Zalew Czapielówka czyli wakacje w stylu retro

W Czarnej Białostockiej ostatni raz byłam jeszcze w czasach licealnych. W dzieciństwie pojechaliśmy tam z rodzicami kilka razy w celach rekreacyjnych, jednak wypady nad tamtejszy zalew nigdy nie stały się naszą rodzinną tradycją. W międzyczasie słyszałam o tym miejscu dużo dobrego – wyremontowano pomost, uporządkowano bezpośrednie otoczenie zalewu, poprowadzono ścieżki rowerowe.

Niedawno trafiliśmy tam trochę przypadkiem. Chcieliśmy wyskoczyć na chwilę z Białegostoku, ale nie mieliśmy możliwości i, powiedzmy szczerze, chęci na dalsze wyjazdy, dlatego wybór padł na Czarną Białostocką. Przez chwilę rozważałam nawet wyjazd pociągiem, jednak względy praktyczne wzięły górę. Dojazd nad zalew jest dobrze oznakowany, także bez problemu dotarliśmy na miejsce.

Tuż przy parkingu wita nas stara „tablica pamiątkowa” informująca o czasie budowy zalewu:

Samochodem dojedziecie również na drugą, plażową stronę zalewu, jednak my woleliśmy zaparkować w cieniu i przejść się kawałek pieszo. Również i Wam polecam spacer przez mostek ze względu na słynne „źródło Romana”. Bez problemu je odszukacie – przy mostku znajduje się tablica pamiątkowa, natomiast tuż obok źródła wmurowano również mniejszą tabliczkę z pełniejszymi informacjami:

Wyczytałam, że pan Roman Cyniak był wędkarzem, odkrywcą i opiekunem tego źródełka. Woda ze źródła jest przebadana, zdatna do picia i zdarzają się tam kolejki chętnych do napełnienia butelek i baniaczków tą smaczną wodą. Tak – woda jest smaczna, bardzo zimna i dobrze gasi pragnienie. Należy jednak wspomnieć, że schodki prowadzące do źródła nie są niestety w najlepszym stanie. Zejścia w klapkach raczej nie polecam…

Ku mojemu zaskoczeniu, zniknął pomost łączący oba brzegi zalewu. Widziałam go na wszystkich zdjęciach i filmikach, ale nie na żywo. Czy jest poddawany renowacji?

Nad zalewem byliśmy w pierwszą sobotę wakacji. Wśród plażowiczów dominowali tak zwani lokalsi, a tłumów nie stwierdzono. Zgodnie uznaliśmy, że panuje tam wciąż taka miła atmosfera retro. Nie ma nachalnej małej gastronomii – dopatrzyliśmy się tylko jednego food-tracka. I to jest fajne – kiedy przyciśnie nas głód, możemy coś przekąsić, ale otoczka nie dominuje nad zalewem. Nie gra głośna muzyka. Niektórzy grillowali, inni opalali się na plaży lub na pomoście, a co odważniejsi kąpali się. Woda była dość zimna :) Na miejscu można wypożyczyć kajaki i rowery wodne. I wciąż można podziwiać zalew z pozycji widza w tamtejszym amfiteatrze :) To ciekawe rozwiązanie, podobnie jest w Puńsku. To zresztą niejedyne skojarzenie z moją ulubioną Suwalszczyzną. Podobnie pozytywne emocje towarzyszyły mi ostatnio na plaży w Starym Folwarku nad Wigrami, która mimo rewelacyjnego położenia wciąż opiera się komercjalizacji. Tam również można plażować w stylu retro :) Także jeśli na samą myśl spędzania wakacji na przykład w Augustowie nad jeziorem Necko robi się Wam słabo, a nie chcecie całkowicie rezygnować z plażowania, sprawdźcie Stary Folwark (i pójdźcie przy okazji do tamtejszego Muzeum Wigier).

Będąc w okolicy, możecie podjechać do Czarnej Wsi Kościelnej, która słynie ze Szlaku Rękodzieła Ludowego. Ciekawie położona, zachęca do odpoczynku w jednej z licznych kwater agroturystycznych. Panuje tam tak niesamowity spokój… Łatwo można zapomnieć, że jesteśmy 20 minut drogi od Białegostoku.

Jeżeli interesuje Was historia Czarnej Białostockiej, zachęcam do odsłuchania reportażu o tym miasteczku, który przygotowało Polskie Radio Białystok. A o samej historii powstania Zalewu Czapielówka przeczytacie na oficjalnej stronie Urzędu Miejskiego w Czarnej Białostockiej.

