„Ku nieznanej postaci piękna” – z wizytą w Galerii im. Sleńdzińskich

Dzień przed imieninami Anny postanowiłam zrobić sobie kulturalne popołudnie. Zachęcona pozytywną recenzją wystaw w Galerii Arsenał opublikowaną w tygodniku „Wprost”, wybrałam się tam na zwiedzanie. O moich wrażeniach napiszę w oddzielnej notatce, a dziś chciałabym się skoncentrować na wystawie z Galerii im. Sleńdzińskich, na którą trafiłam dość spontanicznie. W drodze powrotnej z Arsenału zatrzymałam się na chwilę przy Legionowej. Zupełnie na zasadzie „A może i tu jest jakaś fajna wystawa? Może warto sprawdzić?” – i cóż mogę Wam powiedzieć… W Galerii im. Sleńdzińskich przy Legionowej 2 naprawdę jest świetna wystawa i macie jeszcze miesiąc czasu, żeby ją odwiedzić. Zupełnie za darmo, ponieważ w okresie wakacyjnym wstęp do wszystkich trzech placówek tej galerii jest darmowy. Także łapcie okazję! Ja już dawno nie oglądałam wystawy poświęconej twórczości konkretnego artysty z taką przyjemnością.

Czesław Sadowski. Do niedawna nieznana mi postać. Może ktoś uzna mnie za ignorantkę, być może gdzieś mi się to nazwisko już przewinęło, ale nie miałam z nim żadnych konotacji. Dopiero teraz zupełnie świadomie mogę przyznać, że wiem, kim był Czesław Sadowski. Człowiek wciąż ma szansę dowiedzieć się czegoś nowego, za co nie omieszkałam podziękować również w tradycyjny sposób.

[Zdjęcia wykonałam telefonem, a ten nie jest już pierwszej młodości… Z góry przepraszam za jakość…]

Czesław Sadowski, chłopak z Bojar, urodził się w 1902 roku w Białymstoku, zmarł natomiast w Łodzi. Żył 57 lat. Jest uznawany za jednego z najwybitniejszych malarzy wywodzących się z naszego miasta. Jako młody człowiek pozostawał w centrum życia kulturalnego. Malarstwo studiował w Warszawie, przebywał również w Paryżu oraz we Lwowie. Przed II wojną światową pracował w Białymstoku jako nauczyciel. Spod jego ręki wyszły liczne pejzaże, portrety, ale także plakaty, pocztówki czy karykatury znanych w swoim czasie postaci. Czesław Sadowski stworzył również kukiełki do przedstawień teatralnych oraz scenografie teatralne. Na wystawie prześledzicie jego życie i zgrabnie pogrupowaną tematycznie twórczość. O jego wpływie na lokalne środowisko artystyczne przeczytacie na stronie Galerii Sleńdzińskich.

Poniżej pokazuję Wam moje dwa ulubione portrety z całej wystawy:

Zawsze miło ogląda się swoje rodzinne miasto na obrazach i pocztówkach. Też tak macie?

Pejzaż z wiaduktem / Białystok II (1938)

Jest również Supraśl:

Artysta jest również autorem projektu kukieł do filmu animowanego „Dwa Michały”:

A na koniec jeszcze lokalne plakaty:

Na blogu publikuję oczywiście tylko wybrane zdjęcia prac Czesława Sadowskiego. Moim zdaniem warto poświęcić pół godziny na zapoznanie się z jego twórczością, tym bardziej, że nie będzie Was to kosztowało ani złotówki. Mimo wszystko radzę Wam jednak zabrać ze sobą trochę grosza do kieszeni, ponieważ sklepik Galerii im. Sleńdzińskich jest bardzo dobrze zaopatrzony. Kupicie tam lokalne publikacje – tak jak na przykład album towarzyszący wystawie prac Czesława Sadowskiego (50 zł), ale również kultowy album „Augustis 2.0”, który polecałam w prezentowym wpisie. Co ważne, jest on o połowę tańszy niż w Galerii Arsenał (50 zł zamiast 100 zł). Ważne: w sklepiku można płacić tylko gotówką.

