaskim. Pozostałe placówki zdążyłam już odwiedzić. Ale po świętach wybieram się do Muzeum Rzeźby im. Alfonsa Karnego, ponieważ moja ostatnia wizyta w tej placówce miała miejsce grubo ponad 15 lat temu.

W Muzeum Historycznym można obejrzeć naprawdę ciekawą stałą ekspozycję pod tytułem „W białostockiej kamienicy”. We wnętrzach pałacyku odtworzono z powodzeniem wystrój typowej fabrykanckiej kamienicy z Białegostoku. Tak na początku XX wieku mieszkali bogaci mieszczanie w naszym mieście. Godne pozazdroszczenia. Szczególnie ta wspaniała jadalnia. Zgodnie stwierdziliśmy, że idealnie nadawałaby się na wystawną rodzinną wieczerzę wigilijną :) Imponujące wnętrza, atmosfera mieszkania w kamienicy – to w Białymstoku rzadkość. Dlatego warto zobaczyć je na własne oczy i zastanowić się, co by było, gdyby historia potoczyła się inaczej… Na zachętę zajrzyjcie do galerii zdjęć na stronie muzeum.

img_7454 img_7455

Na piętro prowadzi nas stylowa klatka schodowa. W Poznaniu, Wrocławiu czy Krakowie mnóstwo ludzi ma taki widok na co dzień, ponieważ mieszka w starej stylowej kamienicy. U nas takie uroki tylko w muzeum…

img_7453

Godna uwagi jest oczywiście makieta miasta z czasów Branickich. „Białystok – makieta barokowego miasta” ukazuje Białystok za czasów Jana Klemensa Branickiego. Można stać i podziwiać.

img_7448

img_7449

img_7450

img_7451

Na ścianach w sali ekspozycyjnej znajdziemy również obrazy Białegostoku autorstwa białostoczanina Czesława Sadowskiego oraz Józefa Zimmermana, białostoczanina z wyboru, który opuścił Warszawę i osiadł wraz z żoną w Białymstoku.

W kolejnej sali zaprezentowano makietę nieodżałowanego hotelu Ritz. Można się tam poczuć jak w latach międzywojennych. Na potrzeby wystawy stworzono również animację ukazującą hotel w czasach jego świetności. Klimatu dopełnia odpowiednia muzyka.

img_7452

Do końca stycznia 2017 roku oglądać można jeszcze wystawę czasową Skarb ze Złotorii. Jak na nasz puszczański region odkrycie wczesnośredniowiecznych monet to nie lada gratka dla miłośników historii :)

Legendarna Młoda Polska

Już prawie dwa tygodnie upłynęły od mojej wizyty w Muzeum Podlaskim w Białymstoku. Wspólnie z rodzicami wybraliśmy się na wystawę Legendarna Młoda Polska, którą od 4 listopada można oglądać w białostockim ratuszu. Podczas gdy Białystok był w pewnym sensie zaaferowany wizytą Świętego Mikołaja i zaplanowaną na wieczór iluminacją świąteczną, my postanowiliśmy skorzystać z niewątpliwej okazji i zobaczyć dzieła malarstwa polskiego z przełomu XIX i XX wieku. Zwiedzających w ratuszu było niewielu. Nie byliśmy jednak jedynymi odwiedzającymi. Oprócz nas pośród obrazów przechadzało się jeszcze kilka osób, co oczywiście cieszy, ale i nieco smuci, ponieważ nie na co dzień Białystok ma szansę gościć tyle wybitnych dzieł jednocześnie. Nie ma u nas Muzeum Narodowego, nie ma też aż tyle sztuki malarskiej przez duże „SZ”, chociaż skłamałabym, mówiąc że na wystawie stałej w ratuszu nie ma nic godnego uwagi. Jak najbardziej warto ją przynajmniej raz zobaczyć (istnieje opcja bezpłatnego zwiedzania wystawy stałej w wybrany dzień tygodnia).

Niezmiennie uważam, że należy wspierać działania kulturalne i artystyczne nie tylko w głównych ośrodkach miejskich naszego kraju. Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań czy Gdańsk zawsze wyprzedzać będą pod tym względem miasta średniej wielkości i nie warto jest za wszelką cenę się z nimi porównywać. Ważne jednak, aby korzystać ze wszelkich atrakcji i możliwości, jakie pojawią się również i u nas. Tym razem nasze Muzeum Podlaskie umożliwia nam obcowanie ze sztuką najwyższej próby i naprawdę żal byłoby tę okazję zaprzepaścić! Do 15 lutego 2017 roku pozostało na szczęście jeszcze trochę czasu! :)

img_7442

pocztówki (30)