AKTUALIZACJA

Nie spodziewałam się, że wpis o Zalewie Czapielówka spotka się z tak ciepłym przyjęciem. Jak widać, czasem naprawdę niewiele trzeba, aby ożywić wspomnienia! Jedna z koleżanek, która od lat wspiera mój blog, postanowiła nawet odwiedzić to miejsce po latach. Wczoraj dostałam kilka zdjęć znad zalewu – można go obejść dookoła. Czeka nas przeprawa przez trzy kładki, jedna z nich dość pilnie wymaga remontu. Zdjęcia udostępniam za wiedzą i zgodą koleżanki.

Reklamy

Czy to się „dla Was” podoba?

Gwary i regionalizmy to temat szeroki i głęboki. Odnoszę również wrażenie, że z roku na rok Polacy coraz chętniej przyznają się do różnych naleciałości językowych i coraz odważniej się z nimi utożsamiają. Oczywiście pewne regiony od zawsze szczególnie chętnie podkreślały swoją odrębność za pomocą języka i są z niego dumne. Wielkopolska czy Śląsk to chyba najbardziej trafne przykłady. Ale również w innych regionach kraju dość łatwo wychwycić charakterystyczne powiedzonka czy wyrazy. Moja koleżanka z Torunia bardzo często wstawia na przykład typowe dla tamtych rejonów słówko jo. Katarzyna Puzyńska, autorka poczytnych kryminałów, których akcja rozgrywa się w Brodnicy i okolicach, również z powodzeniem wplata ten zwrot do dialogów swoich bohaterów.

A co dzieje się w tej materii na Podlasiu, które od pewnego czasu święci triumfy w kategorii „najbardziej memiczny region w Polsce”? Można rzec, że regionalizmów ci u nas na pęczki. Pomińmy już typowy dla wielu mieszkańców zaśpiew, to tak oczywiste jak fakt, że po wiośnie następuje lato. Im dłużej nie ma mnie w Białymstoku, tym wyraźniej to słyszę. „Zaciąganie” było, jest i będzie. Kropka. Fajnych podlaskich słówek też jest sporo, aczkolwiek w tej dziedzinie nigdy nie byłam mistrzem. Nie znam rosyjskiego, więc części z nich nie umiem rozszyfrować. Sama z zaciekawieniem rozwiązuję testy z podlaskiej mowy i zawsze dowiem się czegoś nowego. Nie ukrywam jednak, że ta wiedza dość szybko mi później umyka, ponieważ nie posługuję się tymi regionalizmami na co dzień. W moim słowniku funkcjonują jednak takie wyrażenia jak wisk, wiszczeć, baryk, hadki/hadko, szantrapa, szałaput, pazłotko, aczkolwiek używam ich raczej wśród „swoich”, bo tylko oni zrozumieją, co mam na myśli :)

Jeśli chcecie sprawdzić swoją wiedzę z zakresu podlaskich regionalizmów, polecam Wam ten kawałek Ciry. Ja nie rozumiem wszystkiego, ale wielu znaczeń się domyślam :) Sama idea tego utworu to strzał w dziesiątkę! To odczarowanie nieuzasadnionego wstydu towarzyszącego stosowaniu regionalizmów i gwary rodem z Podlasia.

Gdybym miała wymienić najbardziej charakterystyczny podlaski zwrot byłoby to bez wątpienia DLA używane zamiast celownika. I proszę, nie zlinczujcie mnie, ale osobiście nie jestem entuzjastką dla i sama nigdy w ten sposób nie mówię, chociaż mojej mamie zdarzają się już czasem takie strzały językowe. Oczywiście zawsze z wielką chęcią ją poprawiam, ale to tak tylko w rodzinie i w konwencji żartu :) Niektórzy spośród moich znajomych używają nagminnie błędnego dla, ale udaję, że tego nie słyszę, bo jeszcze zaczęliby mnie uważać za jakąś nawiedzoną purystkę językową ;) Moim zdaniem to właśnie po tym charakterystycznym dla poznamy najszybciej, że jesteśmy na Podlasiu. Pewnego razu poszliśmy z Januszem na basen na Stromej. I na dzień dobry słyszymy kłótnię dwóch dziewczynek, w której pada groźba „Uspokój się, bo powiem DLA mamy!”. Janusz od razu posyła mi uśmiech – wiadomo, Białystok ;) Na spacerze z kolei słyszymy „I on powiedział, żeby dać to DLA księdza…” – i już widzę Januszowy uśmiech numer dwa. I takie przykłady można zbierać w nieskończoność. No dobrze, skoro ludzie tak mówią i tak im (a może „dla nich”) się podoba, to chyba należy to zaakceptować i przy okazji uczynić z tego podlaskiego dla znak rozpoznawczy opatrzony symbolem trademark. Summa summarum na Podlasiu z tą poprawnością gramatyczną i tak nie jest najgorzej. U nas w domu mówimy teraz celowo z odpowiednią intonacją „Dla mnie to się bardzo podoba!”, kiedy coś jest naprawdę super. A liczne memy z dla nas akurat bardzo śmieszą :)