Gdzie? Galeria im. Sleńdzińskich, ul. Legionowa 2

Kiedy? Wtorek-piątek 10-18, sobota-niedziela 11-17

Do kiedy? 8 września 2019 r.

Za ile? za darmo w okresie wakacyjnym

Reklamy

Kampus uniwersytecki

Kiedy rozpoczynałam studia, warszawski BUW był budynkiem, pod którego adresem kierowano ochy i achy. Sama również uległam jego urokowi i zachodziłam tam często chociażby po to, żeby skorzystać z komputerów w tak zwanym wolnym dostępie. Tak, tak – wtedy jeszcze tylko nieliczni mieli laptopy! Stanowiska komputerowe znajdują się tam bezpośrednio pod szklanym dachem, po którym często spacerują kaczki (na dachu BUW-u znajduje się świetny ogród, a z niego rozpościera się jedna z ładniejszych panoram Powiśla). Uwierzcie mi, kaczka widziana od dołu to jednak śmieszny widok, zwłaszcza kiedy spaceruje tuż nad nami, gry próbujemy się właśnie skupić na nauce.

Z biegiem czasu okazało się, że przebogate księgozbiory BUW-u nie zaspakajają w pełni moich potrzeb naukowych, a wiele wartościowych pozycji oferuje po prostu biblioteka instytutowa lub biblioteki specjalistyczne. Tak też po kilku miesiącach zaczęłam traktować BUW jako zwykłą bibliotekę i wypożyczałam w niej wiele książek, w tym również i te, które zawsze chciałam przeczytać. To właśnie na pierwszym roku studiów przeczytałam na nowo wszystkie książki Tove Jansson o Muminkach i doszłam do wniosku, że rozumiem je lepiej niż w dzieciństwie. Wraz z rozpoczęciem studiów doktoranckich mój portfel wzbogacił się o kartę biblioteczną BUW-u z mgr przed moim nazwiskiem, ale podczas pisania pracy doktorskiej ponownie bardziej pomocne okazały się biblioteki specjalistyczne tudzież po prostu Amazon…

Mimo wszystko uważam, że BUW to jedna z lepszych rzeczy, które przytrafiły się Uniwersytetowi Warszawskiemu. Nowatorskie podejście do idei biblioteki jako miejsca spotkań, udostępnienie regałów ze zbiorami wszystkim czytelnikom – w momencie powstania BUW-u było to założenie przełomowe. W moim odczuciu jednym z czynników sprzyjających budowaniu pozytywnego wizerunku biblioteki była jej nieszablonowa architektura. Marek Budzyński zaprojektował dobrze doświetlony i funkcjonalny gmach zintegrowany z naturą, w którym po prostu przyjemnie spędza się czas. Buwing stał się cool!

Również w Białymstoku znajdują się dwa projekty tego architekta. Pierwszym z nich jest lubiana lub nienawidzona Opera i Filharmonia Podlaska. Osobiście zawsze należałam do frakcji wierzącej w to, że betonowy gmach w końcu zarosną pnącza i nigdy ostro nie krytykowałam tego budynku (poza niewykorzystanym potencjałem ogrodu na dachu, o czym pisałam tutaj). Najbardziej doskwiera mi obskurny plac przed nim – tyle lat minęło, a stary popękany asfalt ma się nadzwyczaj dobrze. I według mnie to właśnie ten plac wygląda przaśnie i psuje genius loci OiFP.