Wczoraj moi Rodzice byli na przedstawieniu w Białostockim Teatrze Lalek. Moja w tym sprawka, ponieważ lubię czasem powyszukiwać jakieś ciekawe wydarzenia kulturalne w Białymstoku, chociaż sama nie mam możliwości skorzystania z większości z nich. Pisałam już kiedyś w notatce Wspierajmy kulturę! W Białymstoku też! o moich ulubionych kulturalnych miejscach w naszym mieście, które staram się odwiedzać przy każdej możliwej okazji, ale jednak co innego wpaść do Białegostoku na kilka dni, a co innego mieszkać w nim na co dzień i mieć wszystkie bieżące atrakcje na wyciągnięcie ręki. Żyjąc w Warszawie mam oczywiście dostęp do niezliczonej ilości kulturalnych eventów, jednak wciąż łaskawym okiem spoglądam na to, co dzieje się w Białymstoku. Paradoksalnie czasem mniej wcale nie oznacza gorzej. W dużych ośrodkach kulturalnych wachlarz wydarzeń jest tak bogaty, że często przeciętny pracujący na etacie człowiek nie jest w stanie trzymać ręki na pulsie i korzystać ze wszystkich wartościowych spotkań, prelekcji, spektakli, wystaw i całej plejady innych atrakcji. Natomiast żyjąc w Białymstoku można moim zdaniem bardziej doceniać wszelkie działania na polu kulturalnym, ponieważ nie ma ich AŻ tyle, co nie oznacza, że jest ich TAK mało (jak zdarza mi się przeczytać czy też usłyszeć). Nierzadko ludzie narzekają, że nic, tylko marazm (bo tak najłatwiej), ale zapytani, czego tak naprawdę oczekiwaliby od oferty kulturalnej Białegostoku, nie potrafią nawet nazwać swoich rzeczywistych preferencji. Mnie cechuje jednak lokalny patriotyzm, który niejako wręcz nakazuje mi wspierać działania lokalne. Dlatego korzystam zarówno z wydarzeń kulturalnych w Warszawie (zazwyczaj po ostrej selekcji), jak też i tych w Białymstoku (przy okazji niemalże wszystkich moich pobytów w hajmacie). Białostocki Teatr Lalek to zazwyczaj pierwsza myśl towarzysząca planowaniu czasu wolnego w Białymstoku („Oby podczas mojego pobytu akurat coś grali!”). Już jako dziecko uwielbiałam tam chodzić na przedstawienia dla dzieci. W sumie pewnie i dziś chętnie zobaczyłabym klasyczny kukiełkowy spektakl jak za dawnych lat. Darzę to miejsce wielkim sentymentem i cenię wszelkie przedsięwzięcia BTL-u. A wśród domowych szpargałów znalazłam nawet zestaw dziewięciu pocztówek z ujęciami z przedstawień naszego teatru lalek. Nawet pamiętam, jak prosiłam moją Mamę, żeby mi je kupiła :) Jedną z pocztówek kiedyś wysłałam, ale osiem pozostało do dziś. Wspomnień czar :)

img_6914

img_6915

Nowa jakość na kolei: 2 wadliwe DARTY, 5 godzin na trasie Białystok-Warszawa

Lubię podróżować pociągiem. Wiecie o tym, ponieważ przy okazji remontu fragmentu linii kolejowej łączącej Białystok z Warszawą dotkliwie odczułam brak połączeń kolejowych na tej trasie i nie raz dałam upust mojej złości i rozgoryczeniu na blogu. Rzadko jednak opisuję moje doświadczenia z podróży, chociaż zaliczam się do starych wyjadaczy , którzy nie jedno w pociągu przeżyli. Jechałam już kiedyś na przykład z całym przedziałem rosyjskojęzycznych żołnierzy oraz z wagonem młodzieży z wymiany polsko-francuskiej. Regularnie kursowałam kiedyś pociągiem InterRegio Żubr z dworca Zachodniego, który wyruszał do Białegostoku późno wieczorem i w którym często jeździło podejrzane towarzystwo. Kilka awarii też mam na swoim koncie, choć może nie tak dramatycznych jak Janusz, któremu już trzy razy zdarzyło się stać w szczerym polu przez zdesperowanych pociągowych samobójców… Moja ostatnia podróż do Warszawy pozostanie mi jednak z pewnością na długo w pamięci, ponieważ była chyba najbardziej spektakularna. Pięć godzin, w tym ponad dwie postoju w Łapach. To chyba mój najdłuższy pobyt w tej miejscowości…