Ale jest jednak coś, co mnie i denerwuje, i śmieszy jednocześnie: unikanie dla w zwrotach, w których dla jest poprawne! Swego czasu zaczęłam nawet prowadzić rejestr takich napisów w przestrzeni publicznej i za każdym razem nie mogę się nadziwić, że ktoś to naprawdę napisał i na dodatek wydrukował :)

Moje TOP 5:

  • Wejście tylko chórzystom (w kościele św. Wojciecha)
  • Parking pracownikom banku (przed bankiem Santander przy Radzymińskiej)
  • Parking wyłącznie mieszkańcom os. Sady Antoniukowskie (na os. Sady Antoniukowskie)
  • Szatnia studentom (na uczelni wyższej!!!!!!!!!!!!!!!!!)
  • Buty leśnikom (w siedzibie Lasów Państwowych)

Fotoram.io

Ludzie tak bardzo wstydzili się wytykanego im dla, że wystraszyli się go nie na żarty. I powstały takie napisy, obok których trudno przejść obojętnie. To ja już zdecydowanie wolę to słynne „dla mnie się podoba” aniżeli takie językowe dziwolągi.

Znacie jeszcze inne napisy w Białymstoku, w których zamiast celownika powinno być dla? Podzielcie się!

lokalny patriotyzm – część III

Już prawie dwa lata minęły od ostatniego z moich postów poświęconych produktom regionalnym z Białegostoku i Podlasia. Przez ten czas nie zmieniło się jednak moje podejście w kwestii zakupów – wciąż staram się być świadomym konsumentem i z radością wspieram wartościowe produkty i przedsięwzięcia rodem z Podlasia. Podobnie jak w części pierwszej oraz drugiej chciałabym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami. Wybór towarów i usług jest oczywiście subiektywny, ponieważ to, co na przykład smakuje mi, może wydać się komuś innemu zupełnie nieatrakcyjne. Na szczęście mamy wolność wyboru i każdy kupuje to, co mu odpowiada.

Z przykrością stwierdzam, że na przestrzeni ostatnich kilku lat zniknęły niektóre produkty, o których pisałam we wcześniejszych postach. Ta Agrovita, którą widzicie w sklepach, nijak ma się do tej białostockiej sprzed lat. To zjawisko tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że trzeba wspierać lokalnych producentów, ponieważ co innego taki zwykły szary człowiek może w gruncie rzeczy zrobić dla swojego regionu?

  1. Kefir naturalny 0% tłuszczu SM Łapy

To obok łapskiego masła mój ulubiony produkt z tej firmy. Ku mojej radości jest dostępny w niektórych sklepach w Warszawie, dzięki czemu mogę go spożywać regularnie. Przed wypiciem musimy naprawdę energicznie wstrząsnąć butelką, ponieważ w kefirze są właściwe mu grudki. Z tej samej SM polecam Wam jeszcze śmietanę 18%. Jej niestety nie widziałam nigdzie w Warszawie, dlatego podczas gotowania korzystam z tej z Piątnicy lub Sokółki.

źródło

2. Masło OSM Hajnówka

Ciężkie czasy nastały dla miłośników masła. Ceny poszybowały w górę – nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach UE. Cóż począć. Nie zrezygnuję z masła na rzecz jakichś margaryn i miksów. Co więcej, uparcie kupuję moje ulubione masło z Łap, a w przypadku jego braku to hajnowskie. Przy okazji wspomnę jeszcze, że ser biały z Hajnówki również należy do moich ulubionych produktów spożywczych.

źródło

3. Piwo z Browaru Słodowy Dwór

Dopóki nie spróbowałam piwa z Harasimowicz, uważałam, że piwo z białostockiego Browaru Gloger jest niezłe. Jednak piwa z małej wsi pod Dąbrową Białostocką są w tym momencie chyba najciekawszym napojem tego rodzaju, który powstaje w regionie i który można zakupić w wybranych miastach i sklepach w kraju. Oczywiście warto podkreślić również walory wizualne – etykiety i nazwy trunków są wyjątkowe i bardzo związane z Podlasiem i Suwalszczyzną, za co należy się wielki plus.