Drugi projekt Budzyńskiego w Białymstoku to Kampus Uniwersytetu w Białymstoku. Pojechaliśmy tam ostatnio na rowerową wycieczkę, ponieważ chciałam to miejsce zobaczyć na żywo. Zdaję sobie sprawę, że było to w niedzielę i trudno w taki dzień oczekiwać studenckiego życia na kampusie. Ale nie spodziewałam się, że miejsce będzie aż tak wymarłe. Nie spotkaliśmy tam absolutnie nikogo, nawet ochroniarza. Sam dziedziniec zaskoczył mnie polbrukową nawierzchnią. Dziś częściej stosuje się granitowe płyty lub granitową kostkę, a szary polbruk przywołuje raczej na myśl skojarzenia z poprzednią dekadą. Co nie oznacza, że jest niepraktyczny. Pośrodku dziedzińca zwanego Placem Syntezy Nauk znajduje się rzeźba – popękana kula symbolizująca Wielki Wybuch. Zakładam, że ma ona również funkcję fontanny, która w weekendy nie działa. Czy mam rację? Nie umiem inaczej wytłumaczyć obecności wody pod kulą. Wokół placu głównego umiejscowiono wejścia do budynków poszczególnych instytutów i wydziałów. Każda fasada ozdobiona jest detalem charakterystycznym odpowiednio dla matematyki i informatyki, fizyki, chemii i biologii (już tyle lat minęło od ukończenia liceum, a ja wciąż mam w pamięci, jak słowo „biologia” wymawiała słynna prof. Kostecka z I LO – kto miał z nią lekcje biologii, ten pewnie mi przyklaśnie!). Dużo ciekawiej kampus prezentuje się z lotu ptaka. Dopiero takie spojrzenie pokazuje w pełni założenia architekta. Docelowo kampus ma być rozbudowywany, co z jednej strony cieszy, ponieważ Uniwersytet w Białymstoku nie mógł się dotąd poszczycić takim miejscem, a kampus wykazuje jednak funkcje spajające uczelnianą społeczność. Kontrowersje może jednak wzbudzać ulokowanie kampusu tuż obok Rezerwatu Przyrody Las Zwierzyniecki, który powinien być szczególnie chroniony ze względu na swoje szczególne walory przyrodnicze.

kampus z lotu ptaka

źródło fotografii

Ciekawa jestem, jak studiuje się w tych wnętrzach? Miejsce sprawia wrażenie nowoczesnego i stymulującego – w moim wypadku to działa – lepiej przyswajam wiedzę w miejscach ładnych, schludnych i zadbanych. Ponadto działają one na mnie motywująco. Cieszę się, że w Białymstoku, wprawdzie powoli, ale jednak, pojawia się coraz więcej przykładów nowoczesnej architektury. Brakuje tu imponujących budynków użyteczności publicznej, jednak wraz z budową opery, kampusu, auli widowiskowo-dydaktycznej przy Świerkowej czy Centrum Nowoczesnego Kształcenia PB coś drgnęło w tym temacie. Ja wciąż liczę na to, że w końcu powstanie w Białymstoku hala widowiskowo-sportowa z prawdziwego zdarzenia. Tyle projektów już widziałam, tyle razy ogłaszano, że budowa ruszy niebawem, że przestałam się już takimi informacjami ekscytować. Uwierzę, jak zobaczę! :)

Czy to się „dla Was” podoba?

Gwary i regionalizmy to temat szeroki i głęboki. Odnoszę również wrażenie, że z roku na rok Polacy coraz chętniej przyznają się do różnych naleciałości językowych i coraz odważniej się z nimi utożsamiają. Oczywiście pewne regiony od zawsze szczególnie chętnie podkreślały swoją odrębność za pomocą języka i są z niego dumne. Wielkopolska czy Śląsk to chyba najbardziej trafne przykłady. Ale również w innych regionach kraju dość łatwo wychwycić charakterystyczne powiedzonka czy wyrazy. Moja koleżanka z Torunia bardzo często wstawia na przykład typowe dla tamtych rejonów słówko jo. Katarzyna Puzyńska, autorka poczytnych kryminałów, których akcja rozgrywa się w Brodnicy i okolicach, również z powodzeniem wplata ten zwrot do dialogów swoich bohaterów.

