Narwiański Park Narodowy

Narwiański Park Narodowy ma jedną zasadniczą przewagę nad Biebrzańskim. Można się tam wybrać z Białegostoku na spontaniczny spacer, ponieważ już kilkanaście kilometrów na zachód od miasta rozpościera się niepowtarzalny narwiański krajobraz. Poza tym jest chyba mimo wszystko wciąż bardziej kameralny i swojski. Ja w każdym razie chętniej jeżdżę nad Narew niż nad Biebrzę, chociaż walory przyrodnicze największego parku narodowego w Polsce są prawdopodobnie bardziej imponujące. Jesteście jednak ciekawi, co nieduży NPN ma do zaoferowania? Obejrzyjcie odcinek sympatycznego programu „Zakochaj się w Polsce” poświęcony Dolinie Narwi.

Majówka to jednak nie czas na kameralne wypady, gdyż niemalże wszystkie dzikie miejsca w kraju cieszą się wtedy wyjątkową popularnością. Stwierdziliśmy jednak z Januszem, że więcej sensu na wyjazd nad Narew niż do Białowieskiego Parku Narodowego, w którym to mąż wciąż jeszcze nie był i co, nie ukrywam, ciąży mi od lat na sumieniu. Zawsze w okolicach majówki pojawia się możliwość wyjazdu do Białowieży, jednak na samą myśl, co się tam będzie działo, pasuję i wybieramy jakieś mniej rozpropagowane w mediach miejsce. Od lat początek maja najczęściej spędzamy na Podlasiu. Tylko raz udało się nam wyjechać do Wrocławia, co było strzałem w dziesiątkę, bo i samo miasto niesamowite, i temperatura powietrza przypominała bardziej lato niż wiosnę. W tym roku tradycji stało się jednak zadość. Spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy do Białegostoku.

Pół niedzieli rozważałam, jak spędzić pierwszy dzień maja. Nie chciało się nam zbyt długo jechać, dlatego wahałam się między Rezerwatem Krzemianka a Narwiańskim Parkiem Narodowym. W końcu stanęło na rzece. W zeszłym roku zwiedziliśmy nadnarwiański Suraż, byliśmy na urwanym moście nad Narwią w Kruszewie, a z rodzicami maszerowaliśmy po kładce Śliwno-Waniewo. Wstyd jednak przyznać, że do tej pory nigdy nie byłam w Kurowie, gdzie znajduje się siedziba parku. I gdzie odbywają się od lat Biesiady Miodowe. Miód mamy zawsze od znajomego pszczelarza z Podlasia, albo z okolic Sejn lub z Lubelszczyzny. Takie przywiązanie do marki. Dlatego nigdy na tej biesiadzie nie byliśmy… Ale przynajmniej wyklarował się cel naszej wyprawy. Pojechaliśmy do Kurowa.

Śmieję się, że na Podlasiu jestem taką trochę oszukaną turystką. Jeździmy autem na obcych rejestracjach i sprawiamy wrażenie, jakbyśmy zwiedzali ten region jak regularni turyści. W Kurowie napotkaliśmy jednak na niemalże same obce rejestracje. To niemożliwe, żeby wszyscy oszukiwali! Myślałam, że najwięcej będzie tych z okolic, ale te dominowały pewnie w Śliwnie :) Na Podlasie zjechało naprawdę pół Polski. Z rozmów można było wywnioskować, że zwiedzający robią typową objazdówkę po Podlasiu. Jednym słowem odkrywają dzikie tereny. Miło!

Siedziba NPN znajduje się w zabytkowym dworku, o którego historii przeczytacie tutaj. Co ciekawe, w części dworku znajduje się mieszkanie prywatne. Wokół dworku rozpościera się zadbany park przydworski, a jedną z atrakcji jest spacer ścieżką przyrodniczą „Kładka wśród bagien” o długości 1 kilometra.

Przed bramą wjazdową znajdują się zabudowania gospodarskie.

Park przydworski to miejsce na sympatyczny spacer:

Można tam również odpocząć w altance:

A tamtejszy pies dysponuje budą na wyłączność:

Turyści mogą również skorzystać z możliwości spływu Narwią:

Kurowo leży około 8 km od Waniewa. Grzechem byłoby nie podjechać również na tamtejszą słynną kładkę. Tłum ludzi nas nie zniechęcił, przeszliśmy się do Śliwna i z powrotem, ale kilka razy czekaliśmy w naprawdę sporych kolejkach do „promów”. Sklepy po obu stronach kładki wyrabiały pewnie miesięczny utarg. Na ścieżce byli wszyscy – młodzi, młodzi z dziećmi, wycieczki zorganizowane, seniorzy. Moda na Narew trwa!

Udało się zrobić zdjęcie bez ludzi (czekają w oddali na „prom”…)!

Wracając do Białegostoku, zahaczyliśmy jeszcze o niewielką wieś Bokiny, z której rozpościera się imponujący widok na narwiańskie rozlewiska. Bokiny to osada prehistoryczna, znana z wykopalisk. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z połowy XVI wieku. We wsi znajduje się też kościół wybudowany w latach sześćdziesiątych.

Narwiański Park Narodowy to świetna opcja na krótki niedzielny wypad za miasto. Warto doceniać takie perełki, które ma się w okolicy. Polecam. Ania.

