Kamienica Abrama Łapidusa

W trzeciej części cyklu Zrób to w Białymstoku! wspomniałam o poszukiwaniach kamienic w Białymstoku. Za każdym razem podkreślam, że Białystok bardzo ucierpiał podczas II wojny światowej i w mieście zachowało się niewiele budynków sprzed zniszczeń wojennych. Dlatego tym bardziej trzeba je doceniać i odkrywać na nowo. Moją ulubioną kamienicą w mieście jest ta pod adresem Sienkiewicza 14. Według mnie to najbardziej okazała kamienica w Białymstoku, która zachowała swój elegancki klimat. Poświęciłam jej już jeden wpis, ale było to 10 lat temu! Najwyższy czas na powtórkę!

Kamienica ta została wybudowana w latach 1900-1910 przez Abrama Łapidusa, który pochodził z Grodna i w Białymstoku prawdopodobnie nigdy nie mieszkał. Nie była to jednak jedyna należąca do niego nieruchomość. Kilka lat wcześniej Łapidus nabył dom przy ówczesnej ulicy Pocztowej (później Jurowieckiej), tam znajdowała się również należąca do niego fabryka włókiennicza. Kamienica przy Sienkiewicza (kiedyś Mikołajewskiej) pomyślana była jako inwestycja czysto dochodowa, z której Łapidus czerpał duże zyski. Polecam Wam artykuł Wiesława Wróbla, w którym znajdziecie więcej szczegółowych informacji na temat tego budynku: Ul. Sienkiewicza 14. Kamienica gościła różne firmy

W świadomości białostoczan kamienica przy Sienkiewicza 14 funkcjonuje jako siedziba Wydziału Sztuki Lalkarskiej Warszawskiej Akademii Teatralnej. Znajduje się tu również Teatr Szkolny. Do lat siedemdziesiątych XX wieku mieściła się tam szkoła muzyczna (wcześniej Prywatny Instytut Muzyczny sióstr Frankiewicz). Gry na pianinie uczył się tam mój Tata :)

Naprawdę lubię ten budynek. Ma w sobie tyle klasy! Szkoda tylko, że obecne lokale usługowe na parterze to już nie art, sklep z tkaninami czy galeria…

Moi pradziadkowie

Miałam to szczęście, że było mi dane poznać moich pradziadków ze strony taty, jednak pradziadków ze strony mamy znam tylko z jej i babci opowieści. Przy okazji naprawdę gruntownych porządków moja mama natknęła się na portrety babci i dziadka, o których istnieniu zdążyła już od dzieciństwa zapomnieć. A to chyba monidła, chociaż nie są to portrety ślubne! Są naprawdę sporych rozmiarów – pojedynczy portret odpowiada rozmiarowi kartki większemu niż A3.

Myślę, że to ciekawa rodzinna pamiątka. Na podstawie zasłyszanych opowieści wydaje mi się, że prababcia Felicja i pradziadek Stanisław byli nietuzinkowymi i utalentowanymi ludźmi. Swego czasu moja babcia spisała swoje wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętam, że patrzyłam na to z lekkim rozbawieniem, bo przecież babcia nie była jakąś znaną i sławną postacią, jednak dopiero z perspektywy czasu widzę, że babcia doskonale wiedziała, co robi. To właśnie w jej zapiskach możemy znaleźć wiele ważnych adnotacji, które umknęły naszej pamięci, chociaż wielokrotnie słyszeliśmy o nich w opowieściach. Dzięki temu wiemy dokładnie, gdzie pradziadek prowadził swój zakład krawiecki w przedwojennym Białymstoku:

Tatuś mój był krawcem i miał swoją pracownię krawiecką przy ul. Sienkiewicza, a później na Rynku Kościuszki w kamienicy na I piętrze nad lokalami handlowymi „Braci Głowińskich”. Założył z kilkoma kolegami „Salon Mody”, który miał wielkie powodzenie. Pamiętam, że jako mała dziewczynka lubiłam tam biegać po lśniących posadzkach i przyglądać się w wielkich lustrach. Wspaniałe były tam noworoczne imprezy dla dzieci jak i dla dorosłych. Z każdym rokiem pracownia zyskiwała coraz większe uznanie […].