A co dzieje się w tej materii na Podlasiu, które od pewnego czasu święci triumfy w kategorii „najbardziej memiczny region w Polsce”? Można rzec, że regionalizmów ci u nas na pęczki. Pomińmy już typowy dla wielu mieszkańców zaśpiew, to tak oczywiste jak fakt, że po wiośnie następuje lato. Im dłużej nie ma mnie w Białymstoku, tym wyraźniej to słyszę. „Zaciąganie” było, jest i będzie. Kropka. Fajnych podlaskich słówek też jest sporo, aczkolwiek w tej dziedzinie nigdy nie byłam mistrzem. Nie znam rosyjskiego, więc części z nich nie umiem rozszyfrować. Sama z zaciekawieniem rozwiązuję testy z podlaskiej mowy i zawsze dowiem się czegoś nowego. Nie ukrywam jednak, że ta wiedza dość szybko mi później umyka, ponieważ nie posługuję się tymi regionalizmami na co dzień. W moim słowniku funkcjonują jednak takie wyrażenia jak wisk, wiszczeć, baryk, hadki/hadko, szantrapa, szałaput, pazłotko, aczkolwiek używam ich raczej wśród „swoich”, bo tylko oni zrozumieją, co mam na myśli :)

Jeśli chcecie sprawdzić swoją wiedzę z zakresu podlaskich regionalizmów, polecam Wam ten kawałek Ciry. Ja nie rozumiem wszystkiego, ale wielu znaczeń się domyślam :) Sama idea tego utworu to strzał w dziesiątkę! To odczarowanie nieuzasadnionego wstydu towarzyszącego stosowaniu regionalizmów i gwary rodem z Podlasia.

Gdybym miała wymienić najbardziej charakterystyczny podlaski zwrot byłoby to bez wątpienia DLA używane zamiast celownika. I proszę, nie zlinczujcie mnie, ale osobiście nie jestem entuzjastką dla i sama nigdy w ten sposób nie mówię, chociaż mojej mamie zdarzają się już czasem takie strzały językowe. Oczywiście zawsze z wielką chęcią ją poprawiam, ale to tak tylko w rodzinie i w konwencji żartu :) Niektórzy spośród moich znajomych używają nagminnie błędnego dla, ale udaję, że tego nie słyszę, bo jeszcze zaczęliby mnie uważać za jakąś nawiedzoną purystkę językową ;) Moim zdaniem to właśnie po tym charakterystycznym dla poznamy najszybciej, że jesteśmy na Podlasiu. Pewnego razu poszliśmy z Januszem na basen na Stromej. I na dzień dobry słyszymy kłótnię dwóch dziewczynek, w której pada groźba „Uspokój się, bo powiem DLA mamy!”. Janusz od razu posyła mi uśmiech – wiadomo, Białystok ;) Na spacerze z kolei słyszymy „I on powiedział, żeby dać to DLA księdza…” – i już widzę Januszowy uśmiech numer dwa. I takie przykłady można zbierać w nieskończoność. No dobrze, skoro ludzie tak mówią i tak im (a może „dla nich”) się podoba, to chyba należy to zaakceptować i przy okazji uczynić z tego podlaskiego dla znak rozpoznawczy opatrzony symbolem trademark. Summa summarum na Podlasiu z tą poprawnością gramatyczną i tak nie jest najgorzej. U nas w domu mówimy teraz celowo z odpowiednią intonacją „Dla mnie to się bardzo podoba!”, kiedy coś jest naprawdę super. A liczne memy z dla nas akurat bardzo śmieszą :)

Ale jest jednak coś, co mnie i denerwuje, i śmieszy jednocześnie: unikanie dla w zwrotach, w których dla jest poprawne! Swego czasu zaczęłam nawet prowadzić rejestr takich napisów w przestrzeni publicznej i za każdym razem nie mogę się nadziwić, że ktoś to naprawdę napisał i na dodatek wydrukował :)

Moje TOP 5:

  • Wejście tylko chórzystom (w kościele św. Wojciecha)
  • Parking pracownikom banku (przed bankiem Santander przy Radzymińskiej)
  • Parking wyłącznie mieszkańcom os. Sady Antoniukowskie (na os. Sady Antoniukowskie)
  • Szatnia studentom (na uczelni wyższej!!!!!!!!!!!!!!!!!)
  • Buty leśnikom (w siedzibie Lasów Państwowych)

Fotoram.io

Ludzie tak bardzo wstydzili się wytykanego im dla, że wystraszyli się go nie na żarty. I powstały takie napisy, obok których trudno przejść obojętnie. To ja już zdecydowanie wolę to słynne „dla mnie się podoba” aniżeli takie językowe dziwolągi.

