„Jutro spadną gromy” – Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Maciej Skawiński

Podlasie powoli staje się modne. Ponoć coraz więcej ludzi zwiedza Białystok i okolice, o czym mówią lokalni przewodnicy. A w sieci krąży coraz więcej blogowych wpisów i relacji z podróży. Można zaryzykować stwierdzenie, że rodacy powoli odkrywają nasz region. Większość działa bardzo powierzchownie i produkuje niemalże bliźniacze opisy swoich weekendów, majówek czy tygodni w głuszy. Eskapada na Podlasie rozpatrywana jest najczęściej w kategoriach zdobycia końca świata. Wynurzenia blogerów podróżniczo-lajfstajlowych często utrzymane są w moralizatorskim tonie. Odwiedzający przełamują się, jadą hen hen daleko na północny-wschód, demonizując przy tym odległość, a po przybyciu na miejsce ze zdumieniem odkrywają, że na Podlasiu ludzie nie mieszkają w lepiankach, smacznie jedzą i ogólnie są mili i pomocni. Po paru dniach podróżnicy pałają już wielką miłością do Podlasia i obiecują, że przyjadą ponownie. Tak w skrócie można podsumować zapiski z eksploracji regionu. Zawsze zadziwiało mnie to podkreślanie niezwykle długiej drogi. Tak samo daleko jest od nas na Dolny Śląsk czy w Bieszczady, ale jednak nie odbierałam tych odległości jako czynnika hamującego mnie przed wyjazdem. Może jadąc na wschód droga się wydłuża? Oczywiście należy się cieszyć, że turystów jest coraz więcej, ponieważ to zainteresowanie przekłada się zapewne na i tak kiepską sytuację ekonomiczną regionu.

Jeżeli nudzą Was jednak takie opisy Podlasia, powinniście sięgnąć po książkę „Jutro spadną gromy” autorstwa Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego. Pozycja ukazała się w 2015 roku nakładem białostockiego wydawnictwa Fundacja Sąsiedzi, została wydrukowana w Białostockich Zakładach Graficznych S.A. i jest bez wątpienia jedną z ciekawszych książek poświęconych złożoności Podlasia, choć z pewnością nie jest to publikacja idealna. Zerknijcie do komentarzy pod tym artykułem. Rażą też pewne sformułowania. Czuć momentami redakcyjne niedbalstwo.

Niewiele w niej Białegostoku. Moim zdaniem nawet tych kilka wstawek jest niepotrzebnych, stanowią one bowiem najsłabsze fragmenty książki. I wybijają z rytmu. Autorzy skupiają się bowiem na niewielkim fragmencie regionu i próbują dotrzeć do istoty „podlaskiej duszy”. Wiele tu rozmów z autochtonami, sporo skomplikowanej historii, podanej jednak w przystępny sposób. Ład książki burzą niektóre zdjęcia. Szczególnie te z zaniedbanych miejsc w Białymstoku. Pasują do całości jak kwiatek do kożucha, powinny raczej trafić do „Aktivista”, ale widocznie fotograf chciał się nimi pochwalić (choć artyzmu w nich niewiele). Także wywody o Dubiczach i Narewce zakłóci Wam set ponurych fotek ze stolicy województwa. Ogólnie przekaz jest jednak wartościowy i pozbawiony wspomnianego moralizatorstwa. Książka została napisana dla każdego, więc obytych w temacie pewne rzeczy mogą nużyć, jednak po jej lekturze Wasza wiedza i świadomość bez wątpienia wzrosną.

https://i2.wp.com/ecsmedia.pl/c/jutro-spadna-gromy-b-iext33840094.jpg

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony empik.com

Reklamy

Białostockie wątki w „Księdze Zachwytów” Filipa Springera

O architekturze w Polsce pisze się w ostatnich latach coraz więcej. Powstają coraz to nowe budowle, które śmiało mogą konkurować z nowinkami architektonicznymi z tak zwanego wielkiego świata. Ale i te socrealistyczne coraz częściej przeżywają drugą młodość. Okazuje się, że z odpowiednią wizją można i dziś wiele z nich wycisnąć. I właśnie polskiej architekturze po 1945 roku poświęcona jest „Księga Zachwytów” Filipa Springera, która ukazała się w 2016 roku. To „[…] subiektywny przewodnik […] po olśnieniach, zachwytach i kilku rozczarowaniach […]” – tak wydawca reklamuje tę publikację. Springer opowiada w niej o budynkach znanych, zupełnie zapomnianych, starych, całkiem nowych, spektakularnych i niepozornych. To również klasyfikacja zaproponowana przez wydawcę.