Na stronie Społecznego Muzeum Żydów Białegostoku i Regionu znalazłam zdjęcie kamienicy przy Rynku Kościuszki 9, na parterze której znajdował się wspomniany przez babcię Dom Handlowy Bracia Głowińscy. Ciekawe, które okna na I piętrze należały do pracowni krawieckiej pradziadka… Przyznam, że to miłe uczucie – mam świadomość, że mój pradziadek prowadził swój zakład w tym konkretnym miejscu w reprezentacyjnym punkcie Białegostoku. Duma!

Warto poszperać w rodzinnych pamiątkach. To niezła lekcja historii! Kilka lat temu opublikowałam na blogu między innymi zdjęcia pradziadka ze strony taty, który to z kolei pracował w Elektrociepłowni: Rodzinne fotografie z Białymstokiem w tle

Etno Design czyli tkanina inspiruje

Stare porzekadło głosi, że cudze chwalimy, a swego nie znamy. Na szczęście coraz częściej staramy się dostrzec coś wartościowego w naszym bezpośrednim otoczeniu, chociażby pod wpływem zachwytów ludzi z zewnątrz. Wydaje mi się, że taki renesans przeżywa od paru lat podlaska tkanina dwuosnowowa, która jeszcze do niedawna przez większość z nas nie była postrzegana jako coś wyjątkowego, a raczej jako coś oczywistego. Dopiero jej zawrotna kariera w Japonii sprawiła, że i my sami zaczynamy patrzeć na nią jako na dzieło sztuki, a nie po prostu kawałek materiału, który chyba każdy ma gdzieś schowany w domu lub przynajmniej widział u swojej babci :) W moim rodzinnym domu mamy dwie narzuty tkane tą techniką, ale tak naprawdę nigdy nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, żeby nie przerobić salonu na pokój rodem ze skansenu. Dlatego leżą głęboko na dnie szafy i czekają na nasze lepsze pomysły. Mimo wszystko nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby te narzuty sprzedać lub oddać, bo należały jeszcze do mojej prababci. W domu u dziadka tkanina dwuosnowowa obecna jest za to w pokoju z pianinem i od kiedy pamiętam zajmuje zaszczytne miejsce na ścianie. Co ciekawe, wszystko tam do siebie pasuje!

Na tkaninę dwuosnowową w XXI wieku trzeba mieć pomysł. Bardzo ucieszyłam się, kiedy na moim osiedlu powstał mural „Tkana opowieść”, ponieważ w doskonały sposób łączy on tradycję ze sztuką współczesną. A jednocześnie najzwyczajniej w świecie ozdabia ponurą wcześniej ścianę wieżowca przy Radzymińskiej. Od kilku lat śledzę losy tkaniny dwuosnowowej w Japonii (więcej informacji i odnośników na ten temat znajdziecie w podlinkowanym przed chwilą artykule o muralu). Polecam Wam instagramowy profil slowart_poland, gdzie znajdziecie wiele odsłon tkaniny dwuosnowowej, a także zdjęcia z warsztatów tkackich czy migawki z Podlasia. Kolejnym godnym polecenia miejscem jest sklep CEDOKzakkastore z Tokio, który działa w formie stacjonarnej oraz internetowej. Oczywiście sklep ma również swój profil na Instagramie. I chociaż z opisu ich działalności wynika, że koncentrują się na sprzedaży produktów importowanych z Czech (Krecik, Jablonex i te sprawy – podobnie jak czeski sklep w Warszawie), to już na zdjęciach możemy zobaczyć mnóstwo towarów z tkaniną dwuosnowową w roli głównej. Ciekawe, czy chociaż opisują ją jako polską?!