PS Pamiętajcie o zakupie biletu wstępu do NPN! Dzienny bilet dla osoby dorosłej to symboliczne 5 zł. Wejściówki kupicie w sklepie w Śliwnie albo w siedzibie parku w Kurowie. Biletów nie sprzedają w informacji turystycznej w Waniewie.

Cud w Zabłudowie

Jesienią wspomniałam na facebooku’u, że dzięki Dominice weszłam w posiadanie książki „Cudowna” autorstwa Piotra Nesterowicza. Zamiast reportaży z Wydawnictwa Czarne, po które tak naprawdę udałyśmy się do księgarni i które to wówczas wcale nie były przecenione, zakupiłam w promocji publikację poświęconą wydarzeniom z Podlasia, o których wcześniej nie wiedziałam. Swoją drogą, to naprawdę ciekawe, jak różne doświadczenia mogą wynieść osoby mieszkające w jednym mieście i w tym samym czasie. Moja rodzina wywodzi się z Białegostoku, zarówno ze strony mamy jak i taty. Tutaj też urodzili się moi dziadkowie i pradziadkowie. Ale w rodzinie mamy o wydarzeniach z Zabłudowa nie mówiło się. Natomiast w rodzinie taty, który wychowywał się na terenie dawnej dzielnicy Przemysłowa, nazwanej dziś Skorupami, wiedza o cudzie zabłudowskim była powszechna. Tata pamięta, jak kobiety z dzielnicy wybierały się tłumnie do Zabłudowa, żeby zobaczyć na własne oczy osławione miejsce. A my z mamą dowiedziałyśmy się o wydarzeniach z 1965 roku dopiero z książki. Wierni Czytelnicy bloga mogli już o tym przeczytać we wpisie poświęconym innej książce tego samego autora. Dziś skupimy się jednak bezpośrednio na Zabłudowie. Czternastoletniej Jadwidze miała objawić się kilkakrotnie Matka Boska. Kościół nie był zainteresowany nagłośnieniem i należytym zbadaniem zaistniałej sytuacji. Natomiast ówczesne elity dążyły do jak najszybszego uciszenia kwestii objawień, co jednak wymknęło się spod kontroli. A sam cud podzielił lokalną społeczność.

„Cudowna” ukazała się w listopadzie 2014 roku nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie. Nie jest to książka obszerna. Nesterowicz analizuje krok po kroku, niemalże z dokładnością co do minuty, skalę cudu i brutalne próby jego deprecjonowania przez peerelowskie władze oraz przez Kościół. Wiara w objawienia maryjne miała być utożsamiana przez światłe władze z zabobonem, biedą i zacofaniem lokalnej społeczności. Jednocześnie autor przedstawia w doskonały sposób obraz podlaskiej wsi z jej obyczajami i silną religijnością. Rozmawia także z Jadwigą, której objawiła się/miała objawić się Matka Boska. I pokazuje dobitnie, jak ludzie potrafią niszczyć siebie nawzajem.

Zachęcam Was do zapoznania się z artykułami poświęconymi wydarzeniom z 1965 roku: Cud w Zabłudowie. Zobacz, co ujrzała 14-latka!; „Cud” w Zabłudowie; Zabłudów, czyli podlaski cud i polskie piekło. Doświadczenia Jadwigi stały się również kanwą spektaklu przygotowanego przez Teatr Wierszalin i do dziś budzą wiele emocji, o czym przeczytacie tutaj. Cud z Zabłudowa doczekał się także opracowania stricte naukowego. Polecam też Waszej uwadze zdjęcia dokumentujące modlących się na zabłudowskiej łące ludzi i skierowane przeciwko nim akcje ZOMO.

Jak liczne wspomnienia z tamtego okresu pielęgnuje do dziś wielu mieszkańców Zabłudowa, przekonacie się oglądając minireportaż ze spotkania autorskiego zorganizowanego w miasteczku pod koniec 2014 roku:

W miejscu objawień, na łące przed Zabłudowem do dziś znajduje się także kapliczka:

Nowa jakość na kolei: 2 wadliwe DARTY, 5 godzin na trasie Białystok-Warszawa

Lubię podróżować pociągiem. Wiecie o tym, ponieważ przy okazji remontu fragmentu linii kolejowej łączącej Białystok z Warszawą dotkliwie odczułam brak połączeń kolejowych na tej trasie i nie raz dałam upust mojej złości i rozgoryczeniu na blogu. Rzadko jednak opisuję moje doświadczenia z podróży, chociaż zaliczam się do starych wyjadaczy , którzy nie jedno w pociągu przeżyli. Jechałam już kiedyś na przykład z całym przedziałem rosyjskojęzycznych żołnierzy oraz z wagonem młodzieży z wymiany polsko-francuskiej. Regularnie kursowałam kiedyś pociągiem InterRegio Żubr z dworca Zachodniego, który wyruszał do Białegostoku późno wieczorem i w którym często jeździło podejrzane towarzystwo. Kilka awarii też mam na swoim koncie, choć może nie tak dramatycznych jak Janusz, któremu już trzy razy zdarzyło się stać w szczerym polu przez zdesperowanych pociągowych samobójców… Moja ostatnia podróż do Warszawy pozostanie mi jednak z pewnością na długo w pamięci, ponieważ była chyba najbardziej spektakularna. Pięć godzin, w tym ponad dwie postoju w Łapach. To chyba mój najdłuższy pobyt w tej miejscowości…