Chociaż niekoniecznie zgadzam się z autorem w wielu kwestiach ideologicznych, lubię czytać jego książki, ponieważ w bardzo przystępny sposób potrafi opowiadać o tym, co nas otacza w przestrzeni polskich miast i miasteczek. Wszystkie pozostałe książki jego autorstwa czytałam od razu w całości. Najszybciej przeczytałam chyba „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” – choć dość przygnębiające w ogólnym wydźwięku, ma w sobie coś, co nie pozwala się od tej książki oderwać. Springer podróżuje po byłych miastach wojewódzkich, o czym już na długo przed publikacją w formie papierowej mogliśmy się dowiedzieć ze strony Miasto Archipelag. Poza kilkoma wyjątkami w książce wyczuwalne są głównie tęsknota za dawnym podziałem administracyjnym, wysokie bezrobocie i wszystkie jego następstwa, heroiczne działania lokalnych „attaché kulturalnych”, którzy na przekór wszystkiemu decydują się pozostać w swoich miastach i zainteresować mieszkańców c z y m k o l w i e k. Z wątków lokalnych dowiemy się, że mieszkańcy Suwałk i Łomży ze szczerą niechęcią patrzą na Białystok, który im wszystko zabiera. Nawet sklepy z elegancką odzieżą ponoć przez ten straszny Białystok wyniosły się z grodu nad Narwią. Bo jak nie ma urzędników, to ponoć po lepszy krawat trzeba zasuwać do Białego. I w ogóle to Łomża i Suwałki z musu siedzą w tym Podlaskiem, bo tak ich ktoś wrzucił na chybił trafił. A tymczasem reforma z 1999 roku dawała szansę na przeniesienie Podlasia na właściwe miejsce. Bo jak to jest, że Biała Podlaska jest w Lubelskiem, a taki Sokołów Podlaski w Mazowieckiem. Ogólnie obraz Suwałk jest jednak bardziej budujący niż springerowska refleksja nad Łomżą, w której wszystkie małolaty spotykają się w Macu i gdzie poza nim nigdzie się rano kawy nie napije. Suwałki Springer przedstawia przez pryzmat historii dwóch informatyków, którzy wrócili do tego miasta i tworzą z sukcesem aplikacje dla zagranicznych koncernów. Oto oni. I ponoć na zagranicy się skupiają, bo jak ktoś w Polsce zobaczy, że firma IT ma siedzibę w Suwałkach, to ponoć krzywo patrzy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przeciętny Polak na myśl o Suwałkach widzi pewnie jakąś małą osadę z budką meteo w centrum. To niesprawiedliwe. Myślę, że spostrzeżenia jednego z bohaterów tego reportażu, Łukasza, są jednak w dużej mierze prawdziwe i z powodzeniem można byłoby przenieść je na grunt większości miast powiatowych, a również na grunt białostocki:

Problem jest też taki, że to miasto jałowieje. Wyjeżdżają stąd młodzi, robią studia i już nie wracają. Ich miejsce zajmują ludzie ze wsi, którzy znajdują pracę w Specjalnej Strefie Ekonomicznej przy pakowaniu parówek. Przez to nie ma tu środowisk, które pociągnęłyby debatę, dyskusję o mieście, jego problemach. Remontuje się infrastrukturę, bo tym łatwo kupić wyborców, ale refleksji nad taką intelektualną równią pochyłą to nie ma.