PS Wiem, że coraz więcej osób tworzy piwo w domu i tonem znawcy chętnie krytykuje wszelkie produkty jakichkolwiek browarów. Ja jednak na zabawę w domowy browar nie mam ani czasu, ani ochoty, dlatego kupuję to, co znajdę na sklepowych półkach.

źródło

4. Oranżada Krynka

Czasem każdy z nas ma ochotę na coś niezdrowego. Oby nie za często, ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić na takie zachcianki. Oprócz wody źródlanej Krynka, która obecna jest w naszym domu, muszę wspomnieć też o ich kultowej oranżadzie w szklanych butelkach. Do dziś pamiętam, że całkiem niechcący okazała się hitem na naszym weselu i dość szybko zaczęliśmy żałować, że kupiliśmy jej tak mało ;)

źródło

5. Mydło naturalne SVOJE

Nie samym jedzeniem i piciem człowiek żyje. Od paru lat obserwujemy zwrot ku kosmetykom naturalnym, coraz więcej osób kupuje je świadomie i czyta etykiety. Dlatego warto podkreślić, że mamy w Białymstoku firmę produkującą prawdziwie naturalne mydła, w tym takie unikaty jak na przykład mydło żubrowe :) Zachęcam Was do zapoznania się z ofertą sklepu SVOJE.

6. Książki z Fundacji Sąsiedzi

Moda na reportaż trwa. Chętnie czytamy książki poświęcone bliższym i dalszym zakątkom naszego globu, jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne pozycje zaliczane do popularnej ostatnio literatury faktu. Sama łapię się na tym, że czytam głównie reportaże, a dawno nie sięgnęłam już po tradycyjną powieść. Ostatnia wizyta w bibliotece (Tak, wreszcie się zapisałam do biblioteki, ponieważ zaczęło mi brakować miejsca na książki! Janusz patrzył na mnie podejrzliwie, kiedy kurier dostarczał do domu kolejne przesyłki z księgarni internetowych, a mama stwierdziła, że chyba w końcu powinnam przejrzeć książki, które już mam, bo nie mogę ich składować w moim pokoju w nieskończoność…) skończyła się tak samo. Poszłam z zamiarem wypożyczenia powieści, a wróciłam z sześcioma księgami z gatunku reportaż… Dlatego tym bardziej polecam Wam ofertę wydawnictwa Fundacja Sąsiedzi. Znajdziecie tam liczne reportaże oraz albumy poświęcone Podlasiu oraz szeroko pojętemu Wschodowi. Fundacja Sąsiedzi mieści się w Białymstoku.

7. Dary Natury

Od nich polecam właściwie wszystko – od zwykłych herbatek ziołowych po oleje i przyprawy bez chemii. Nie polecam tylko zamówień przez Internet (zapewne część z Was pamięta moje przeboje z tą firmą…). Na szczęście towary z logo Darów Natury dostępne są w wielu sklepach stacjonarnych (również w Warszawie), więc można je zakupić drogą tradycyjną.

To dzisiejsza szczęśliwa siódemka :) A jakie są Wasze typy? Co regionalnego polecacie? Czekam w napięciu na Wasze wskazówki.

Ania – lokalna patriotka :)

 

„Północne Podlasie, Wschodnie Mazowsze”

Wakacje już za nami, o czym dość dobitnie przypomina aura za oknem. Zwykle również wrzesień i październik zachęcają do chociażby weekendowych wycieczek po okolicy, jednak chwilowo możemy co najwyżej powspominać, jak było jeszcze tydzień temu i liczyć na rychłe polepszenie pogody.

W dobie Internetu większość informacji o atrakcjach turystycznych znajdziemy na licznych stronach www, podróżniczych blogach czy innych portalach, jednak ja wciąż pozostaję wierna jednej starej książce, która może nie jest już do końca aktualna, ale bardzo obszernie przedstawia tereny wokół Białegostoku, dokąd można wybrać się na krótki wyjazd. Mam ją już od wielu lat i wciąż jeszcze potrafi mnie czymś zaskoczyć. Nie jest to z pewnością wydawnictwo atrakcyjne wizualnie – nie ma tu kolorowych zdjęć i zajmującej szaty graficznej. Jest za to dużo treści, więc jeśli lubicie czytać, powinniście zaprzyjaźnić się z tą książką.

W tym dość staromodnym przewodniku znajdziemy liczne trasy zwiedzania, które można zrealizować w całości lub fragmentarycznie. Brawa dla autorów za pełne ciekawostek teksty i wstawki poświęcone historii lub przyrodzie. Oczywiście należy przymknąć oko na dane statystyczne – liczba mieszkańców nie jest przecież najważniejsza :)

Książka jest wciąż do kupienia w księgarniach internetowych. W tej samej serii ukazała się także między innymi „Suwalszczyzna, Zaniemenie”.