Zatem… 1 listopada wsiadłam do pociągu PESA DART numer 10111. Planowy odjazd z Białegostoku – godzina 20:03. Deszcz leje niemiłosiernie, jednak drzwi do pociągu pozostają nieugięte na czułe naciski przemokniętych pasażerów. Irytacja tym większa, że w środku są już jacyś ludzie. Drzwi musiały ich zatem wcześniej wysłuchać… Pan techniczny w końcu załapał, że coś nie gra, biegnie zatem do, jak mówi, chłopaków, bo coś im tam nie działa. Hurra. Po chwili sezam otwiera się i zajmujemy nasze dawno już zabukowane miejsca. W DARCIE powiew wielkiego świata – na ekranach lecą reklamy podróży po Europie pociągiem InterRail. Za chwilę zachęcają nas do podróży pociągiem z Krakowa/Warszawy/Białegostoku/Kuźnicy Białostockiej do białoruskiego Grodna. Ceny światowo zapodane w euro (od nas 7,50). Dowiaduję się, że posiadacze Karty Polaka mają preferencyjne ceny połączeń. Płacą mniej ojro. W wagonie dwie eleganckie panie, chyba rosyjskojęzyczne, a może mówią po białorusku lub ukraińsku? Zawsze łapię się na tym, że uogólniam, ponieważ nie znam żadnego z wyżej wymienionych języków. Obok młody człowiek, najpewniej student z Azji. Jako jedyny okazał się później prawdziwym dżentelmenem i pomógł mi zdjąć walizkę.

Punktualnie o 20:03 słychać gwizd. Jedziemy. Wyciągam książkę „Transsyberyjska” i zaczynam sobie czytać. W wagonie cicho jak nigdy. Docieramy do Łap. Postój wydaje się dziwnie długi, ale początkowo nikt nie zwraca na to uwagi. Jednak zapowiedź z megafonów wytrąca nas z równowagi. Przynajmniej wewnętrznie, ponieważ reakcje podróżnych są zdecydowanie nieadekwatne do wielkości problemu. Siedzimy cicho! Pociąg ma mianowicie awarię, panowie będą pracować i informować nas na bieżąco. W wagonie tylko westchnięcie. Po prawie godzinnym oczekiwaniu, dwukrotnym wyłączeniu zasilania i siedzenia w ciemnościach, dopóki nie uruchomi się na nowo, dociera do nas komunikat, że pociąg ma jednak sporą awarię i będziemy się cofać do Białegostoku, żeby przesiąść się do nowego składu. Syk wściekłości. I słuszne pytania – jak mamy się cofnąć, skoro pociąg nie chce ruszyć? I właściwie jaki mistrz logistyki wpadł na tenże pomysł? Czy nie lepiej było wysłać nowy pociąg do Łap? PKP nie raz już nas zaskoczyły, dlatego i tym razem trudno wytłumaczyć to zachowanie w sposób racjonalny. Zaczynamy się cofać. Z prędkością 7, no, może 8 km/h. Po niecałych 100 metrach okazuje się, że jednak nie damy rady. I że będziemy czekać na nowy skład, który dojedzie do Łap. Brawo WY, logistycy z PKP! Na zewnątrz wciąż leje, jednak co odważniejsi zbierają się do wyjścia na peron. Przecenili jednak naszą kolej – na nowy skład przyszło nam poczekać. A kiedy w końcu światła zamajaczyły na horyzoncie, pani z dworca w Łapach radośnie oznajmiła, iż cud techniki DART wjedzie na inny peron. Czyli ten, na który można dotrzeć przez kładkę. Tłum ludzi rzucił się zatem na schody i pakuje się z walizami na wyższy poziom. Ci bardziej zirytowani z premedytacją łamią prawo i przebijają się przez tory. Zajmujemy miejsca w kolejnym DARCIE. Ci sami ludzie, te same miejscówki. Jakby nic się nie stało. Z megafonu płynie wiadomość, że ktoś w pośpiechu zapomniał o swoim e-booku. Można go odebrać u konduktora. Ten ktoś pewnie skacze ze szczęścia. Wars przeżywa oblężenie – najlepiej schodzi Żywiec Białe i Marcowe. Trochę kawy. Ludzie zachwyceni. A kasa dla PKP płynie… Jednak i ten postój trwa dziwnie długo. W końcu ten straszny dźwięk „ding dong” rozbrzmiewa na nowo. Ten skład również ma problem. Drzwi odmawiają posłuszeństwa. O zgrozo… Ponownie wyłączają zasilanie, ponownie próbują rozwiązać problem. Powtórka z rozrywki, ale pora zdecydowanie mniej zabawna, gdyż już dawno powinniśmy byli dotrzeć do stolicy. A my tkwimy w Łapach. Pewnie większość z nas zalicza mniej lub bardziej świadomie swój najdłuższy pobyt na łapskim gruncie. Staram się czytać książkę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten reportaż o podróży koleją transsyberyjską jakoś dziwnie pasuje do zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że „Morderstwo w Orient Expressie” przeczytałam już dawno temu. Pani po przeciwnej stronie nie wytrzymuje – zaczyna mówić, że ten maszynista jest jakiś lewy, skoro nie umie obsłużyć nowego pociągu. A może nawet i jest pijany! Ludzie patrzą na panią lekko z ukosa, ale nikt nie wdaje się w dyskusję. 22:48 – hurra! Wyruszamy! Przypomnę tylko, że planowo miałam dotrzeć na Wschodnią kwadrans po dwudziestej drugiej. Nasz cichy wagon nagle ożywa. Studenci obowiązkowo na cały regulator zaczynają rozprawiać o mieszkaniach, które wynajmują w stolicy. Tonem znawcy oceniają stołeczne dzielnice i chyba bardzo chcą, żeby cały wagon wszystkiego się o nich dowiedział. Ciocia dobra rada – nigdy nie wiecie, z kim jedziecie. Może podróżuje z Wami Wasz wykładowca? Poza tym nadawanie w pociągu na cały regulator o swoim prywatnym życiu jest niekulturalne. Chłopak obok mnie rozmawia przez telefon o sortowaniu prania na stancji. Okazuje się, że według jego współlokatorki pranie kolorowe ma barwy czerwone i różowe. Niebieski kolorowy nie jest. I szlus. Chrzanić ekologię, mieszania prania nie będzie! Mkniemy 120 km/h – to jest ta nowa jakość na kolei… Z głośników gruchnęła nowina, że w ramach rekompensaty można otrzymać napój gratis. Pasażerowie pielgrzymują do Warsa, jest jakieś zajęcie. Około godziny 00:50 docieramy na Wschodnią. Ja wysiadam. Na szczęście.