Wróćmy jednak do architektonicznych zachwytów. Filip Springer wybrał przeróżne budynki z całego kraju i przedstawia je czytelnikowi zgodnie z przyjętym przez siebie podziałem na regiony. My jesteśmy w rozdziale trzecim zatytułowanym „Podlasie, Mazury, Warmia”, przy czym Podlasie reprezentowane jest tylko przez Białystok. Autor opisuje koncepcję siedziby Opery i Filharmonii Podlaskiej, która choć oddana do użytku wiele lat po kultowym BUW-ie, pozostaje na tym samym poziomie rozwiązań architektonicznych co powstała 12 lat wcześniej biblioteka. Nie do końca zachwyca Springera również Centrum Nowoczesnego Kształcenia Politechniki Białostockiej, ponieważ motyw wycinanki ludowej jest już oklepany, co sugeruje zresztą tytuł „Wycinanka po raz n-ty” i zupełnie nie współgra z charakterem i funkcją budynku. Zachwyt jest zatem tylko pozorny. Najlepiej wypadają natomiast stare białostockie Spodki. Powstałe na centralne dożynki w 1973 roku potrafią jak widać zachwycać do dziś. Springer przedstawia kulisy „białostockiego przyspieszenia” i szeroko posunięte ogarnięcie miasta w związku z planowaną imprezą. „Nowa ekipa Edwarda Gierka musiała się na początku swoich rządów pochwalić spektakularnymi sukcesami. Zapuszczony do niedawna Białystok świetnie się do tego nadawał„. Autor odsyła nas (i słusznie!) do lokalnej publikacji Ładniej? PRL w przestrzeni miasta, w której znajdziemy mnóstwo arcyciekawych informacji o powojennej architekturze Białegostoku. Na moim laptopie już od 2009 roku ma stałe miejsce w folderze „Białystok – publikacje” :)

1

2

Gdybym to ja miała tworzyć moją osobistą listę powojennych architektonicznych zachwytów Białegostoku, na pewno wpisałabym na nią Dom Handlowy Central ze świetną elewacją i neonem. I budynek Filharmonii przy ulicy Podleśnej. Obroniłby się również „białostocki ONZ” czyli rektorat Uniwersytetu w Białymstoku, chociaż zaszkodziła mu dobudowana doń bryła biblioteki. I cała koncepcja kampusu Politechniki Białostockiej. A Wy?

„Ostatni obrońcy wiary” – Piotr Nesterowicz

Przeczytałam niedawno książkę, z której dowiedziałam się bardzo wiele na temat naszego regionu. Nie wiem, czy aby nie najwięcej, jeśli spojrzeć na inne pozycje literackie podejmujące podlaskie wątki. Właściwie każda strona przynosiła kolejne nieznane mi fakty i otwierała oczy na wiele spraw, o których wprawdzie gdzieś coś słyszałam, ale nie miałam na ich temat ugruntowanej wiedzy. Na literaturę Piotra Nesterowicza trafiłam całkiem przypadkiem. Pewnej soboty Dominika rzuciła hasło, że w warszawskim Wrzeniu Świata jest promocja na reportaże. Już widziałam siebie obładowaną nowymi książkami, bo przecież we Wrzeniu dają właściwe same reportaże… Nie wnikając w szczegóły, udałyśmy się razem do wspomnianej księgarni-kawiarni. Od dawna czytam właściwie tylko reportaże i klasykę. Zdarzają się jeszcze kryminały, ale te najlepsze już chyba przeczytałam, a co do polskich gwiazd tego gatunku przekonania nie mam. Wielokrotnie próbowałam na przykład przebrnąć przez twórczość pochodzącej z Podlasia Katarzyny Bondy, ale mniej więcej po jednej trzeciej książki odpuszczałam, stwierdzając, że dalsza lektura byłaby stratą czasu i nawet podlaskie wątki w historiach nie uratują sprawy. Czytając reportaże można poznać świat, dowiedzieć się czegoś o tych regionach, do których pewnie nigdy nie dotrę, ponieważ nie będę miała czasu, funduszy tudzież odwagi… Zatem czytam sobie o różnych miejscach i ekspedycjach, a jesień jest ku temu niezwykle sprzyjająca. Szczególnie tegoroczna, ponieważ niemalże codziennie leje deszcz.