 

Narwiański Park Narodowy

Narwiański Park Narodowy ma jedną zasadniczą przewagę nad Biebrzańskim. Można się tam wybrać z Białegostoku na spontaniczny spacer, ponieważ już kilkanaście kilometrów na zachód od miasta rozpościera się niepowtarzalny narwiański krajobraz. Poza tym jest chyba mimo wszystko wciąż bardziej kameralny i swojski. Ja w każdym razie chętniej jeżdżę nad Narew niż nad Biebrzę, chociaż walory przyrodnicze największego parku narodowego w Polsce są prawdopodobnie bardziej imponujące. Jesteście jednak ciekawi, co nieduży NPN ma do zaoferowania? Obejrzyjcie odcinek sympatycznego programu „Zakochaj się w Polsce” poświęcony Dolinie Narwi.

Majówka to jednak nie czas na kameralne wypady, gdyż niemalże wszystkie dzikie miejsca w kraju cieszą się wtedy wyjątkową popularnością. Stwierdziliśmy jednak z Januszem, że więcej sensu na wyjazd nad Narew niż do Białowieskiego Parku Narodowego, w którym to mąż wciąż jeszcze nie był i co, nie ukrywam, ciąży mi od lat na sumieniu. Zawsze w okolicach majówki pojawia się możliwość wyjazdu do Białowieży, jednak na samą myśl, co się tam będzie działo, pasuję i wybieramy jakieś mniej rozpropagowane w mediach miejsce. Od lat początek maja najczęściej spędzamy na Podlasiu. Tylko raz udało się nam wyjechać do Wrocławia, co było strzałem w dziesiątkę, bo i samo miasto niesamowite, i temperatura powietrza przypominała bardziej lato niż wiosnę. W tym roku tradycji stało się jednak zadość. Spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy do Białegostoku.

Pół niedzieli rozważałam, jak spędzić pierwszy dzień maja. Nie chciało się nam zbyt długo jechać, dlatego wahałam się między Rezerwatem Krzemianka a Narwiańskim Parkiem Narodowym. W końcu stanęło na rzece. W zeszłym roku zwiedziliśmy nadnarwiański Suraż, byliśmy na urwanym moście nad Narwią w Kruszewie, a z rodzicami maszerowaliśmy po kładce Śliwno-Waniewo. Wstyd jednak przyznać, że do tej pory nigdy nie byłam w Kurowie, gdzie znajduje się siedziba parku. I gdzie odbywają się od lat Biesiady Miodowe. Miód mamy zawsze od znajomego pszczelarza z Podlasia, albo z okolic Sejn lub z Lubelszczyzny. Takie przywiązanie do marki. Dlatego nigdy na tej biesiadzie nie byliśmy… Ale przynajmniej wyklarował się cel naszej wyprawy. Pojechaliśmy do Kurowa.

Śmieję się, że na Podlasiu jestem taką trochę oszukaną turystką. Jeździmy autem na obcych rejestracjach i sprawiamy wrażenie, jakbyśmy zwiedzali ten region jak regularni turyści. W Kurowie napotkaliśmy jednak na niemalże same obce rejestracje. To niemożliwe, żeby wszyscy oszukiwali! Myślałam, że najwięcej będzie tych z okolic, ale te dominowały pewnie w Śliwnie :) Na Podlasie zjechało naprawdę pół Polski. Z rozmów można było wywnioskować, że zwiedzający robią typową objazdówkę po Podlasiu. Jednym słowem odkrywają dzikie tereny. Miło!

Siedziba NPN znajduje się w zabytkowym dworku, o którego historii przeczytacie tutaj. Co ciekawe, w części dworku znajduje się mieszkanie prywatne. Wokół dworku rozpościera się zadbany park przydworski, a jedną z atrakcji jest spacer ścieżką przyrodniczą „Kładka wśród bagien” o długości 1 kilometra.

Przed bramą wjazdową znajdują się zabudowania gospodarskie.

Park przydworski to miejsce na sympatyczny spacer:

Można tam również odpocząć w altance:

A tamtejszy pies dysponuje budą na wyłączność:

Turyści mogą również skorzystać z możliwości spływu Narwią:

Kurowo leży około 8 km od Waniewa. Grzechem byłoby nie podjechać również na tamtejszą słynną kładkę. Tłum ludzi nas nie zniechęcił, przeszliśmy się do Śliwna i z powrotem, ale kilka razy czekaliśmy w naprawdę sporych kolejkach do „promów”. Sklepy po obu stronach kładki wyrabiały pewnie miesięczny utarg. Na ścieżce byli wszyscy – młodzi, młodzi z dziećmi, wycieczki zorganizowane, seniorzy. Moda na Narew trwa!