Jutro idę na dworzec złożyć reklamację. W sumie nie łudzę się, że PKP zwrócą mi chociaż część pieniędzy za bilet. Już kiedyś próbowałam – ponad 140 minut opóźnienia, ponieważ lokomotywa zepsuła się na… Wschodniej. Nie w szczerym polu, ale tuż obok wielkiego dworca. Wówczas PKP uznały, że to nie była ich wina. I kasy nie zwrócą. Ciekawe, co odpowiedzą mi tym razem :) Liczę na Waszą kreatywność, drogie PKP!

DARTY z bydgoskiej PESY jeżdżą niecały rok. I już mamy awarie składów. Przestałam się dziwić, że Niemcy przez tyle czasu nie chcieli przyznać pociągom z Bydgoszczy homologacji.

Mimo wszystko nie przesiądę się do autobusów. W pociągu mogę przynajmniej czytać książki! I może później Wam o nich napiszę :)

„Ostatni obrońcy wiary” – Piotr Nesterowicz

Przeczytałam niedawno książkę, z której dowiedziałam się bardzo wiele na temat naszego regionu. Nie wiem, czy aby nie najwięcej, jeśli spojrzeć na inne pozycje literackie podejmujące podlaskie wątki. Właściwie każda strona przynosiła kolejne nieznane mi fakty i otwierała oczy na wiele spraw, o których wprawdzie gdzieś coś słyszałam, ale nie miałam na ich temat ugruntowanej wiedzy. Na literaturę Piotra Nesterowicza trafiłam całkiem przypadkiem. Pewnej soboty Dominika rzuciła hasło, że w warszawskim Wrzeniu Świata jest promocja na reportaże. Już widziałam siebie obładowaną nowymi książkami, bo przecież we Wrzeniu dają właściwe same reportaże… Nie wnikając w szczegóły, udałyśmy się razem do wspomnianej księgarni-kawiarni. Od dawna czytam właściwie tylko reportaże i klasykę. Zdarzają się jeszcze kryminały, ale te najlepsze już chyba przeczytałam, a co do polskich gwiazd tego gatunku przekonania nie mam. Wielokrotnie próbowałam na przykład przebrnąć przez twórczość pochodzącej z Podlasia Katarzyny Bondy, ale mniej więcej po jednej trzeciej książki odpuszczałam, stwierdzając, że dalsza lektura byłaby stratą czasu i nawet podlaskie wątki w historiach nie uratują sprawy. Czytając reportaże można poznać świat, dowiedzieć się czegoś o tych regionach, do których pewnie nigdy nie dotrę, ponieważ nie będę miała czasu, funduszy tudzież odwagi… Zatem czytam sobie o różnych miejscach i ekspedycjach, a jesień jest ku temu niezwykle sprzyjająca. Szczególnie tegoroczna, ponieważ niemalże codziennie leje deszcz.

Z Wrzenia wyszłam z jedną książką, gdyż promocja dotyczyła tylko jednego konkretnego wydawnictwa. Do wyboru było może z 10 pozycji. W tym „Cudowna”. W duchu śmiałam się, że chyba za bardzo skupiłam się na odległych krańcach ziemi i przegapiłam to, czym rzesza czytelników zdążyła się już zachwycić. Cud zabłudowski. Objawienie Matki Boskiej. U nas, na Podlasiu, w latach sześćdziesiątych. Wertowałam książkę i natrafiałam na znane mi nazwy miejscowości. Oczywiście kupiłam. I od razu zaczęłam czytać. Teraz „Cudowną” czyta moja mama, która o cudzie zabłudowskim również nie wiedziała. Okazało się, że tylko mój tato kojarzył te wydarzenia. Tłumaczymy sobie, że pewnie dlatego, iż wychowywał się na osiedlu Przemysłowa (dziś ponoć Skorupy..), a stamtąd bliżej do Zabłudowa.