Znacie jeszcze inne napisy w Białymstoku, w których zamiast celownika powinno być dla? Podzielcie się!

Kulturalny 2018 rok

O kondycji szeroko pojętej kultury w Białymstoku pisałam już kiedyś w notatce Wspierajmy kulturę! W Białymstoku też! Jej treść wciąż jest aktualna, chociaż minęły już dwa lata od publikacji tego wpisu. Dlaczego nawiązuję do moich przemyśleń z tego obszaru? Otóż dostałam od Kamili prezent – kalendarz ścienny z białostockimi muralami oraz kalendarz kulturalny, które to ukazały się dzięki Urzędowi Miejskiemu w Białymstoku. O ile kalendarze ścienne miałam już w poprzednich latach, o tyle wersja książkowa kalendarza z wymienionymi wydarzeniami kulturalnymi wpadła mi w ręce po raz pierwszy. Moim zdaniem jest to bardzo wartościowa publikacja dla wszystkich tych, którzy są szczerze zainteresowani tym, co dzieje się w mieście, zazwyczaj cyklicznie. Oczywiście nie znajdziemy tu opisów koncertów organizowanych przez prywatne podmioty, ale zawsze możemy uzupełnić kalendarium o te wydarzenia, które nas interesują.

Podejrzewam, że część z Was spojrzy na ten wachlarz miejskich wydarzeń krytycznym okiem i uzna, że akcje typu wspólne kolędowanie w Galerii Sleńdzińskich (to tylko przykład!) za mało imponujące. Być może. Faktycznie nie jest to atrakcja, która zapisze się w annałach historii. Odnoszę jednak wrażenie, że twórcom kalendarza chodziło również o to, by pokazać, jak wiele mniejszych przedsięwzięć na polu kulturalnym ma miejsce często w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. I może zachęci przysłowiowego Kowalskiego, by zamiast prosto do domu, zaszedł po pracy na wykład, mini koncert czy wernisaż wystawy. To także cenna wskazówka dla osób samotnych, które dzięki tego rodzaju inicjatywom mogą poznać nowych ludzi i przy okazji dokształcić się kulturalnie.

Nie oszukujmy się, Białystok to nie stolica ani bardzo duże miasto i trudno oczekiwać tu wydarzeń na miarę koncertu The Rolling Stones czy wystawy obrazów Fridy Kahlo. Ale mimo wszystko dzieje się w Białymstoku sporo, wystarczy chcieć poszukać lub zwyczajnie skorzystać z tych imprez, na które zjeżdżają do Białegostoku ludzie z całej Polski (i tu ponownie odsyłam do wspomianengo na samym początku wpisu z 2016 roku). Trzeba chcieć, bo z samego narzekania nic jeszcze nie wynikło.

Ilu z Was słyszało już, jacy pisarze zjadą do Białegostoku na kwietniowe targi książki? :) Lista jest imponująca! Warto się z nią zapoznać!

„Piosenki do zwiedzania” – Marta Guśniowska

Lubię kolekcjonować książki poświęcone naszemu miastu i Podlasiu. Mamy już całkiem pokaźny zbiór publikacji przybliżających nam historię Białegostoku i regionu i z radością odkrywamy, że wciąż ich przybywa. Na półce z literaturą regionalną pojawiła się ostatnio kolejna ciekawa pozycja, która skierowana jest do dzieci. Ale i uwrażliwieni na sztukę i historię miasta dorośli zajrzą do niej z zainteresowaniem. „Piosenki do zwiedzania” autorstwa Marty Guśniowskiej to właściwie projekt, a nie po prostu książka. W bardzo ładnym wydaniu znajdziecie siedem sympatycznych wierszyków traktujących o różnych zakamarkach Białegostoku. Pomnik Praczek na Plantach, rzeźba psa Kawelina, Bojary, Domek Napoleona – to tylko część bohaterów. Do wydawnictwa dołączona jest płyta CD, a na niej aranżacje sześciu wierszy wyśpiewane przez artystów z Białostockiego Teatru Lalek. Niestety, brakuje piosenki o Praczkach, a to na nią czekałam najbardziej. Taki efekt był jednak zamierzony i nie jest to wada płyty. Przy odrobinie fantazji można zatem samemu stworzyć własną melodię do udanego tekstu i pośpiewać sobie pod nosem o trzech pracowitych praczkach.