Z Wrzenia wyszłam z jedną książką, gdyż promocja dotyczyła tylko jednego konkretnego wydawnictwa. Do wyboru było może z 10 pozycji. W tym „Cudowna”. W duchu śmiałam się, że chyba za bardzo skupiłam się na odległych krańcach ziemi i przegapiłam to, czym rzesza czytelników zdążyła się już zachwycić. Cud zabłudowski. Objawienie Matki Boskiej. U nas, na Podlasiu, w latach sześćdziesiątych. Wertowałam książkę i natrafiałam na znane mi nazwy miejscowości. Oczywiście kupiłam. I od razu zaczęłam czytać. Teraz „Cudowną” czyta moja mama, która o cudzie zabłudowskim również nie wiedziała. Okazało się, że tylko mój tato kojarzył te wydarzenia. Tłumaczymy sobie, że pewnie dlatego, iż wychowywał się na osiedlu Przemysłowa (dziś ponoć Skorupy..), a stamtąd bliżej do Zabłudowa.

Zaciekawiła mnie postać samego autora – jak dotarł do tej tematyki? Co skłoniło go do napisania książki poświęconej tym bądź co bądź zapomnianym już wydarzeniom. Z pomocą nadszedł oczywiście Internet i wiele wyjaśniający wywiad z Piotrem Nesterowiczem: Zwykłe życie Jadwigi. Mieszkańcy wioski zabili jej cud

Pozytywnie zaskoczona „Cudowną” sięgnęłam po wcześniejszą książkę Nesterowicza. „Ostatni obrońcy wiary” to pozycja właściwie dwuczłonowa – poświęcona starowiercom i podlaszukom. Autor bardzo przystępnie opisuje historię starowierców i okoliczności ich przybycia na Suwalszczyznę. Chyba każdy podróżujący po Suwałkach czy Suwalskim Parku Krajobrazowym zetknął się z pojęciem „molenna”. Tę najbardziej znaną znajdziecie w Wodziłkach, ale i w samych Suwałkach znajduje się jedna z tych świątyń, które zachowały się do dziś. Reportaż Nesterowicza poświęcony starowiercom czytało mi się tym lepiej, że w pamięci miałam wciąż mam jeszcze świeże wspomnienia z sierpniowego pobytu na Suwalszczyźnie. Część druga poświęcona jest natomiast pograniczu polsko-białoruskiemu. Orla, Bielsk Podlaski. I spory, czy tamtejsza gwara wywodzi się z języka białoruskiego czy może jednak ukraińskiego. Być może Ci z Was, którzy wywodzą się z tych rejonów, spojrzą na opisane przez Nesterowicza historie w sposób krytyczny. Bo może nie zgodzicie się z wypowiedziami, które autor przytacza. Ja jednak nie mam mojego osobistego nastawienia do tych terenów, nie wiążą mnie z nimi żadne rodzinne historie czy doświadczenia. Czytałam zatem zdanie po zdaniu i starałam się ten rejon Podlasia po prostu zrozumieć. Co innego pojechać tam na wycieczkę krajoznawczą, a co innego zapoznać się z tamtejszą historią. Naprawdę szczerze polecam, ponieważ książka Nesterowicza wolna jest od tych frazesów, którymi naszpikowana jest większość pozycji literackich poświęconych odkrywaniu Podlasia. Dla Nesterowicza to nie owiany legendami koniec świata, w którym zza każdego winkla wyskakuje szeptucha, gdzie ku zaskoczeniu odkrywców żyją ludzie, mają swoje domy i samochody. Nie znajdziecie tu tych literackich zbliżeń z podlaską terra incognita, za pomocą których wydawcy starają się sprzedać książki w wysokich nakładach. W „Ostatnich obrońcach wiary” Nesterowicz rozkłada na czynniki pierwsze słowo „wielokulturowość”, nie czyniąc tego jednak z pozycji protekcjonalnego obserwatora. Autor autentycznie słucha swoich rozmówców i stara się przedstawić możliwie pełny obraz rzeczywistości. Tu nie ma jednej racji. I to jest w tej książce najprzyjemniejsze.

big_222

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Petrus.