Zaciekawiła mnie postać samego autora – jak dotarł do tej tematyki? Co skłoniło go do napisania książki poświęconej tym bądź co bądź zapomnianym już wydarzeniom. Z pomocą nadszedł oczywiście Internet i wiele wyjaśniający wywiad z Piotrem Nesterowiczem: Zwykłe życie Jadwigi. Mieszkańcy wioski zabili jej cud

Pozytywnie zaskoczona „Cudowną” sięgnęłam po wcześniejszą książkę Nesterowicza. „Ostatni obrońcy wiary” to pozycja właściwie dwuczłonowa – poświęcona starowiercom i podlaszukom. Autor bardzo przystępnie opisuje historię starowierców i okoliczności ich przybycia na Suwalszczyznę. Chyba każdy podróżujący po Suwałkach czy Suwalskim Parku Krajobrazowym zetknął się z pojęciem „molenna”. Tę najbardziej znaną znajdziecie w Wodziłkach, ale i w samych Suwałkach znajduje się jedna z tych świątyń, które zachowały się do dziś. Reportaż Nesterowicza poświęcony starowiercom czytało mi się tym lepiej, że w pamięci miałam wciąż mam jeszcze świeże wspomnienia z sierpniowego pobytu na Suwalszczyźnie. Część druga poświęcona jest natomiast pograniczu polsko-białoruskiemu. Orla, Bielsk Podlaski. I spory, czy tamtejsza gwara wywodzi się z języka białoruskiego czy może jednak ukraińskiego. Być może Ci z Was, którzy wywodzą się z tych rejonów, spojrzą na opisane przez Nesterowicza historie w sposób krytyczny. Bo może nie zgodzicie się z wypowiedziami, które autor przytacza. Ja jednak nie mam mojego osobistego nastawienia do tych terenów, nie wiążą mnie z nimi żadne rodzinne historie czy doświadczenia. Czytałam zatem zdanie po zdaniu i starałam się ten rejon Podlasia po prostu zrozumieć. Co innego pojechać tam na wycieczkę krajoznawczą, a co innego zapoznać się z tamtejszą historią. Naprawdę szczerze polecam, ponieważ książka Nesterowicza wolna jest od tych frazesów, którymi naszpikowana jest większość pozycji literackich poświęconych odkrywaniu Podlasia. Dla Nesterowicza to nie owiany legendami koniec świata, w którym zza każdego winkla wyskakuje szeptucha, gdzie ku zaskoczeniu odkrywców żyją ludzie, mają swoje domy i samochody. Nie znajdziecie tu tych literackich zbliżeń z podlaską terra incognita, za pomocą których wydawcy starają się sprzedać książki w wysokich nakładach. W „Ostatnich obrońcach wiary” Nesterowicz rozkłada na czynniki pierwsze słowo „wielokulturowość”, nie czyniąc tego jednak z pozycji protekcjonalnego obserwatora. Autor autentycznie słucha swoich rozmówców i stara się przedstawić możliwie pełny obraz rzeczywistości. Tu nie ma jednej racji. I to jest w tej książce najprzyjemniejsze.

big_222

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Petrus.

W kolejce do opisania na blogu czekają:

„Cudowna” Piotra Nesterowicza,

„Jutro spadną gromy” Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego.

W kolejce do przeczytania czekają:

„Wędrówki Wiktora Wołkowa”,

„Miasta województwa podlaskiego”,

„Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”.

Różanystok

W kwestiach religijnych zdecydowanie nie jestem typem pielgrzymkowym. W życiu byłam całe dwa razy w Częstochowie, ale tamtejsze tłumy zamiast pomóc w skupieniu, powodowały wręcz wewnętrzną irytację. Na szczęście dla takich osobników jak ja są w Polsce inne sanktuaria, dzięki czemu każdy szukający może znaleźć takie miejsce, które będzie mu odpowiadało. W moim przypadku jest to Sanktuarium Maryjne w Różanymstoku. W tegoroczne wakacje byliśmy tam dwa razy, ale niestety i w tym wypadku mieliśmy pogodowego pecha, ponieważ i na tej wycieczce lało jak z cebra. Dlatego mój plan pod tytułem „zrobię zdjęcie kościoła, który wyłania się spośród łanów zbóż” odpadł w przedbiegach. Zdjęcia są ponure, smutne i pewnie nie zachęcają do wyjazdu na wschodnie rubieże województwa. Uwierzcie mi jednak, że mimo wszystko warto się tam wybrać.