Polecam Wam recenzję publikacji na stronie Teatr dla Was: Dusza miasta i duch teatru oraz rozmowę z twórcami na stronie Kuriera Porannego: BTL. Piosenki do zwiedzania, czyli nietypowy przewodnik po mieście. A ci z Was, którzy lubią słuchać, mogą zajrzeć jeszcze na stronę Polskiego Radia Białystok, gdzie znajdziecie relację Olgi Gordiejew.

Książkę możecie nabyć w siedzibie BTL-u przy ulicy Kalinowskiego.

_20170224_185623

Zaobserwowane, zasłyszane…

Obserwowanie ludzi wokół nas potrafi być równie interesujące co obserwowanie miasta we wszystkich jego odsłonach. Codziennie mijamy mnóstwo nieznanych nam osób, czasem jesteśmy mimowolnymi świadkami ich rozmów. W przeciągu ostatnich dni byłam świadkiem dwóch sytuacji, z których jedna jest zdecydowanie budująca, a druga bardzo mocno mnie zasmuciła, ponieważ odzwierciedla brak kulturalnego obycia w naszym społeczeństwie.
Zacznijmy od sytuacji smutnej. W weekend wybrałam się do Białostockiego Teatru Lalek na “Czarodziejską górę”. Nie trzeba studiować literaturoznawstwa, aby już po tytule skojarzyć, że mamy do czynienia z jednym z największych arcydzieł literatury światowej. I bez wątpienia najważniejszą powieścią autorstwa Tomasza Manna. I że jest to książka dla dorosłych. Niestety, pewna pani dała się chyba zwieść przymiotnikowi “czarodziejski” i najwidoczniej uznała, że jest to bajka dla dzieci. Tym bardziej, że wystawiana w teatrze lalek. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na przedstawienie przyszła z synkiem w wieku 7-8 lat? Już w foyer wzbudziło to moje zdziwienie. Kto z rodziców zaserwowałby bowiem swojemu dziecku w wieku wczesnej podstawówki doznania artystyczne na tym poziomie? Nie ukrywam, że nawet w trakcie spektaklu nie dawało mi to spokoju. Tomasz Mann nie jest łatwy w odbiorze, nawet dla ludzi dorosłych. A co dopiero dla tak małych dzieci? Na scenie filozoficzne rozważania, seksualne aluzje, trupie czaszki. A na widowni mama z dzieckiem. Żebyście widzieli, jak ostentacyjnie wyszła z synkiem podczas pierwszej przerwy. Jakim krokiem! Bo ona przyszła z dzieckiem, do teatru! I to do teatru lalek! Miała być bajka o czarodziejskiej górze! Bo przecież w teatrze lalek nie ma spektakli dla dorosłych! Co to za wymysły! Prawda, że smutne? A spoglądając na to zajście z pozycji rodzica – czy nie wypada przynajmniej przeczytać, na co prowadzi się do teatru własne dziecko?
Druga sytuacja jest już na szczęście budująca. Jadąc autobusem komunikacji miejskiej, byłam świadkiem bardzo miłej rozmowy babci z wnukami. Babcia w przystępny i zajmujący sposób opowiadała dzieciakom anegdoty na temat mijanych budynków. Była wzmianka o historii budynku obecnego VI LO, później informacje o pierwszym białostockim wieżowcu u zbiegu ulic Sienkiewicza i Alei Piłsudskiego. I o powojennym odgruzowywaniu Białegostoku. A także o budowie ówczesnej Alei 1 Maja. Chłopcy słuchali swojej babci z wielkim zainteresowaniem, zadawali pytania, wyglądali przez szyby autobusu. Brawo dla tej pani! Właśnie w taki sposób przekazuje się potomnym wiedzę o mieście. I pewnie niejeden dorosły słuchał tej pani ze skrywaną ciekawością. Taki nieplanowany audioguide.
PS Ze świadomością historyczną również bywa na bakier. Dwie dziewczyny, które siedziały obok mnie w autobusie jadącym po Alei 1000-lecia Państwa Polskiego, nie mogły się nadziwić, skądże ta nazwa. „Ty, oni to chyba od chrztu liczą, nie? Te tysiąc lat? Ale to co? Wcześniej państwo nie istniało czy jak? O to chodzi?”