We wrześniu w białostockim WOAK-u prezentowana była wystawa „Tkanina tradycyjna. Tkactwo inspiruje”, na którą wysłałam moją Mamę (galeria jest nieczynna w weekendy, także nie miałam możliwości wybrać się na nią osobiście). Wśród wystawianych prac znalazło się wiele inspirowanych właśnie tkaniną dwuosnowową. Myślę, że w tym kierunku powinniśmy iść. Już nie narzuta, ale na przykład plecak czy krzesło, a nawet ceramika w charakterystyczne wzory. Tradycja przemycana w taki sposób, aby można było obcować z nią na co dzień, żeby była funkcjonalna. Tym bardziej, że do łask wracają klasyczne wzory. Wiecie, jak szybko rozchodzą się na wyprzedażach talerze czy miski fajansowe z Włocławka? A ile kosztuje ceramika z Bolesławca, którą przez lata niesłusznie kojarzyliśmy przede wszystkim z Cepelią? :) Sama bardzo chętnie dołożyłabym do poduszek w salonie taką we wzory z tkaniny dwuosnowowej. Szkoda, że ich największy wybór mają aż w Tokio… Ale kropla drąży skałę. Obyśmy odkryli nasze bogactwo na nowo i potrafili je lepiej wypromować!

Na zdjęciach możecie zobaczyć wybrane eksponaty ze wspomnianej wystawy w Galerii WOAK:

3 Akty z Natury czyli ceramiczne motywy w przestrzeni miasta

Pamiętacie mój wpis Czego brakuje mi w Białymstoku? Pisałam między innymi o ciekawych elementach małej architektury, której według mnie jest w Białymstoku zbyt mało. Mam wrażenie, że skupiono się głównie na muralach i zaniedbano inne formy sztuki miejskiej. Chciałabym Wam jednak pokazać instalację, która znajduje się wprawdzie na ścianie budynku, jednak muralem nie jest.

W listopadzie miną trzy lata od momentu odsłonięcia prac Pauliny Horby zatytułowanych 3 Akty z Natury. Na ścianie Białostockiego Teatru Lalek możemy podziwiać obrazy z motywami z trzech środowisk: leśnego, ptasiego i zwierzęcego. Każdy motyw przedstawiono w osobnej ramie. Mnie najbardziej spodobały się chyba żubry, aczkolwiek każda z prac do mnie przemawia i jest według mnie spójna jako całość. Chciałoby się rzec: Pani Paulino, więcej takich instalacji!

„Spotkania fotograficzne – Białystok 2018” w Galerii Sleńdzińskich

Po doskonałych wrażeniach związanych z wystawą prac Czesława Sadowskiego, o której pisałam na blogu, postanowiłam częściej sprawdzać plan wydarzeń w Galerii Sleńdzińskich. Pod koniec sierpnia udało mi się jeszcze zwiedzić wystawę zdjęć wykonanych w ramach Spotkań fotograficznych w ubiegłym roku. Po raz pierwszy byłam w oddziale Galerii na Bojarach i bardzo mi się tam spodobało.

Lubię oglądać zdjęcia Białegostoku wykonane przez innych ludzi. Można powiedzieć – ile par oczu, tyle spojrzeń na to samo miejsce. Każdy z nas ma inny poziom wrażliwości i estetyki, każdy z nas inaczej postrzega otoczenie. Nie zawsze posiadanie drogiego sprzętu fotograficznego gwarantuje najlepsze zdjęcia, ponieważ kadry rodzą się w głowie. Czasem zdjęcie wykonane smartfonem zachwyci nas bardziej niż to zrobione profesjonalną lustrzanką, chociaż pewnie będzie miało gorsze parametry. Parę lat temu Białystok odwiedziła grupa instragramersów, która odwiedzała różne miasta w Polsce i po prostu robiła zdjęcia. Pamiętam, że bardzo podobały mi się ich kadry. Jednocześnie ciekawie było spojrzeć na miasto rodzinne oczami przyjezdnych. Chociaż sama nie publikuję żadnych zdjęć na Instragramie, obserwuję profile lubianych przeze mnie miast i nierzadko właśnie dzięki nim odkrywam nowe miejsca.