Do Różanegostoku można dotrzeć przez Suchowolę i Dąbrowę Białostocką (to nasz bardziej lubiany wariant) oraz przez Sokółkę i dalej drogą numer 673 (to ładny odcinek trasy, wiodący przez klimatyczne wioski i urocze pagórki). Jadąc od strony Dąbrowy Białostockiej drogą numer 670 dotrzemy do miejscowości Stock (której to nazwę czytamy sobie z Januszem z niemiecka), skąd rozpościera się malowniczy widok na różanostocki kościół i wspomniane pola. Podczas deszczu malowniczo jednak nie jest, dlatego nie uraczę Was w tym miejscu żadną fotografią. Ale mogę zapodać ciekawostkę – tuż obok położona jest wieś Harasimowicze, w której wyrabiają najlepsze na świecie piwo marki Słodowy Dwór. Na winie się nie znam, ale z piwem jest już zdecydowanie lepiej. Moda na piwa rzemieślnicze trwa już od kilku lat, jednak naprawdę żadne nie przemówiło do mnie tak jak to lokalne. Ogromy plus również za nazwy i etykiety nawiązujące do cennych przyrodniczo obszarów województwa podlaskiego. Piwo można dostać w Białymstoku – kupicie je w sieci sklepów Arhelan oraz na przykład w klubokawiarni GramOffOn przy ulicy Piotrkowskiej. Z Harasimowiczami związana jest jeszcze pewna wojenna historia. W 1944 roku sowiecki żołnierz przykrył tam własnym ciałem niemiecki karabin maszynowy, za co pośmiertnie został uhonorowany tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. Około 1 km za wsią znajduje się jego grób. Więcej na ten temat przeczytacie tutaj.

Tak, to było profanum, a my wróćmy do sacrum!

Wieś Różanystok, zwana dawniej Krzywym Stokiem, jest niewielka. Według internetowych danych mieszka w niej około 500 osób. Zabudowania mieszkalne skupione są wokół majestatycznej bazyliki i terenów klasztornych. We wsi znajduje się również przystanek kolejowy o tej samej nazwie. Cudowność tego miejsca związana jest z obrazem Matki Bożej namalowanym w 1652 roku w Grodnie. Już w 1661 roku założono tam klasztor dominikański, a siedem lat później zatwierdzono kult obrazu Matki Boskiej Różanostockiej. W okresie zaborów car Aleksander II nakazał zamknięcie kościoła i przekształcenie go w cerkiew prawosławną. Na początku XX wieku mniszki prawosławne doprowadziły do budowy cerkwi zimowej, która dziś spełnia funkcję kaplicy dla młodzieży szkolnej. Po I wojnie światowej kościół wraz z zabudowaniami został przekazany duchowieństwu katolickiemu. Zachęcam do przeczytania dość burzliwej historii tego miejsca: Parafia Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.

Obecny dziś w Różanymstoku obraz jest kopią (wprowadzenie obrazu datuje się na rok 1928) oryginału, który został wywieziony w 1915 roku przez prawosławne mniszki, a odnalazł się w monastyrze w Połocku. Od 1918 roku w Różanymstoku działają księża salezjanie (z przerwą w latach 1945-1956 ze względu na zakaz władz komunistycznych). Dziś prowadzą tam Ośrodek Wychowawczy im. św. Jana Bosko.

Zaciekawionych historią może również zainteresować poświęcony temu miejscu odcinek programu „Było… nie minęło”: Różanystok w aurze tajemnic

Czym jest różanostockie sanktuarium dzisiaj? To bez wątpienia jeden z ciekawszych obiektów sakralnych w naszym regionie. Wnętrze tamtejszego kościoła jest imponujące. Martwić może stan techniczny budynków poklasztornych, jednak wydaje mi się, że będą one sukcesywnie remontowane. We wszystkich zabudowaniach wymieniono okna, co odczytuję jako dobry znak – od czegoś renowację należy przecież rozpocząć! Tuż obok kościoła znajdują się też domy mieszkalne.

img_6867

dsc_0914

img_6853

img_6851

dsc_0917

img_7013

img_6855

img_6863

img_6866

img_6856

img_6857

img_6859

img_7011

Ciekawi mnie willa „Zielona Dacza”. Od 2002 roku znajduje się w rękach prywatnych, została pięknie wyremontowana. Czy ktoś wie, jakie będzie jej przeznaczenie?

img_6862

Za dawną cerkwią znajdują się natomiast bardzo zaniedbane budynki, w których działał sierociniec dla dzieci poszkodowanych w czasie I wojny światowej. Wrażenie? Na razie przygnębiające…

img_6869

img_6870

img_6872

img_6873

img_6874

Tradycyjnie na koniec napiszę, że kolejna wyprawa do Różanegostoku jest nieunikniona. Kiedyś musi tam przecież świecić słońce!

Suraż

O bogatej historii tego miasta i jego dawnym znaczeniu na mapie Podlasia świadczą obecne do dziś w wielu podlaskich miastach ulice Surażskie tudzież nasza białostocka ulica Suraska, która w istocie skierowana jest w stronę tego niewielkiego dziś miasteczka nad Narwią. Droga do Suraża jest prosta, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tak przynajmniej stwierdziła Magda, kiedy jechała tam wraz z innymi naszymi koleżankami z Jaroszówki. Po drodze dopatrzyła się jednego solidnego zakrętu. A poza tym hulaj dusza – trudno się zgubić, nawigacja cały czas każe jechać prosto. Dlaczego zatem tak mało się o Surażu mówi? Kojarzymy chociażby Doktorce czy Uhowo, a nawet malowniczo położone Bokiny, ale z Surażem konotacji jakby mniej. A może uogólniam? Może to specyfika mojego środowiska? Sama złapałam się na tym, że moja wiedza na temat tego maleńkiego dziś miasteczka jest nieadekwatna do jego chlubnej przeszłości. Los chciał, że pierwszy raz przypadkiem, a kolejny raz już całkiem świadomie i z planem, trafiłam w minione wakacje do Suraża.