Zatem… 1 listopada wsiadłam do pociągu PESA DART numer 10111. Planowy odjazd z Białegostoku – godzina 20:03. Deszcz leje niemiłosiernie, jednak drzwi do pociągu pozostają nieugięte na czułe naciski przemokniętych pasażerów. Irytacja tym większa, że w środku są już jacyś ludzie. Drzwi musiały ich zatem wcześniej wysłuchać… Pan techniczny w końcu załapał, że coś nie gra, biegnie zatem do, jak mówi, chłopaków, bo coś im tam nie działa. Hurra. Po chwili sezam otwiera się i zajmujemy nasze dawno już zabukowane miejsca. W DARCIE powiew wielkiego świata – na ekranach lecą reklamy podróży po Europie pociągiem InterRail. Za chwilę zachęcają nas do podróży pociągiem z Krakowa/Warszawy/Białegostoku/Kuźnicy Białostockiej do białoruskiego Grodna. Ceny światowo zapodane w euro (od nas 7,50). Dowiaduję się, że posiadacze Karty Polaka mają preferencyjne ceny połączeń. Płacą mniej ojro. W wagonie dwie eleganckie panie, chyba rosyjskojęzyczne, a może mówią po białorusku lub ukraińsku? Zawsze łapię się na tym, że uogólniam, ponieważ nie znam żadnego z wyżej wymienionych języków. Obok młody człowiek, najpewniej student z Azji. Jako jedyny okazał się później prawdziwym dżentelmenem i pomógł mi zdjąć walizkę.

Punktualnie o 20:03 słychać gwizd. Jedziemy. Wyciągam książkę „Transsyberyjska” i zaczynam sobie czytać. W wagonie cicho jak nigdy. Docieramy do Łap. Postój wydaje się dziwnie długi, ale początkowo nikt nie zwraca na to uwagi. Jednak zapowiedź z megafonów wytrąca nas z równowagi. Przynajmniej wewnętrznie, ponieważ reakcje podróżnych są zdecydowanie nieadekwatne do wielkości problemu. Siedzimy cicho! Pociąg ma mianowicie awarię, panowie będą pracować i informować nas na bieżąco. W wagonie tylko westchnięcie. Po prawie godzinnym oczekiwaniu, dwukrotnym wyłączeniu zasilania i siedzenia w ciemnościach, dopóki nie uruchomi się na nowo, dociera do nas komunikat, że pociąg ma jednak sporą awarię i będziemy się cofać do Białegostoku, żeby przesiąść się do nowego składu. Syk wściekłości. I słuszne pytania – jak mamy się cofnąć, skoro pociąg nie chce ruszyć? I właściwie jaki mistrz logistyki wpadł na tenże pomysł? Czy nie lepiej było wysłać nowy pociąg do Łap? PKP nie raz już nas zaskoczyły, dlatego i tym razem trudno wytłumaczyć to zachowanie w sposób racjonalny. Zaczynamy się cofać. Z prędkością 7, no, może 8 km/h. Po niecałych 100 metrach okazuje się, że jednak nie damy rady. I że będziemy czekać na nowy skład, który dojedzie do Łap. Brawo WY, logistycy z PKP! Na zewnątrz wciąż leje, jednak co odważniejsi zbierają się do wyjścia na peron. Przecenili jednak naszą kolej – na nowy skład przyszło nam poczekać. A kiedy w końcu światła zamajaczyły na horyzoncie, pani z dworca w Łapach radośnie oznajmiła, iż cud techniki DART wjedzie na inny peron. Czyli ten, na który można dotrzeć przez kładkę. Tłum ludzi rzucił się zatem na schody i pakuje się z walizami na wyższy poziom. Ci bardziej zirytowani z premedytacją łamią prawo i przebijają się przez tory. Zajmujemy miejsca w kolejnym DARCIE. Ci sami ludzie, te same miejscówki. Jakby nic się nie stało. Z megafonu płynie wiadomość, że ktoś w pośpiechu zapomniał o swoim e-booku. Można go odebrać u konduktora. Ten ktoś pewnie skacze ze szczęścia. Wars przeżywa oblężenie – najlepiej schodzi Żywiec Białe i Marcowe. Trochę kawy. Ludzie zachwyceni. A kasa dla PKP płynie… Jednak i ten postój trwa dziwnie długo. W końcu ten straszny dźwięk „ding dong” rozbrzmiewa na nowo. Ten skład również ma problem. Drzwi odmawiają posłuszeństwa. O zgrozo… Ponownie wyłączają zasilanie, ponownie próbują rozwiązać problem. Powtórka z rozrywki, ale pora zdecydowanie mniej zabawna, gdyż już dawno powinniśmy byli dotrzeć do stolicy. A my tkwimy w Łapach. Pewnie większość z nas zalicza mniej lub bardziej świadomie swój najdłuższy pobyt na łapskim gruncie. Staram się czytać książkę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten reportaż o podróży koleją transsyberyjską jakoś dziwnie pasuje do zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że „Morderstwo w Orient Expressie” przeczytałam już dawno temu. Pani po przeciwnej stronie nie wytrzymuje – zaczyna mówić, że ten maszynista jest jakiś lewy, skoro nie umie obsłużyć nowego pociągu. A może nawet i jest pijany! Ludzie patrzą na panią lekko z ukosa, ale nikt nie wdaje się w dyskusję. 22:48 – hurra! Wyruszamy! Przypomnę tylko, że planowo miałam dotrzeć na Wschodnią kwadrans po dwudziestej drugiej. Nasz cichy wagon nagle ożywa. Studenci obowiązkowo na cały regulator zaczynają rozprawiać o mieszkaniach, które wynajmują w stolicy. Tonem znawcy oceniają stołeczne dzielnice i chyba bardzo chcą, żeby cały wagon wszystkiego się o nich dowiedział. Ciocia dobra rada – nigdy nie wiecie, z kim jedziecie. Może podróżuje z Wami Wasz wykładowca? Poza tym nadawanie w pociągu na cały regulator o swoim prywatnym życiu jest niekulturalne. Chłopak obok mnie rozmawia przez telefon o sortowaniu prania na stancji. Okazuje się, że według jego współlokatorki pranie kolorowe ma barwy czerwone i różowe. Niebieski kolorowy nie jest. I szlus. Chrzanić ekologię, mieszania prania nie będzie! Mkniemy 120 km/h – to jest ta nowa jakość na kolei… Z głośników gruchnęła nowina, że w ramach rekompensaty można otrzymać napój gratis. Pasażerowie pielgrzymują do Warsa, jest jakieś zajęcie. Około godziny 00:50 docieramy na Wschodnią. Ja wysiadam. Na szczęście.