Udało się zrobić zdjęcie bez ludzi (czekają w oddali na „prom”…)!

Wracając do Białegostoku, zahaczyliśmy jeszcze o niewielką wieś Bokiny, z której rozpościera się imponujący widok na narwiańskie rozlewiska. Bokiny to osada prehistoryczna, znana z wykopalisk. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z połowy XVI wieku. We wsi znajduje się też kościół wybudowany w latach sześćdziesiątych.

Narwiański Park Narodowy to świetna opcja na krótki niedzielny wypad za miasto. Warto doceniać takie perełki, które ma się w okolicy. Polecam. Ania.

PS Pamiętajcie o zakupie biletu wstępu do NPN! Dzienny bilet dla osoby dorosłej to symboliczne 5 zł. Wejściówki kupicie w sklepie w Śliwnie albo w siedzibie parku w Kurowie. Biletów nie sprzedają w informacji turystycznej w Waniewie.

Cud w Zabłudowie

Jesienią wspomniałam na facebooku’u, że dzięki Dominice weszłam w posiadanie książki „Cudowna” autorstwa Piotra Nesterowicza. Zamiast reportaży z Wydawnictwa Czarne, po które tak naprawdę udałyśmy się do księgarni i które to wówczas wcale nie były przecenione, zakupiłam w promocji publikację poświęconą wydarzeniom z Podlasia, o których wcześniej nie wiedziałam. Swoją drogą, to naprawdę ciekawe, jak różne doświadczenia mogą wynieść osoby mieszkające w jednym mieście i w tym samym czasie. Moja rodzina wywodzi się z Białegostoku, zarówno ze strony mamy jak i taty. Tutaj też urodzili się moi dziadkowie i pradziadkowie. Ale w rodzinie mamy o wydarzeniach z Zabłudowa nie mówiło się. Natomiast w rodzinie taty, który wychowywał się na terenie dawnej dzielnicy Przemysłowa, nazwanej dziś Skorupami, wiedza o cudzie zabłudowskim była powszechna. Tata pamięta, jak kobiety z dzielnicy wybierały się tłumnie do Zabłudowa, żeby zobaczyć na własne oczy osławione miejsce. A my z mamą dowiedziałyśmy się o wydarzeniach z 1965 roku dopiero z książki. Wierni Czytelnicy bloga mogli już o tym przeczytać we wpisie poświęconym innej książce tego samego autora. Dziś skupimy się jednak bezpośrednio na Zabłudowie. Czternastoletniej Jadwidze miała objawić się kilkakrotnie Matka Boska. Kościół nie był zainteresowany nagłośnieniem i należytym zbadaniem zaistniałej sytuacji. Natomiast ówczesne elity dążyły do jak najszybszego uciszenia kwestii objawień, co jednak wymknęło się spod kontroli. A sam cud podzielił lokalną społeczność.

„Cudowna” ukazała się w listopadzie 2014 roku nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie. Nie jest to książka obszerna. Nesterowicz analizuje krok po kroku, niemalże z dokładnością co do minuty, skalę cudu i brutalne próby jego deprecjonowania przez peerelowskie władze oraz przez Kościół. Wiara w objawienia maryjne miała być utożsamiana przez światłe władze z zabobonem, biedą i zacofaniem lokalnej społeczności. Jednocześnie autor przedstawia w doskonały sposób obraz podlaskiej wsi z jej obyczajami i silną religijnością. Rozmawia także z Jadwigą, której objawiła się/miała objawić się Matka Boska. I pokazuje dobitnie, jak ludzie potrafią niszczyć siebie nawzajem.

Zachęcam Was do zapoznania się z artykułami poświęconymi wydarzeniom z 1965 roku: Cud w Zabłudowie. Zobacz, co ujrzała 14-latka!; „Cud” w Zabłudowie; Zabłudów, czyli podlaski cud i polskie piekło. Doświadczenia Jadwigi stały się również kanwą spektaklu przygotowanego przez Teatr Wierszalin i do dziś budzą wiele emocji, o czym przeczytacie tutaj. Cud z Zabłudowa doczekał się także opracowania stricte naukowego. Polecam też Waszej uwadze zdjęcia dokumentujące modlących się na zabłudowskiej łące ludzi i skierowane przeciwko nim akcje ZOMO.

