„Piosenki do zwiedzania” – Marta Guśniowska

Lubię kolekcjonować książki poświęcone naszemu miastu i Podlasiu. Mamy już całkiem pokaźny zbiór publikacji przybliżających nam historię Białegostoku i regionu i z radością odkrywamy, że wciąż ich przybywa. Na półce z literaturą regionalną pojawiła się ostatnio kolejna ciekawa pozycja, która skierowana jest do dzieci. Ale i uwrażliwieni na sztukę i historię miasta dorośli zajrzą do niej z zainteresowaniem. „Piosenki do zwiedzania” autorstwa Marty Guśniowskiej to właściwie projekt, a nie po prostu książka. W bardzo ładnym wydaniu znajdziecie siedem sympatycznych wierszyków traktujących o różnych zakamarkach Białegostoku. Pomnik Praczek na Plantach, rzeźba psa Kawelina, Bojary, Domek Napoleona – to tylko część bohaterów. Do wydawnictwa dołączona jest płyta CD, a na niej aranżacje sześciu wierszy wyśpiewane przez artystów z Białostockiego Teatru Lalek. Niestety, brakuje piosenki o Praczkach, a to na nią czekałam najbardziej. Taki efekt był jednak zamierzony i nie jest to wada płyty. Przy odrobinie fantazji można zatem samemu stworzyć własną melodię do udanego tekstu i pośpiewać sobie pod nosem o trzech pracowitych praczkach.

Polecam Wam recenzję publikacji na stronie Teatr dla Was: Dusza miasta i duch teatru oraz rozmowę z twórcami na stronie Kuriera Porannego: BTL. Piosenki do zwiedzania, czyli nietypowy przewodnik po mieście. A ci z Was, którzy lubią słuchać, mogą zajrzeć jeszcze na stronę Polskiego Radia Białystok, gdzie znajdziecie relację Olgi Gordiejew.

Książkę możecie nabyć w siedzibie BTL-u przy ulicy Kalinowskiego.

_20170224_185623

„Jutro spadną gromy” – Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Maciej Skawiński

Podlasie powoli staje się modne. Ponoć coraz więcej ludzi zwiedza Białystok i okolice, o czym mówią lokalni przewodnicy. A w sieci krąży coraz więcej blogowych wpisów i relacji z podróży. Można zaryzykować stwierdzenie, że rodacy powoli odkrywają nasz region. Większość działa bardzo powierzchownie i produkuje niemalże bliźniacze opisy swoich weekendów, majówek czy tygodni w głuszy. Eskapada na Podlasie rozpatrywana jest najczęściej w kategoriach zdobycia końca świata. Wynurzenia blogerów podróżniczo-lajfstajlowych często utrzymane są w moralizatorskim tonie. Odwiedzający przełamują się, jadą hen hen daleko na północny-wschód, demonizując przy tym odległość, a po przybyciu na miejsce ze zdumieniem odkrywają, że na Podlasiu ludzie nie mieszkają w lepiankach, smacznie jedzą i ogólnie są mili i pomocni. Po paru dniach podróżnicy pałają już wielką miłością do Podlasia i obiecują, że przyjadą ponownie. Tak w skrócie można podsumować zapiski z eksploracji regionu. Zawsze zadziwiało mnie to podkreślanie niezwykle długiej drogi. Tak samo daleko jest od nas na Dolny Śląsk czy w Bieszczady, ale jednak nie odbierałam tych odległości jako czynnika hamującego mnie przed wyjazdem. Może jadąc na wschód droga się wydłuża? Oczywiście należy się cieszyć, że turystów jest coraz więcej, ponieważ to zainteresowanie przekłada się zapewne na i tak kiepską sytuację ekonomiczną regionu.