Jutro idę na dworzec złożyć reklamację. W sumie nie łudzę się, że PKP zwrócą mi chociaż część pieniędzy za bilet. Już kiedyś próbowałam – ponad 140 minut opóźnienia, ponieważ lokomotywa zepsuła się na… Wschodniej. Nie w szczerym polu, ale tuż obok wielkiego dworca. Wówczas PKP uznały, że to nie była ich wina. I kasy nie zwrócą. Ciekawe, co odpowiedzą mi tym razem :) Liczę na Waszą kreatywność, drogie PKP!

DARTY z bydgoskiej PESY jeżdżą niecały rok. I już mamy awarie składów. Przestałam się dziwić, że Niemcy przez tyle czasu nie chcieli przyznać pociągom z Bydgoszczy homologacji.

Mimo wszystko nie przesiądę się do autobusów. W pociągu mogę przynajmniej czytać książki! I może później Wam o nich napiszę :)

„Ostatni obrońcy wiary” – Piotr Nesterowicz

Przeczytałam niedawno książkę, z której dowiedziałam się bardzo wiele na temat naszego regionu. Nie wiem, czy aby nie najwięcej, jeśli spojrzeć na inne pozycje literackie podejmujące podlaskie wątki. Właściwie każda strona przynosiła kolejne nieznane mi fakty i otwierała oczy na wiele spraw, o których wprawdzie gdzieś coś słyszałam, ale nie miałam na ich temat ugruntowanej wiedzy. Na literaturę Piotra Nesterowicza trafiłam całkiem przypadkiem. Pewnej soboty Dominika rzuciła hasło, że w warszawskim Wrzeniu Świata jest promocja na reportaże. Już widziałam siebie obładowaną nowymi książkami, bo przecież we Wrzeniu dają właściwe same reportaże… Nie wnikając w szczegóły, udałyśmy się razem do wspomnianej księgarni-kawiarni. Od dawna czytam właściwie tylko reportaże i klasykę. Zdarzają się jeszcze kryminały, ale te najlepsze już chyba przeczytałam, a co do polskich gwiazd tego gatunku przekonania nie mam. Wielokrotnie próbowałam na przykład przebrnąć przez twórczość pochodzącej z Podlasia Katarzyny Bondy, ale mniej więcej po jednej trzeciej książki odpuszczałam, stwierdzając, że dalsza lektura byłaby stratą czasu i nawet podlaskie wątki w historiach nie uratują sprawy. Czytając reportaże można poznać świat, dowiedzieć się czegoś o tych regionach, do których pewnie nigdy nie dotrę, ponieważ nie będę miała czasu, funduszy tudzież odwagi… Zatem czytam sobie o różnych miejscach i ekspedycjach, a jesień jest ku temu niezwykle sprzyjająca. Szczególnie tegoroczna, ponieważ niemalże codziennie leje deszcz.