Jak liczne wspomnienia z tamtego okresu pielęgnuje do dziś wielu mieszkańców Zabłudowa, przekonacie się oglądając minireportaż ze spotkania autorskiego zorganizowanego w miasteczku pod koniec 2014 roku:

W miejscu objawień, na łące przed Zabłudowem do dziś znajduje się także kapliczka:

Nowa jakość na kolei: 2 wadliwe DARTY, 5 godzin na trasie Białystok-Warszawa

Lubię podróżować pociągiem. Wiecie o tym, ponieważ przy okazji remontu fragmentu linii kolejowej łączącej Białystok z Warszawą dotkliwie odczułam brak połączeń kolejowych na tej trasie i nie raz dałam upust mojej złości i rozgoryczeniu na blogu. Rzadko jednak opisuję moje doświadczenia z podróży, chociaż zaliczam się do starych wyjadaczy , którzy nie jedno w pociągu przeżyli. Jechałam już kiedyś na przykład z całym przedziałem rosyjskojęzycznych żołnierzy oraz z wagonem młodzieży z wymiany polsko-francuskiej. Regularnie kursowałam kiedyś pociągiem InterRegio Żubr z dworca Zachodniego, który wyruszał do Białegostoku późno wieczorem i w którym często jeździło podejrzane towarzystwo. Kilka awarii też mam na swoim koncie, choć może nie tak dramatycznych jak Janusz, któremu już trzy razy zdarzyło się stać w szczerym polu przez zdesperowanych pociągowych samobójców… Moja ostatnia podróż do Warszawy pozostanie mi jednak z pewnością na długo w pamięci, ponieważ była chyba najbardziej spektakularna. Pięć godzin, w tym ponad dwie postoju w Łapach. To chyba mój najdłuższy pobyt w tej miejscowości…

Zatem… 1 listopada wsiadłam do pociągu PESA DART numer 10111. Planowy odjazd z Białegostoku – godzina 20:03. Deszcz leje niemiłosiernie, jednak drzwi do pociągu pozostają nieugięte na czułe naciski przemokniętych pasażerów. Irytacja tym większa, że w środku są już jacyś ludzie. Drzwi musiały ich zatem wcześniej wysłuchać… Pan techniczny w końcu załapał, że coś nie gra, biegnie zatem do, jak mówi, chłopaków, bo coś im tam nie działa. Hurra. Po chwili sezam otwiera się i zajmujemy nasze dawno już zabukowane miejsca. W DARCIE powiew wielkiego świata – na ekranach lecą reklamy podróży po Europie pociągiem InterRail. Za chwilę zachęcają nas do podróży pociągiem z Krakowa/Warszawy/Białegostoku/Kuźnicy Białostockiej do białoruskiego Grodna. Ceny światowo zapodane w euro (od nas 7,50). Dowiaduję się, że posiadacze Karty Polaka mają preferencyjne ceny połączeń. Płacą mniej ojro. W wagonie dwie eleganckie panie, chyba rosyjskojęzyczne, a może mówią po białorusku lub ukraińsku? Zawsze łapię się na tym, że uogólniam, ponieważ nie znam żadnego z wyżej wymienionych języków. Obok młody człowiek, najpewniej student z Azji. Jako jedyny okazał się później prawdziwym dżentelmenem i pomógł mi zdjąć walizkę.