Jeżeli nudzą Was jednak takie opisy Podlasia, powinniście sięgnąć po książkę „Jutro spadną gromy” autorstwa Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego. Pozycja ukazała się w 2015 roku nakładem białostockiego wydawnictwa Fundacja Sąsiedzi, została wydrukowana w Białostockich Zakładach Graficznych S.A. i jest bez wątpienia jedną z ciekawszych książek poświęconych złożoności Podlasia, choć z pewnością nie jest to publikacja idealna. Zerknijcie do komentarzy pod tym artykułem. Rażą też pewne sformułowania. Czuć momentami redakcyjne niedbalstwo.

Niewiele w niej Białegostoku. Moim zdaniem nawet tych kilka wstawek jest niepotrzebnych, stanowią one bowiem najsłabsze fragmenty książki. I wybijają z rytmu. Autorzy skupiają się bowiem na niewielkim fragmencie regionu i próbują dotrzeć do istoty „podlaskiej duszy”. Wiele tu rozmów z autochtonami, sporo skomplikowanej historii, podanej jednak w przystępny sposób. Ład książki burzą niektóre zdjęcia. Szczególnie te z zaniedbanych miejsc w Białymstoku. Pasują do całości jak kwiatek do kożucha, powinny raczej trafić do „Aktivista”, ale widocznie fotograf chciał się nimi pochwalić (choć artyzmu w nich niewiele). Także wywody o Dubiczach i Narewce zakłóci Wam set ponurych fotek ze stolicy województwa. Ogólnie przekaz jest jednak wartościowy i pozbawiony wspomnianego moralizatorstwa. Książka została napisana dla każdego, więc obytych w temacie pewne rzeczy mogą nużyć, jednak po jej lekturze Wasza wiedza i świadomość bez wątpienia wzrosną.

https://i2.wp.com/ecsmedia.pl/c/jutro-spadna-gromy-b-iext33840094.jpg

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony empik.com

Białostockie wątki w „Księdze Zachwytów” Filipa Springera

O architekturze w Polsce pisze się w ostatnich latach coraz więcej. Powstają coraz to nowe budowle, które śmiało mogą konkurować z nowinkami architektonicznymi z tak zwanego wielkiego świata. Ale i te socrealistyczne coraz częściej przeżywają drugą młodość. Okazuje się, że z odpowiednią wizją można i dziś wiele z nich wycisnąć. I właśnie polskiej architekturze po 1945 roku poświęcona jest „Księga Zachwytów” Filipa Springera, która ukazała się w 2016 roku. To „[…] subiektywny przewodnik […] po olśnieniach, zachwytach i kilku rozczarowaniach […]” – tak wydawca reklamuje tę publikację. Springer opowiada w niej o budynkach znanych, zupełnie zapomnianych, starych, całkiem nowych, spektakularnych i niepozornych. To również klasyfikacja zaproponowana przez wydawcę.