Dzień Otwarty w TVP Białystok

W sobotę 18 lutego wybrałyśmy się z mamą na Dzień Otwarty TVP Białystok. Decyzja zapadła spontanicznie. Mieszkamy niedaleko i mimo złej aury postanowiłyśmy wyjść z domu i udać się na Włókienniczą. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w tego typu wydarzeniach, ale tym razem ciekawość wzięła górę. Zawsze chętnie oglądam „Obiektyw”, chociaż wśród sporej części moich znajomych nie cieszy się on popularnością. Że niby taki program dla seniorów.. Ja jestem jednak zdania, że dziennikarzom udaje się zawsze zebrać ciekawy zestaw wiadomości i nawet jeśli dany dzień nie obfitował w wydarzenia wielkiej wagi, potrafią oni stworzyć interesujący serwis informacyjny. Zdarza mi się również oglądać poszczególne newsy z działu Aktualności, przede wszystkim te dotyczące tematyki społecznej i kulturalnej.

Ośrodek Terenowy TVP w Białymstoku nie należy do największych. I pewnie i nie do najbogatszych. Może to właśnie działa mobilizująco? Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na wartościowe reportaże przygotowywane przez reporterów TVP Białystok. Znajdziecie je na stronie internetowej: Białostocka Szkoła Reportażu. W poszukiwaniu materiałów wideo o Białymstoku i Podlasiu warto czasem zajrzeć i na tę stronę. Na przestrzeni lat dziennikarze i programy TVP Białystok uzyskały wiele nagród i wyróżnień: Nasze nagrody.

Z okazji dwudziestolecia można było obejrzeć naszą regionalną telewizję od środka. W godzinach od 10:00 do 14:00 zwiedzający udawali się w niedużych grupach na eksplorację ośrodka. Naszym oprowadzającym był pan Wojciech Stepaniuk. Przeszliśmy się po telewizyjnych korytarzach, zajrzeliśmy do „make up-owni”, obejrzeliśmy newsroom i studio „Obiektywu” oraz studio im. Tamary Sołoniewicz.

img_7557

img_7558

Znane twarze:

img_7547

img_7551

prompter:

img_7552

img_7553

Oglądanie „Obiektywu” już nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Myślałam, że studio jest o wiele większe, a okazuje się, że to po prostu jeden stół postawiony obok biurek, które widzieliście kilka zdjęć wyżej. Na czas emisji zasłaniane są wszystkie rolety, wygaszane światła i podświetlane czerwone słupy :)

img_7555

Z tego pomieszczenia steruje się pasmem nadawania. Co leci? Programy z pasma regionalnego czy ogólnopolskiego?

img_7538

img_7540

img_7543

To tutaj pudrują noski i nakładają makijaże :)

img_7535

img_7534

Tu pracuje chyba jakiś miłośników kotów… :)

img_7562

Chyba największe zaskoczenie. Studio im. Tamary Sołoniewicz znajduje się w oddzielnym budynku. W gruncie rzeczy jest to spora sala z mnóstwem reflektorów, które czynią cuda. Nie wpadajcie w panikę, że nie potraficie wypucować Waszych szklanych stolików. Ten telewizyjny jest cały upaćkany, ale światło czyni cuda i powoduje, że pięknie lśni na wizji. Telewizja kłamie! :)

img_7564

img_7568

16880685_10155079904960152_1999647075_o

16810316_10155079906105152_1110095713_o

To była naprawdę mile spędzona godzina. Pozostaje czekać na Dzień Otwarty w Polskim Radiu Białystok. Ale taki w sobotę, a nie w dzień roboczy w godzinach przedpołudniowych. Szanowi Państwo Radiowcy – weźcie przykład z Waszych kolegów z telewizji!