W Galerii Sleńdzińskich mogliśmy oglądać zdjęcia z 2018 roku. Niektóre były bardzo oczywiste, niektóre skupiały się na ludziach, a jeszcze inne odkrywały te mniej znane twarze miasta. Te fotografie, które najbardziej mnie zainteresowały, pokazuję poniżej.

Duże wrażenie wywarł na mnie również sam dom przy ulicy Wiktorii, w którym zorganizowano wystawę. To takie miłe, ciepłe i przyjazne miejsce. A kącik z uroczym pianinem zdecydowanie wywołuje pozytywne emocje.

Jedną ze ścian zewnętrznych na podwórzu Galerii zdobi wariacja na temat słynnego neonu UBJERA MODNJE :)

Po raz kolejny zachęcam Was do odwiedzania wystaw w białostockich galeriach. Każda placówka ma dzień z darmowym wstępem, ale i zwykłe wejściówki nie kosztują dużo. Dowiedziałam się, że we wrześniu zostanie otwarta plenerowa wystawa zdjęć Starosielc. Brzmi zachęcająco!

„Ku nieznanej postaci piękna” – z wizytą w Galerii im. Sleńdzińskich

Dzień przed imieninami Anny postanowiłam zrobić sobie kulturalne popołudnie. Zachęcona pozytywną recenzją wystaw w Galerii Arsenał opublikowaną w tygodniku „Wprost”, wybrałam się tam na zwiedzanie. O moich wrażeniach napiszę w oddzielnej notatce, a dziś chciałabym się skoncentrować na wystawie z Galerii im. Sleńdzińskich, na którą trafiłam dość spontanicznie. W drodze powrotnej z Arsenału zatrzymałam się na chwilę przy Legionowej. Zupełnie na zasadzie „A może i tu jest jakaś fajna wystawa? Może warto sprawdzić?” – i cóż mogę Wam powiedzieć… W Galerii im. Sleńdzińskich przy Legionowej 2 naprawdę jest świetna wystawa i macie jeszcze miesiąc czasu, żeby ją odwiedzić. Zupełnie za darmo, ponieważ w okresie wakacyjnym wstęp do wszystkich trzech placówek tej galerii jest darmowy. Także łapcie okazję! Ja już dawno nie oglądałam wystawy poświęconej twórczości konkretnego artysty z taką przyjemnością.

Czesław Sadowski. Do niedawna nieznana mi postać. Może ktoś uzna mnie za ignorantkę, być może gdzieś mi się to nazwisko już przewinęło, ale nie miałam z nim żadnych konotacji. Dopiero teraz zupełnie świadomie mogę przyznać, że wiem, kim był Czesław Sadowski. Człowiek wciąż ma szansę dowiedzieć się czegoś nowego, za co nie omieszkałam podziękować również w tradycyjny sposób.

[Zdjęcia wykonałam telefonem, a ten nie jest już pierwszej młodości… Z góry przepraszam za jakość…]

Czesław Sadowski, chłopak z Bojar, urodził się w 1902 roku w Białymstoku, zmarł natomiast w Łodzi. Żył 57 lat. Jest uznawany za jednego z najwybitniejszych malarzy wywodzących się z naszego miasta. Jako młody człowiek pozostawał w centrum życia kulturalnego. Malarstwo studiował w Warszawie, przebywał również w Paryżu oraz we Lwowie. Przed II wojną światową pracował w Białymstoku jako nauczyciel. Spod jego ręki wyszły liczne pejzaże, portrety, ale także plakaty, pocztówki czy karykatury znanych w swoim czasie postaci. Czesław Sadowski stworzył również kukiełki do przedstawień teatralnych oraz scenografie teatralne. Na wystawie prześledzicie jego życie i zgrabnie pogrupowaną tematycznie twórczość. O jego wpływie na lokalne środowisko artystyczne przeczytacie na stronie Galerii Sleńdzińskich.