Chociaż niekoniecznie zgadzam się z autorem w wielu kwestiach ideologicznych, lubię czytać jego książki, ponieważ w bardzo przystępny sposób potrafi opowiadać o tym, co nas otacza w przestrzeni polskich miast i miasteczek. Wszystkie pozostałe książki jego autorstwa czytałam od razu w całości. Najszybciej przeczytałam chyba „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” – choć dość przygnębiające w ogólnym wydźwięku, ma w sobie coś, co nie pozwala się od tej książki oderwać. Springer podróżuje po byłych miastach wojewódzkich, o czym już na długo przed publikacją w formie papierowej mogliśmy się dowiedzieć ze strony Miasto Archipelag. Poza kilkoma wyjątkami w książce wyczuwalne są głównie tęsknota za dawnym podziałem administracyjnym, wysokie bezrobocie i wszystkie jego następstwa, heroiczne działania lokalnych „attaché kulturalnych”, którzy na przekór wszystkiemu decydują się pozostać w swoich miastach i zainteresować mieszkańców c z y m k o l w i e k. Z wątków lokalnych dowiemy się, że mieszkańcy Suwałk i Łomży ze szczerą niechęcią patrzą na Białystok, który im wszystko zabiera. Nawet sklepy z elegancką odzieżą ponoć przez ten straszny Białystok wyniosły się z grodu nad Narwią. Bo jak nie ma urzędników, to ponoć po lepszy krawat trzeba zasuwać do Białego. I w ogóle to Łomża i Suwałki z musu siedzą w tym Podlaskiem, bo tak ich ktoś wrzucił na chybił trafił. A tymczasem reforma z 1999 roku dawała szansę na przeniesienie Podlasia na właściwe miejsce. Bo jak to jest, że Biała Podlaska jest w Lubelskiem, a taki Sokołów Podlaski w Mazowieckiem. Ogólnie obraz Suwałk jest jednak bardziej budujący niż springerowska refleksja nad Łomżą, w której wszystkie małolaty spotykają się w Macu i gdzie poza nim nigdzie się rano kawy nie napije. Suwałki Springer przedstawia przez pryzmat historii dwóch informatyków, którzy wrócili do tego miasta i tworzą z sukcesem aplikacje dla zagranicznych koncernów. Oto oni. I ponoć na zagranicy się skupiają, bo jak ktoś w Polsce zobaczy, że firma IT ma siedzibę w Suwałkach, to ponoć krzywo patrzy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przeciętny Polak na myśl o Suwałkach widzi pewnie jakąś małą osadę z budką meteo w centrum. To niesprawiedliwe. Myślę, że spostrzeżenia jednego z bohaterów tego reportażu, Łukasza, są jednak w dużej mierze prawdziwe i z powodzeniem można byłoby przenieść je na grunt większości miast powiatowych, a również na grunt białostocki:

Problem jest też taki, że to miasto jałowieje. Wyjeżdżają stąd młodzi, robią studia i już nie wracają. Ich miejsce zajmują ludzie ze wsi, którzy znajdują pracę w Specjalnej Strefie Ekonomicznej przy pakowaniu parówek. Przez to nie ma tu środowisk, które pociągnęłyby debatę, dyskusję o mieście, jego problemach. Remontuje się infrastrukturę, bo tym łatwo kupić wyborców, ale refleksji nad taką intelektualną równią pochyłą to nie ma.

Wróćmy jednak do architektonicznych zachwytów. Filip Springer wybrał przeróżne budynki z całego kraju i przedstawia je czytelnikowi zgodnie z przyjętym przez siebie podziałem na regiony. My jesteśmy w rozdziale trzecim zatytułowanym „Podlasie, Mazury, Warmia”, przy czym Podlasie reprezentowane jest tylko przez Białystok. Autor opisuje koncepcję siedziby Opery i Filharmonii Podlaskiej, która choć oddana do użytku wiele lat po kultowym BUW-ie, pozostaje na tym samym poziomie rozwiązań architektonicznych co powstała 12 lat wcześniej biblioteka. Nie do końca zachwyca Springera również Centrum Nowoczesnego Kształcenia Politechniki Białostockiej, ponieważ motyw wycinanki ludowej jest już oklepany, co sugeruje zresztą tytuł „Wycinanka po raz n-ty” i zupełnie nie współgra z charakterem i funkcją budynku. Zachwyt jest zatem tylko pozorny. Najlepiej wypadają natomiast stare białostockie Spodki. Powstałe na centralne dożynki w 1973 roku potrafią jak widać zachwycać do dziś. Springer przedstawia kulisy „białostockiego przyspieszenia” i szeroko posunięte ogarnięcie miasta w związku z planowaną imprezą. „Nowa ekipa Edwarda Gierka musiała się na początku swoich rządów pochwalić spektakularnymi sukcesami. Zapuszczony do niedawna Białystok świetnie się do tego nadawał„. Autor odsyła nas (i słusznie!) do lokalnej publikacji Ładniej? PRL w przestrzeni miasta, w której znajdziemy mnóstwo arcyciekawych informacji o powojennej architekturze Białegostoku. Na moim laptopie już od 2009 roku ma stałe miejsce w folderze „Białystok – publikacje” :)