W kolejce do opisania na blogu czekają:

„Cudowna” Piotra Nesterowicza,

„Jutro spadną gromy” Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego.

W kolejce do przeczytania czekają:

„Wędrówki Wiktora Wołkowa”,

„Miasta województwa podlaskiego”,

„Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”.

Fotografowie białostoccy 1861-1915

Przed tegorocznymi Dniami Miasta otrzymałam w prezencie od Centrum Ludwika Zamenhofa w Białymstoku bardzo ciekawą i rewelacyjnie wręcz wydaną książkę dla miłośników historii naszego miasta. Mam na myśli najnowszą publikację CLZ poświęconą białostockim fotografom z lat 1861-1915. Ta książka to kopalnia informacji, za co należą się wielkie podziękowania pomysłodawcom. Nie pierwszy już raz ukazuje się wartościowa książka traktująca o dawnym Białymstoku. Ilekroć przeglądam takie publikacje, ogarnia mnie smutek, że w wyniku wojennych perturbacji z tego starego eleganckiego Białegostoku (ograniczonego wprawdzie do kilku ulic) praktycznie nic nam już nie pozostało. Tym bardziej warto zapoznać się z tym, co już nigdy nie wróci i co Białystok stracił bezpowrotnie.

IMG_6676

IMG_6677

IMG_6678

IMG_6679

IMG_6680

IMG_6681

IMG_6682

Bardzo się cieszę, że wciąż powstają nowe książki poświęcone historii Białegostoku. Czy zauważyliście jednak, że brakuje u nas książek o dzisiejszym mieście? W stylu „Zrób to w…” czy chociażby wertowanej niedawno przeze mnie „Rajza po Kato”. Czy zbyt mało jest w Białymstoku miejskich aktywistów, którzy chcieliby taką książkę „na luzie” napisać? Czy może brak u nas podatnego gruntu na takie niestandardowe publikacje? Czasem się śmieję, że jeśli czegoś takiego się nie doczekam, to usiądę i sama coś napiszę ;) Przynajmniej w Internecie :)

Białystok 1984 okiem prof. Adama Dobrońskiego

Przy okazji Świąt Bożego Narodzenia odwiedziłam moją babcię, pasjonatkę historii miasta, której liczne zbiory już nieraz prezentowałam Wam na tym blogu. I tym razem zajrzałam do nieśmiertelnego albumu Piotra Sawickiego pod tytułem „Białystok moje miasto”. Skoncentrowałam się jednak na wstępie napisanym przez prof. Adama Dobrońskiego. Minęło 30 lat, ale ten tekst wciąż jest dziwnie aktualny …