Z Wrzenia wyszłam z jedną książką, gdyż promocja dotyczyła tylko jednego konkretnego wydawnictwa. Do wyboru było może z 10 pozycji. W tym „Cudowna”. W duchu śmiałam się, że chyba za bardzo skupiłam się na odległych krańcach ziemi i przegapiłam to, czym rzesza czytelników zdążyła się już zachwycić. Cud zabłudowski. Objawienie Matki Boskiej. U nas, na Podlasiu, w latach sześćdziesiątych. Wertowałam książkę i natrafiałam na znane mi nazwy miejscowości. Oczywiście kupiłam. I od razu zaczęłam czytać. Teraz „Cudowną” czyta moja mama, która o cudzie zabłudowskim również nie wiedziała. Okazało się, że tylko mój tato kojarzył te wydarzenia. Tłumaczymy sobie, że pewnie dlatego, iż wychowywał się na osiedlu Przemysłowa (dziś ponoć Skorupy..), a stamtąd bliżej do Zabłudowa.

Zaciekawiła mnie postać samego autora – jak dotarł do tej tematyki? Co skłoniło go do napisania książki poświęconej tym bądź co bądź zapomnianym już wydarzeniom. Z pomocą nadszedł oczywiście Internet i wiele wyjaśniający wywiad z Piotrem Nesterowiczem: Zwykłe życie Jadwigi. Mieszkańcy wioski zabili jej cud

Pozytywnie zaskoczona „Cudowną” sięgnęłam po wcześniejszą książkę Nesterowicza. „Ostatni obrońcy wiary” to pozycja właściwie dwuczłonowa – poświęcona starowiercom i podlaszukom. Autor bardzo przystępnie opisuje historię starowierców i okoliczności ich przybycia na Suwalszczyznę. Chyba każdy podróżujący po Suwałkach czy Suwalskim Parku Krajobrazowym zetknął się z pojęciem „molenna”. Tę najbardziej znaną znajdziecie w Wodziłkach, ale i w samych Suwałkach znajduje się jedna z tych świątyń, które zachowały się do dziś. Reportaż Nesterowicza poświęcony starowiercom czytało mi się tym lepiej, że w pamięci miałam wciąż mam jeszcze świeże wspomnienia z sierpniowego pobytu na Suwalszczyźnie. Część druga poświęcona jest natomiast pograniczu polsko-białoruskiemu. Orla, Bielsk Podlaski. I spory, czy tamtejsza gwara wywodzi się z języka białoruskiego czy może jednak ukraińskiego. Być może Ci z Was, którzy wywodzą się z tych rejonów, spojrzą na opisane przez Nesterowicza historie w sposób krytyczny. Bo może nie zgodzicie się z wypowiedziami, które autor przytacza. Ja jednak nie mam mojego osobistego nastawienia do tych terenów, nie wiążą mnie z nimi żadne rodzinne historie czy doświadczenia. Czytałam zatem zdanie po zdaniu i starałam się ten rejon Podlasia po prostu zrozumieć. Co innego pojechać tam na wycieczkę krajoznawczą, a co innego zapoznać się z tamtejszą historią. Naprawdę szczerze polecam, ponieważ książka Nesterowicza wolna jest od tych frazesów, którymi naszpikowana jest większość pozycji literackich poświęconych odkrywaniu Podlasia. Dla Nesterowicza to nie owiany legendami koniec świata, w którym zza każdego winkla wyskakuje szeptucha, gdzie ku zaskoczeniu odkrywców żyją ludzie, mają swoje domy i samochody. Nie znajdziecie tu tych literackich zbliżeń z podlaską terra incognita, za pomocą których wydawcy starają się sprzedać książki w wysokich nakładach. W „Ostatnich obrońcach wiary” Nesterowicz rozkłada na czynniki pierwsze słowo „wielokulturowość”, nie czyniąc tego jednak z pozycji protekcjonalnego obserwatora. Autor autentycznie słucha swoich rozmówców i stara się przedstawić możliwie pełny obraz rzeczywistości. Tu nie ma jednej racji. I to jest w tej książce najprzyjemniejsze.

big_222

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Petrus.

W kolejce do opisania na blogu czekają:

„Cudowna” Piotra Nesterowicza,

„Jutro spadną gromy” Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego.

W kolejce do przeczytania czekają:

„Wędrówki Wiktora Wołkowa”,

„Miasta województwa podlaskiego”,

„Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”.