1

2

Gdybym to ja miała tworzyć moją osobistą listę powojennych architektonicznych zachwytów Białegostoku, na pewno wpisałabym na nią Dom Handlowy Central ze świetną elewacją i neonem. I budynek Filharmonii przy ulicy Podleśnej. Obroniłby się również „białostocki ONZ” czyli rektorat Uniwersytetu w Białymstoku, chociaż zaszkodziła mu dobudowana doń bryła biblioteki. I cała koncepcja kampusu Politechniki Białostockiej. A Wy?

„Ostatni obrońcy wiary” – Piotr Nesterowicz

Przeczytałam niedawno książkę, z której dowiedziałam się bardzo wiele na temat naszego regionu. Nie wiem, czy aby nie najwięcej, jeśli spojrzeć na inne pozycje literackie podejmujące podlaskie wątki. Właściwie każda strona przynosiła kolejne nieznane mi fakty i otwierała oczy na wiele spraw, o których wprawdzie gdzieś coś słyszałam, ale nie miałam na ich temat ugruntowanej wiedzy. Na literaturę Piotra Nesterowicza trafiłam całkiem przypadkiem. Pewnej soboty Dominika rzuciła hasło, że w warszawskim Wrzeniu Świata jest promocja na reportaże. Już widziałam siebie obładowaną nowymi książkami, bo przecież we Wrzeniu dają właściwe same reportaże… Nie wnikając w szczegóły, udałyśmy się razem do wspomnianej księgarni-kawiarni. Od dawna czytam właściwie tylko reportaże i klasykę. Zdarzają się jeszcze kryminały, ale te najlepsze już chyba przeczytałam, a co do polskich gwiazd tego gatunku przekonania nie mam. Wielokrotnie próbowałam na przykład przebrnąć przez twórczość pochodzącej z Podlasia Katarzyny Bondy, ale mniej więcej po jednej trzeciej książki odpuszczałam, stwierdzając, że dalsza lektura byłaby stratą czasu i nawet podlaskie wątki w historiach nie uratują sprawy. Czytając reportaże można poznać świat, dowiedzieć się czegoś o tych regionach, do których pewnie nigdy nie dotrę, ponieważ nie będę miała czasu, funduszy tudzież odwagi… Zatem czytam sobie o różnych miejscach i ekspedycjach, a jesień jest ku temu niezwykle sprzyjająca. Szczególnie tegoroczna, ponieważ niemalże codziennie leje deszcz.

Z Wrzenia wyszłam z jedną książką, gdyż promocja dotyczyła tylko jednego konkretnego wydawnictwa. Do wyboru było może z 10 pozycji. W tym „Cudowna”. W duchu śmiałam się, że chyba za bardzo skupiłam się na odległych krańcach ziemi i przegapiłam to, czym rzesza czytelników zdążyła się już zachwycić. Cud zabłudowski. Objawienie Matki Boskiej. U nas, na Podlasiu, w latach sześćdziesiątych. Wertowałam książkę i natrafiałam na znane mi nazwy miejscowości. Oczywiście kupiłam. I od razu zaczęłam czytać. Teraz „Cudowną” czyta moja mama, która o cudzie zabłudowskim również nie wiedziała. Okazało się, że tylko mój tato kojarzył te wydarzenia. Tłumaczymy sobie, że pewnie dlatego, iż wychowywał się na osiedlu Przemysłowa (dziś ponoć Skorupy..), a stamtąd bliżej do Zabłudowa.