IMG_3275 IMG_3276 IMG_3277

Magazyny podróżnicze

Jeszcze kilka lat temu chętnie sięgałam po prasę kobiecą. Kupowałam  różne magazyny, z zainteresowaniem czytałam felietony i artykuły w nich zamieszczone, aż pewnego dnia nastąpił przełom. To co wydawało się ciekawe, stało się nagle oklepane, pretensjonalne, wydumane, czasem wręcz głupie. Niemalże z dnia na dzień przestałam je kupować. Z prasowych pasji pozostała mi tylko jedna. Uwielbiam magazyny podróżnicze! Nie kupuję oczywiście wszystkich numerów po kolei, staram się wybierać tylko te, w których znajdę coś, co naprawdę mnie zainteresuje. Jak widać na załączonym zdjęciu zdarza się to jednak dość często :) Kiedyś lubiłam zaglądać do Voyage, ale obecna forma już mnie nudzi. Wszystko jest takie uładzone, ugrzecznione i przede wszystkim bardzo drogie. Podróże bardzo lubiłam w starej szacie graficznej. Miała w sobie coś z elegancji. Obecnie wszystko jest „naciupciane” małym drugiem, dawnej klasy brak. Poznaj Świat i Traveler to moi obecni faworyci. To nie tylko ładne zdjęcia na całą stronę, ale też mnóstwo wartościowych informacji. Oczywiście zawsze kupowałam te wydania, w których pojawiało się coś o Białymstoku lub okolicach. Nie ma wiele takich tekstów. Najlepszy ukazał się chyba w Podróżach dwa lata temu. Napisałam wcześniej do redakcji i zaproponowałam im temat Białegostoku. Za propozycję podziękowali, a po około pół roku ukazał się bardzo miły artykuł o naszym mieście. Dla odmiany tekst z Voyage do dziś wzbudza we mnie taką wściekłość, że nie jestem w stanie go czytać. W jednym Travelerze pewna polonistka z Białegostoku opisała w skrócie, co ciekawego można zrobić w Białymstoku. Tekst nie był zły, ale zdjęcia niekoniecznie korzystne. W Poznaj Świat nas nie było. Czasem myślę, że warto byłoby popełnić jakiś porządny tekst o Białymstoku i podesłać do którejś z redakcji. Najlepiej, żeby napisał go ktoś stąd, kto zna się na rzeczy, a nie osoba z zewnątrz, która wiele postrzega powierzchownie. Przyznam, że tak ostatnio eksploatowany temat wielokulturowości w naszym mieście zaczął mnie męczyć. I paradoksalnie zamiast pomóc, szkodzi, a promocja przez wielokulturowość zaczyna mnie samą nieźle nudzić. Tu trzeba uderzenia z innej strony. Lepiej niż działania Urzędu Miejskiego wypadają niskobudżetowe produkcje i zabiegi skierowane do ludzi młodych i mobilnych. Miasto powinno pokazać się od bardziej nowoczesnej strony. Kiedy tak siedzę i piszę do Was, mam w głowie mnóstwo pomysłów, co w takim artykule znaleźć się powinno. A czego Wy oczekiwalibyście od takiego tekstu? Czytacie artykuły o Białymstoku w prasie podróżniczej? Podobają się Wam?

IMG_1749

„Białystok i okolice”

W czasie deszczu dzieci się nudzą … Jak widać duże dzieci również. Niepocieszona faktem, iż ciągle pada i nie mogę zrobić nowych zdjęć na bloga, postanowiłam poszukać materiałów na bloga w domu. I znalazłam. Nie tylko album o Bojarach, ale i stary przewodnik „Białystok i okolice” z roku 1956. Kupiłam go kiedyś za grosze na allegro. Jest to książka do bólu propagandowa, ale ciekawa jako pewnego rodzaju eksponat. I w wielu kwestiach wciąż aktualna … Przekonacie się o tym sami, kiedy przeczytacie wybrane przeze mnie teksty. Zdjęcia teksów wrzucę w dużej rozdzielczości, abyście swobodnie mogli poczytać o Białymstoku, najbrzydszym mieście w Polsce … :) Kompletnie rozbraja mnie tekst z rozdziału „Białystok przyszłości”. Jak widać wielu planów nie udało się zrealizować do dziś, a o przemysłowej przeszłości miasta przyjdzie nam chyba powoli zapomnieć :( Uwagę moją przykuły również apele o kulturalną turystykę i ochronę lasów :) I ciekawe reklamy zamieszczone na końcu tej publikacji :) Miłego oglądania!

IMG_1183

IMG_1184

Kilka ciekawych zdjęć. Jakość żadna, ale niektóre ujęcia interesujące!

IMG_1187

IMG_1188

IMG_1189

IMG_1190

IMG_1194

W książce znajdziemy również plan miasta Białegostoku. Możecie go powiększyć.

IMG_1191

A oto wspomniane apele!

IMG_1197 IMG_1198IMG_1199 IMG_1200 IMG_1201 IMG_1202 IMG_1203

A teraz przerwa na reklamę!

IMG_1205 IMG_1206IMG_1207 IMG_1208 IMG_1209 IMG_1210 IMG_1211 IMG_1212 IMG_1213 IMG_1214 IMG_1215 IMG_1216 IMG_1217

Najlepsze zostawiłam na koniec. Najsmutniejszy jest fakt, że te teksty wciąż w dużej mierze są aktualne … (Kliknijcie, powiększcie i przeczytajcie!)

IMG_1185 IMG_1186 IMG_1192 IMG_1193