Punktualnie o 20:03 słychać gwizd. Jedziemy. Wyciągam książkę „Transsyberyjska” i zaczynam sobie czytać. W wagonie cicho jak nigdy. Docieramy do Łap. Postój wydaje się dziwnie długi, ale początkowo nikt nie zwraca na to uwagi. Jednak zapowiedź z megafonów wytrąca nas z równowagi. Przynajmniej wewnętrznie, ponieważ reakcje podróżnych są zdecydowanie nieadekwatne do wielkości problemu. Siedzimy cicho! Pociąg ma mianowicie awarię, panowie będą pracować i informować nas na bieżąco. W wagonie tylko westchnięcie. Po prawie godzinnym oczekiwaniu, dwukrotnym wyłączeniu zasilania i siedzenia w ciemnościach, dopóki nie uruchomi się na nowo, dociera do nas komunikat, że pociąg ma jednak sporą awarię i będziemy się cofać do Białegostoku, żeby przesiąść się do nowego składu. Syk wściekłości. I słuszne pytania – jak mamy się cofnąć, skoro pociąg nie chce ruszyć? I właściwie jaki mistrz logistyki wpadł na tenże pomysł? Czy nie lepiej było wysłać nowy pociąg do Łap? PKP nie raz już nas zaskoczyły, dlatego i tym razem trudno wytłumaczyć to zachowanie w sposób racjonalny. Zaczynamy się cofać. Z prędkością 7, no, może 8 km/h. Po niecałych 100 metrach okazuje się, że jednak nie damy rady. I że będziemy czekać na nowy skład, który dojedzie do Łap. Brawo WY, logistycy z PKP! Na zewnątrz wciąż leje, jednak co odważniejsi zbierają się do wyjścia na peron. Przecenili jednak naszą kolej – na nowy skład przyszło nam poczekać. A kiedy w końcu światła zamajaczyły na horyzoncie, pani z dworca w Łapach radośnie oznajmiła, iż cud techniki DART wjedzie na inny peron. Czyli ten, na który można dotrzeć przez kładkę. Tłum ludzi rzucił się zatem na schody i pakuje się z walizami na wyższy poziom. Ci bardziej zirytowani z premedytacją łamią prawo i przebijają się przez tory. Zajmujemy miejsca w kolejnym DARCIE. Ci sami ludzie, te same miejscówki. Jakby nic się nie stało. Z megafonu płynie wiadomość, że ktoś w pośpiechu zapomniał o swoim e-booku. Można go odebrać u konduktora. Ten ktoś pewnie skacze ze szczęścia. Wars przeżywa oblężenie – najlepiej schodzi Żywiec Białe i Marcowe. Trochę kawy. Ludzie zachwyceni. A kasa dla PKP płynie… Jednak i ten postój trwa dziwnie długo. W końcu ten straszny dźwięk „ding dong” rozbrzmiewa na nowo. Ten skład również ma problem. Drzwi odmawiają posłuszeństwa. O zgrozo… Ponownie wyłączają zasilanie, ponownie próbują rozwiązać problem. Powtórka z rozrywki, ale pora zdecydowanie mniej zabawna, gdyż już dawno powinniśmy byli dotrzeć do stolicy. A my tkwimy w Łapach. Pewnie większość z nas zalicza mniej lub bardziej świadomie swój najdłuższy pobyt na łapskim gruncie. Staram się czytać książkę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten reportaż o podróży koleją transsyberyjską jakoś dziwnie pasuje do zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że „Morderstwo w Orient Expressie” przeczytałam już dawno temu. Pani po przeciwnej stronie nie wytrzymuje – zaczyna mówić, że ten maszynista jest jakiś lewy, skoro nie umie obsłużyć nowego pociągu. A może nawet i jest pijany! Ludzie patrzą na panią lekko z ukosa, ale nikt nie wdaje się w dyskusję. 22:48 – hurra! Wyruszamy! Przypomnę tylko, że planowo miałam dotrzeć na Wschodnią kwadrans po dwudziestej drugiej. Nasz cichy wagon nagle ożywa. Studenci obowiązkowo na cały regulator zaczynają rozprawiać o mieszkaniach, które wynajmują w stolicy. Tonem znawcy oceniają stołeczne dzielnice i chyba bardzo chcą, żeby cały wagon wszystkiego się o nich dowiedział. Ciocia dobra rada – nigdy nie wiecie, z kim jedziecie. Może podróżuje z Wami Wasz wykładowca? Poza tym nadawanie w pociągu na cały regulator o swoim prywatnym życiu jest niekulturalne. Chłopak obok mnie rozmawia przez telefon o sortowaniu prania na stancji. Okazuje się, że według jego współlokatorki pranie kolorowe ma barwy czerwone i różowe. Niebieski kolorowy nie jest. I szlus. Chrzanić ekologię, mieszania prania nie będzie! Mkniemy 120 km/h – to jest ta nowa jakość na kolei… Z głośników gruchnęła nowina, że w ramach rekompensaty można otrzymać napój gratis. Pasażerowie pielgrzymują do Warsa, jest jakieś zajęcie. Około godziny 00:50 docieramy na Wschodnią. Ja wysiadam. Na szczęście.

Jutro idę na dworzec złożyć reklamację. W sumie nie łudzę się, że PKP zwrócą mi chociaż część pieniędzy za bilet. Już kiedyś próbowałam – ponad 140 minut opóźnienia, ponieważ lokomotywa zepsuła się na… Wschodniej. Nie w szczerym polu, ale tuż obok wielkiego dworca. Wówczas PKP uznały, że to nie była ich wina. I kasy nie zwrócą. Ciekawe, co odpowiedzą mi tym razem :) Liczę na Waszą kreatywność, drogie PKP!

DARTY z bydgoskiej PESY jeżdżą niecały rok. I już mamy awarie składów. Przestałam się dziwić, że Niemcy przez tyle czasu nie chcieli przyznać pociągom z Bydgoszczy homologacji.

Mimo wszystko nie przesiądę się do autobusów. W pociągu mogę przynajmniej czytać książki! I może później Wam o nich napiszę :)