Zaciekawiła mnie postać samego autora – jak dotarł do tej tematyki? Co skłoniło go do napisania książki poświęconej tym bądź co bądź zapomnianym już wydarzeniom. Z pomocą nadszedł oczywiście Internet i wiele wyjaśniający wywiad z Piotrem Nesterowiczem: Zwykłe życie Jadwigi. Mieszkańcy wioski zabili jej cud

Pozytywnie zaskoczona „Cudowną” sięgnęłam po wcześniejszą książkę Nesterowicza. „Ostatni obrońcy wiary” to pozycja właściwie dwuczłonowa – poświęcona starowiercom i podlaszukom. Autor bardzo przystępnie opisuje historię starowierców i okoliczności ich przybycia na Suwalszczyznę. Chyba każdy podróżujący po Suwałkach czy Suwalskim Parku Krajobrazowym zetknął się z pojęciem „molenna”. Tę najbardziej znaną znajdziecie w Wodziłkach, ale i w samych Suwałkach znajduje się jedna z tych świątyń, które zachowały się do dziś. Reportaż Nesterowicza poświęcony starowiercom czytało mi się tym lepiej, że w pamięci miałam wciąż mam jeszcze świeże wspomnienia z sierpniowego pobytu na Suwalszczyźnie. Część druga poświęcona jest natomiast pograniczu polsko-białoruskiemu. Orla, Bielsk Podlaski. I spory, czy tamtejsza gwara wywodzi się z języka białoruskiego czy może jednak ukraińskiego. Być może Ci z Was, którzy wywodzą się z tych rejonów, spojrzą na opisane przez Nesterowicza historie w sposób krytyczny. Bo może nie zgodzicie się z wypowiedziami, które autor przytacza. Ja jednak nie mam mojego osobistego nastawienia do tych terenów, nie wiążą mnie z nimi żadne rodzinne historie czy doświadczenia. Czytałam zatem zdanie po zdaniu i starałam się ten rejon Podlasia po prostu zrozumieć. Co innego pojechać tam na wycieczkę krajoznawczą, a co innego zapoznać się z tamtejszą historią. Naprawdę szczerze polecam, ponieważ książka Nesterowicza wolna jest od tych frazesów, którymi naszpikowana jest większość pozycji literackich poświęconych odkrywaniu Podlasia. Dla Nesterowicza to nie owiany legendami koniec świata, w którym zza każdego winkla wyskakuje szeptucha, gdzie ku zaskoczeniu odkrywców żyją ludzie, mają swoje domy i samochody. Nie znajdziecie tu tych literackich zbliżeń z podlaską terra incognita, za pomocą których wydawcy starają się sprzedać książki w wysokich nakładach. W „Ostatnich obrońcach wiary” Nesterowicz rozkłada na czynniki pierwsze słowo „wielokulturowość”, nie czyniąc tego jednak z pozycji protekcjonalnego obserwatora. Autor autentycznie słucha swoich rozmówców i stara się przedstawić możliwie pełny obraz rzeczywistości. Tu nie ma jednej racji. I to jest w tej książce najprzyjemniejsze.

big_222

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Petrus.

W kolejce do opisania na blogu czekają:

„Cudowna” Piotra Nesterowicza,

„Jutro spadną gromy” Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego.

W kolejce do przeczytania czekają:

„Wędrówki Wiktora Wołkowa”,

„Miasta województwa podlaskiego”,

„Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”.

Białystok w „Poznaj swój kraj”

Pewien czas temu wspomniałam na blogu, że lubię od czasu do czasu sięgnąć po magazyny podróżnicze, chociaż w dobie Internetu nie jest to może zachowanie racjonalne. Bo niby po co płacić za coś, co za darmo można przeczytać w sieci? Ano jednak warto. Nie ukrywam, że książki lepiej czyta mi się w formie tradycyjnej, podobnie jak i prasę. Co innego usiąść w fotelu z papierowym magazynem w ręce aniżeli z tabletem. Dlatego jestem takim lamusem, który raz na jakiś czas wyłoży parę złotych na magazyn podróżniczy, aby poczytać sobie na spokojnie o różnych zakątkach świata. Co ciekawe, zazwyczaj w ugrzecznionej i cukierkowej wersji. Bo czym innym są te artykuły jeśli nie małymi laurkami wystawianymi miastom i regionom? Taka trochę wyidealizowana wizja świata, którą należy przepuścić przez odpowiednie filtry.