Poniżej pokazuję Wam moje dwa ulubione portrety z całej wystawy:

Zawsze miło ogląda się swoje rodzinne miasto na obrazach i pocztówkach. Też tak macie?

Pejzaż z wiaduktem / Białystok II (1938)

Jest również Supraśl:

Artysta jest również autorem projektu kukieł do filmu animowanego „Dwa Michały”:

A na koniec jeszcze lokalne plakaty:

Na blogu publikuję oczywiście tylko wybrane zdjęcia prac Czesława Sadowskiego. Moim zdaniem warto poświęcić pół godziny na zapoznanie się z jego twórczością, tym bardziej, że nie będzie Was to kosztowało ani złotówki. Mimo wszystko radzę Wam jednak zabrać ze sobą trochę grosza do kieszeni, ponieważ sklepik Galerii im. Sleńdzińskich jest bardzo dobrze zaopatrzony. Kupicie tam lokalne publikacje – tak jak na przykład album towarzyszący wystawie prac Czesława Sadowskiego (50 zł), ale również kultowy album „Augustis 2.0”, który polecałam w prezentowym wpisie. Co ważne, jest on o połowę tańszy niż w Galerii Arsenał (50 zł zamiast 100 zł). Ważne: w sklepiku można płacić tylko gotówką.

Gdzie? Galeria im. Sleńdzińskich, ul. Legionowa 2

Kiedy? Wtorek-piątek 10-18, sobota-niedziela 11-17

Do kiedy? 8 września 2019 r.

Za ile? za darmo w okresie wakacyjnym

Kampus uniwersytecki

Kiedy rozpoczynałam studia, warszawski BUW był budynkiem, pod którego adresem kierowano ochy i achy. Sama również uległam jego urokowi i zachodziłam tam często chociażby po to, żeby skorzystać z komputerów w tak zwanym wolnym dostępie. Tak, tak – wtedy jeszcze tylko nieliczni mieli laptopy! Stanowiska komputerowe znajdują się tam bezpośrednio pod szklanym dachem, po którym często spacerują kaczki (na dachu BUW-u znajduje się świetny ogród, a z niego rozpościera się jedna z ładniejszych panoram Powiśla). Uwierzcie mi, kaczka widziana od dołu to jednak śmieszny widok, zwłaszcza kiedy spaceruje tuż nad nami, gry próbujemy się właśnie skupić na nauce.

Z biegiem czasu okazało się, że przebogate księgozbiory BUW-u nie zaspakajają w pełni moich potrzeb naukowych, a wiele wartościowych pozycji oferuje po prostu biblioteka instytutowa lub biblioteki specjalistyczne. Tak też po kilku miesiącach zaczęłam traktować BUW jako zwykłą bibliotekę i wypożyczałam w niej wiele książek, w tym również i te, które zawsze chciałam przeczytać. To właśnie na pierwszym roku studiów przeczytałam na nowo wszystkie książki Tove Jansson o Muminkach i doszłam do wniosku, że rozumiem je lepiej niż w dzieciństwie. Wraz z rozpoczęciem studiów doktoranckich mój portfel wzbogacił się o kartę biblioteczną BUW-u z mgr przed moim nazwiskiem, ale podczas pisania pracy doktorskiej ponownie bardziej pomocne okazały się biblioteki specjalistyczne tudzież po prostu Amazon…

Mimo wszystko uważam, że BUW to jedna z lepszych rzeczy, które przytrafiły się Uniwersytetowi Warszawskiemu. Nowatorskie podejście do idei biblioteki jako miejsca spotkań, udostępnienie regałów ze zbiorami wszystkim czytelnikom – w momencie powstania BUW-u było to założenie przełomowe. W moim odczuciu jednym z czynników sprzyjających budowaniu pozytywnego wizerunku biblioteki była jej nieszablonowa architektura. Marek Budzyński zaprojektował dobrze doświetlony i funkcjonalny gmach zintegrowany z naturą, w którym po prostu przyjemnie spędza się czas. Buwing stał się cool!