Wszystko zaczęło się od wypoczynku i rekreacji. Z pełnym przekonaniem mogę Wam polecić pensjonat Bajdarka. Malowniczo położony, tuż nad samą rzeką, o doskonałym standardzie i ze świetnymi właścicielami (oraz uroczym psem właścicieli!). Miejsce idealne do wypoczynku, z sauną, baliami, polem biwakowym i sanitariatami wysokiej klasy. Wypożyczalnia rowerów, kajaki. Brzmię jak w reklamie, ale naprawdę nikt mi za te pochwały nie zapłacił :) To jedno z tych miejsc, do których można wyskoczyć na spokojny weekend. I potraktować jako bazę wypadową do eksploracji Narwiańskiego Parku Narodowego. Ma jeszcze jedną bezapelacyjną zaletę – znajduje się blisko Białegostoku.

Spośród zieleni wyłania się Bajdarka:

img_6963

Kolejną wizytę w Surażu zdominowała niestety przeddeszczowa pogoda. Chyba tylko wyjazd na Suwalszczyznę przypominał typowe letnie wakacje, natomiast większość wycieczek krajoznawczych po województwie upłynęła pod znakiem deszczu, z którym bawiliśmy się niczym w kotka i myszkę. Mimo wszystko postanowiliśmy zrealizować nasz plan chociaż w wersji minimum.

Suraż jest stary. Prawa miejskie otrzymał już w 1445 roku, jednak jego początki sięgają XI wieku. Strategiczne położenie nad Narwią miało wpływ na rozwój tego regionu, o czym świadczą liczne stanowiska archeologiczne w samym Surażu i ościennych miejscowościach. Do rejestru zabytków wpisany jest również układ przestrzenny miasta z dwoma rynkami – Ruskim i Lackim (dziś Kościelnym) – położonymi po przeciwległych brzegach rzeki. Polecam zapoznanie się z historią gminy Suraż i informacjami zebranymi na stronie Ciekawe Podlasie.

Jak Suraż wygląda dziś? Miasteczko jest senne, ciche i spokojne. Aleksander Cyrkulewski, pochodzący z Białorusi „webmaster i miłośnik podróży”, nie obszedł się z Surażem łagodnie. Na jego stronie możemy przeczytać, jakoby brakowało w Surażu jakiegokolwiek powodu do jego odwiedzenia: Cyrkulewski. Nie zgodzę się z panem Cyrkulewskim. A na pewno nie w tak dosadny sposób. Dzisiejszy Suraż faktycznie nie jest turystyczną perłą, jednak ma w sobie pewien klimat, który przekornie oddają zdjęcia zamieszczone na stronie. Centrum Suraża stanowi supermarket sieci Arhelan (Lubię ją – jest podlaska, ma w ofercie dużo podlaskich produktów, ceny również przyjemne. A jak wiecie, działam w myśl zasady „popieraj swoje”. Chciałabym jeszcze dodać, że w sklepie w Surażu udało mi się kupić mleko i śmietanę z Łap, na które natknęłam się już kiedyś we Wrocławiu, ale których to nigdzie nie znajduję w Białymstoku!). Przynajmniej takie odnieśliśmy wrażenie, ponieważ przed sklepem spotkaliśmy najwięcej ludzi w całej miejscowości. Obok znajduje się punkt informacji turystycznej, a także boisko nad Narwią, altanki i drewniane toalety. Nieopodal skwer (Rynek Ruski). Można też udać się w trasę szlakiem Konopielki, o którym piszą:

„Szlak samochodowy prowadzący dookoła Gminy Suraż przez; Kowale, Suraż, Zawyki, Doktorce, Lesznię, Zimnochy, Rynki, Średzińskie, Zawyki Fermę, Suraż. Nawiązuje do tytułu powieści E.Redlińskiego, która rozgrywa się na tym terenie. Po drodze zabytkowe zagrody z XIX w, świątynie i kapliczki, muzea, miejsca archeologiczne. W przyszłości oznakowany będzie tablicami z nazwami tematycznymi wsi i drogowskazami do miejsc krajoznawczych”.

img_6970

img_6971

img_6961

Polecam Wam również kompaktowe zestawienie innych szlaków biegnących przez gminę Suraż – tak ciekawie i tak blisko!

Nieopodal znajduje się most nad Narwią. Dostrzeżemy też tamtejszy kościół, który stoi na drugim końcu miasteczka.

img_6959

img_6958

img_6960

Rozczarowała nas Wczesnośredniowieczna Osada Słowiańska NAWIA, której zachęcające zdjęcia i opisy krążą po sieci. Nie wiem, czy to chwilowa słabość tego miejsca, czy może swoje lata świetności ma już za sobą. Niestety, zabudowania wyglądały na zniszczone, wokół walało się pełno śmieci. Zdecydowanie nie tego się spodziewaliśmy.