Szczególnie łaskawym okiem spoglądam na miesięczniki z polskim kapitałem, które może i mają przestarzałą szatę graficzną, ale tworzone są przez ludzi z pasją dla ludzi z pasją poznawania. Dlatego zdarza mi się kupić czasem Stolicę albo Poznaj swój kraj, który ukazuje się już od 1958 roku i obecny był chyba w każdej polskiej bibliotece szkolnej. Podczas wspomnianych w poprzednim poście porządków natknęłam się również na wydanie Poznaj swój kraj z 1999 roku, którego tematem przewodnim był… Białystok. Już wtedy przedstawiano nasze miasto jako tygiel kulturowy, którego siłą są duchowość, młodość i przyroda (czyli te same hasła reklamowe od lat…). Nie do końca zgodzę się jednak ze stwierdzeniem zawartym w wywiadzie z ówczesnym prezydentem Ryszardem Turem, jakoby Białystok był najmłodszym miastem wojewódzkim w kraju. Katowice są miastem młodszym od Białegostoku, ponieważ prawa miejskie otrzymały jeszcze później niż my – w 1865 roku :) Taka ciekawostka :)

IMG_6816

IMG_6817

IMG_6818

IMG_6819

IMG_6820

IMG_6821

IMG_6822

IMG_6823

Fotografowie białostoccy 1861-1915

Przed tegorocznymi Dniami Miasta otrzymałam w prezencie od Centrum Ludwika Zamenhofa w Białymstoku bardzo ciekawą i rewelacyjnie wręcz wydaną książkę dla miłośników historii naszego miasta. Mam na myśli najnowszą publikację CLZ poświęconą białostockim fotografom z lat 1861-1915. Ta książka to kopalnia informacji, za co należą się wielkie podziękowania pomysłodawcom. Nie pierwszy już raz ukazuje się wartościowa książka traktująca o dawnym Białymstoku. Ilekroć przeglądam takie publikacje, ogarnia mnie smutek, że w wyniku wojennych perturbacji z tego starego eleganckiego Białegostoku (ograniczonego wprawdzie do kilku ulic) praktycznie nic nam już nie pozostało. Tym bardziej warto zapoznać się z tym, co już nigdy nie wróci i co Białystok stracił bezpowrotnie.

IMG_6676

IMG_6677

IMG_6678

IMG_6679

IMG_6680

IMG_6681

IMG_6682

Bardzo się cieszę, że wciąż powstają nowe książki poświęcone historii Białegostoku. Czy zauważyliście jednak, że brakuje u nas książek o dzisiejszym mieście? W stylu „Zrób to w…” czy chociażby wertowanej niedawno przeze mnie „Rajza po Kato”. Czy zbyt mało jest w Białymstoku miejskich aktywistów, którzy chcieliby taką książkę „na luzie” napisać? Czy może brak u nas podatnego gruntu na takie niestandardowe publikacje? Czasem się śmieję, że jeśli czegoś takiego się nie doczekam, to usiądę i sama coś napiszę ;) Przynajmniej w Internecie :)

Białystok 1984 okiem prof. Adama Dobrońskiego

Przy okazji Świąt Bożego Narodzenia odwiedziłam moją babcię, pasjonatkę historii miasta, której liczne zbiory już nieraz prezentowałam Wam na tym blogu. I tym razem zajrzałam do nieśmiertelnego albumu Piotra Sawickiego pod tytułem „Białystok moje miasto”. Skoncentrowałam się jednak na wstępie napisanym przez prof. Adama Dobrońskiego. Minęło 30 lat, ale ten tekst wciąż jest dziwnie aktualny …

IMG_3275 IMG_3276 IMG_3277