Również w Białymstoku znajdują się dwa projekty tego architekta. Pierwszym z nich jest lubiana lub nienawidzona Opera i Filharmonia Podlaska. Osobiście zawsze należałam do frakcji wierzącej w to, że betonowy gmach w końcu zarosną pnącza i nigdy ostro nie krytykowałam tego budynku (poza niewykorzystanym potencjałem ogrodu na dachu, o czym pisałam tutaj). Najbardziej doskwiera mi obskurny plac przed nim – tyle lat minęło, a stary popękany asfalt ma się nadzwyczaj dobrze. I według mnie to właśnie ten plac wygląda przaśnie i psuje genius loci OiFP.

Drugi projekt Budzyńskiego w Białymstoku to Kampus Uniwersytetu w Białymstoku. Pojechaliśmy tam ostatnio na rowerową wycieczkę, ponieważ chciałam to miejsce zobaczyć na żywo. Zdaję sobie sprawę, że było to w niedzielę i trudno w taki dzień oczekiwać studenckiego życia na kampusie. Ale nie spodziewałam się, że miejsce będzie aż tak wymarłe. Nie spotkaliśmy tam absolutnie nikogo, nawet ochroniarza. Sam dziedziniec zaskoczył mnie polbrukową nawierzchnią. Dziś częściej stosuje się granitowe płyty lub granitową kostkę, a szary polbruk przywołuje raczej na myśl skojarzenia z poprzednią dekadą. Co nie oznacza, że jest niepraktyczny. Pośrodku dziedzińca zwanego Placem Syntezy Nauk znajduje się rzeźba – popękana kula symbolizująca Wielki Wybuch. Zakładam, że ma ona również funkcję fontanny, która w weekendy nie działa. Czy mam rację? Nie umiem inaczej wytłumaczyć obecności wody pod kulą. Wokół placu głównego umiejscowiono wejścia do budynków poszczególnych instytutów i wydziałów. Każda fasada ozdobiona jest detalem charakterystycznym odpowiednio dla matematyki i informatyki, fizyki, chemii i biologii (już tyle lat minęło od ukończenia liceum, a ja wciąż mam w pamięci, jak słowo „biologia” wymawiała słynna prof. Kostecka z I LO – kto miał z nią lekcje biologii, ten pewnie mi przyklaśnie!). Dużo ciekawiej kampus prezentuje się z lotu ptaka. Dopiero takie spojrzenie pokazuje w pełni założenia architekta. Docelowo kampus ma być rozbudowywany, co z jednej strony cieszy, ponieważ Uniwersytet w Białymstoku nie mógł się dotąd poszczycić takim miejscem, a kampus wykazuje jednak funkcje spajające uczelnianą społeczność. Kontrowersje może jednak wzbudzać ulokowanie kampusu tuż obok Rezerwatu Przyrody Las Zwierzyniecki, który powinien być szczególnie chroniony ze względu na swoje szczególne walory przyrodnicze.

kampus z lotu ptaka

źródło fotografii

Ciekawa jestem, jak studiuje się w tych wnętrzach? Miejsce sprawia wrażenie nowoczesnego i stymulującego – w moim wypadku to działa – lepiej przyswajam wiedzę w miejscach ładnych, schludnych i zadbanych. Ponadto działają one na mnie motywująco. Cieszę się, że w Białymstoku, wprawdzie powoli, ale jednak, pojawia się coraz więcej przykładów nowoczesnej architektury. Brakuje tu imponujących budynków użyteczności publicznej, jednak wraz z budową opery, kampusu, auli widowiskowo-dydaktycznej przy Świerkowej czy Centrum Nowoczesnego Kształcenia PB coś drgnęło w tym temacie. Ja wciąż liczę na to, że w końcu powstanie w Białymstoku hala widowiskowo-sportowa z prawdziwego zdarzenia. Tyle projektów już widziałam, tyle razy ogłaszano, że budowa ruszy niebawem, że przestałam się już takimi informacjami ekscytować. Uwierzę, jak zobaczę! :)