  • Powyższa krytyczna wypowiedź o osadzie wymaga sprostowania. Dopiero po dodaniu tego wpisu dowiedziałam się z komentarzy, że sprawa z osadą NAWIA prezentuje się nieco inaczej. Okazuje się bowiem, że została ona przeniesiona w nowe miejsce ze względu na pensjonat Bajdarka. To rozwiązuje zagadkę, dlaczego zdjęcia w Internecie przedstawiają NAWIĘ dużo ładniej niż ma to miejsce obecnie. Trzymam zatem kciuki, aby udało się ją zrekonstruować w nowym miejscu i żeby zaangażowanym w to ludziom nie zabrakło sił i chęci. Chciałabym podziękować komentatorom za naświetlenie tej sprawy. Wpis od razu koryguję, żeby kolejni Czytelnicy mieli prawdziwy ogląd sytuacji.

img_6957

img_6952

img_6953

img_6955

Rynek Kościelny imponuje rozmiarami. Jest długi, szeroki, na środku porośnięty drzewami, pośród których stoi kapliczka. Ponoć w tym samym miejscu, w którym kiedyś stał ratusz miejski. Ulice wokół placu wyłożone są kocimi łbami. Przed kapliczką ustawiono kilka ławek i kosz na śmieci. Byliśmy jedynymi ludźmi na Rynku. A nasze auto jako jedyne stało zaparkowane na przykościelnym parkingu.

img_6937

img_6938

img_6939

Od Rynku odchodzi ulica Zakościelna (dawna Lacka) i prowadzi nas do zabytkowego kościoła p.w. Bożego Ciała.

img_6934

img_6935

img_6928

img_6932

img_6933

Ulicą Zamkową, również odchodzącą od Rynku, dotrzemy do Góry Zamkowej. Dziś to tylko wzniesienie, z którego widać dolinę Narwi, ale historię ma ten pagórek przebogatą. Przeczytacie o niej na wspomnianej stronie.

img_6941

img_6940

img_6951

img_6950

img_6942

img_6931

img_6945

Suraż to jedno z tych podlaskich miasteczek, które czasy świetności mają za sobą. Kiedyś odwiedzane przez królów, rozwijające się na długo przed rozwojem obecnej stolicy województwa. Dziś senne i pogrążone w marazmie. W Surażu musimy sobie dużo wyobrażać. Ponieważ wszystko, o czym piszą w przewodnikach, już było. Dziś nawet oba Rynki nie przypominają swojej pierwotnej funkcji. Grodziska nie wyróżniają się niczym poza rzeźbą terenu. W Surażu musimy włączyć wyobraźnię. Ale za darmo otrzymujemy piękno przyrody, rzekę Narew, która jest na wyciągnięcie ręki oraz tę upragnioną przez mieszczuchów ciszę. To oczywiście spojrzenie z perspektywy przyjezdnego.

Do Suraża wrócimy. Nie zdążyliśmy zwiedzić zachwalanych muzeów: archeologiczno-etnograficznego oraz kapliczek. Mieliśmy też pogodowego pecha. A przez to mało zdjęć, no bo ileż można fotografować szare niebo? A marzą mi się zdjęcia słonecznego Suraża, z niebieskim niebem, prawdziwie zielonymi łąkami i piękną Narwią. Zupełnie takie jak tutaj!

Przed kolejną wizytą wypadałoby odświeżyć w pamięci „Konopielkę”. Bo Suraż to dziwne miasto, dziwna okolica.

Prawie jak w Awinion…

Ostatni raz w Kruszewie byłam w wielkanocny poniedziałek. Pojechaliśmy wtedy tak naprawdę na kładkę Śliwno-Waniewo, ale zahaczyliśmy również o tę wieś, o czym wspomniałam tutaj. Dziś także wybraliśmy się na leniwy rajd po podlaskich drogach trzeciej kategorii, które coraz pilniej wymagają remontu. Trasy są wprawdzie malownicze, ale jazda przypomina nierzadko jazdę po muldach. Dość mocno wytrzęsieni, dotarliśmy do Kruszewa. Większość mieszkańców Białegostoku kojarzy tę miejscowość z doskonałymi ogórkami kiszonymi i Ogólnopolskim Dniem Ogórka. Niestety, święto to zostało w tym roku odwołane ze względu na walkę z wirusem ASF, o czym organizatorzy zawiadamiają na facebooku. Nie oznacza to jednak, że wycieczka do Kruszewa straciła nagle sens! Warto tam podjechać, autem lub rowerem, ażeby podziwiać rzekę Narew z nietypowej perspektywy. Tamtejszy zerwany most owiany jest liczymi legendami, a sami mieszkańcy Kruszewa ponoć nie marzą o jego odbudowie.

Miejsce to ma jednak turystyczny potencjał. Służy przede wszystkim jako punkt widokowy, z którego można podziwiać rzekę i łąki. Obecnie bujna roślinność uniemożliwia obserwację reduty obronnej Koziołek, znajdującej się około 400 metrów od pozostałości mostu.

IMG_6972

IMG_6973

IMG_6976

IMG_6977

IMG_6979

IMG_6981

IMG_6985

IMG_6984