„Północne Podlasie, Wschodnie Mazowsze”

Wakacje już za nami, o czym dość dobitnie przypomina aura za oknem. Zwykle również wrzesień i październik zachęcają do chociażby weekendowych wycieczek po okolicy, jednak chwilowo możemy co najwyżej powspominać, jak było jeszcze tydzień temu i liczyć na rychłe polepszenie pogody.

W dobie Internetu większość informacji o atrakcjach turystycznych znajdziemy na licznych stronach www, podróżniczych blogach czy innych portalach, jednak ja wciąż pozostaję wierna jednej starej książce, która może nie jest już do końca aktualna, ale bardzo obszernie przedstawia tereny wokół Białegostoku, dokąd można wybrać się na krótki wyjazd. Mam ją już od wielu lat i wciąż jeszcze potrafi mnie czymś zaskoczyć. Nie jest to z pewnością wydawnictwo atrakcyjne wizualnie – nie ma tu kolorowych zdjęć i zajmującej szaty graficznej. Jest za to dużo treści, więc jeśli lubicie czytać, powinniście zaprzyjaźnić się z tą książką.

W tym dość staromodnym przewodniku znajdziemy liczne trasy zwiedzania, które można zrealizować w całości lub fragmentarycznie. Brawa dla autorów za pełne ciekawostek teksty i wstawki poświęcone historii lub przyrodzie. Oczywiście należy przymknąć oko na dane statystyczne – liczba mieszkańców nie jest przecież najważniejsza :)

Książka jest wciąż do kupienia w księgarniach internetowych. W tej samej serii ukazała się także między innymi „Suwalszczyzna, Zaniemenie”.

 

Reklamy

„Białystok. Miasto magiczne”

Zdarza mi się czasami przejrzeć aukcje internetowe w poszukiwaniu starych książek o Białymstoku lub Podlasiu. W ten sposób weszłam już w posiadanie kilku ciekawych wydawnictw, o których świat zapomniał, a które eksponuję teraz z dumą na mojej półce z literaturą regionalną. Ostatnio natknęłam się na album „Białystok. Miasto magiczne”. Wielokrotnie przeglądałam go w księgarniach, jednak cena regularna trochę odstraszała. Dlatego z tym większą radością zakupiłam tę książkę używaną w jednym z antykwariatów wysyłkowych. Atrakcyjna cena tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jest ten moment, kiedy powinnam wreszcie nabyć ten wyjątkowy album na własność i dorzucić go do pokaźnej już biblioteczki.

Księga jest ogromna, waży ponad 3 kilogramy! W środku znajdziemy wiele zdjęć archiwalnych, teksty przygotowane przez profesora Dobrońskiego i oczywiście zdjęcia współczesne. Różnią się one jednak od większości tych, z którymi stykamy się na co dzień, ponieważ w większości zostały wykonane z lotu ptaka, a właściwie z… balonu :) Zdjęcia zawdzięczamy panu Bernardowi Banaszukowi, który pasję latania balonem połączył z pasją fotografowania. Możemy zatem przyjrzeć się siatce ulic i detalom architektonicznym z innej niż zwykle perspektywy. Albumowi towarzyszyła również wystawa „Balonem nad Białymstokiem” prezentowana w ratuszu.

Polecam ten album wszystkim miłośnikom miasta, którzy mimo technicznego postępu wciąż chętnie oglądają zdjęcia nie tylko na ekranie, lecz również na papierze.

Białystok widziany oczami Niemca

Swego czasu interesowały mnie książki niemieckojęzycznych autorów poświęcone Polsce i Polakom. Napisałam na ten temat kilka naukowych tekstów, odnosząc jednocześnie wrażenie, że większość z tych opisów Polski koncentruje się na tych samych miejscach, tradycjach, cechach i przywarach. Zupełnie jakby ich autorzy czerpali nie tylko ze swoich osobistych doświadczeń, ale także z doświadczeń kolegów po fachu. Takie przelewanie z pustego w próżne, żonglowanie popularnymi motywami i nie zawsze udana próba podważenia królujących za Nysą i Odrą stereotypów.

Z tym większą radością zakupiłam już pewien czas temu publikację Matthiasa Kneipa pod tytułem „Reise in Ostpolen. Orte am Rand der Mitte”, która ukazała się w 2011 roku i jest niejako kontynuacją książek „Grundsteine im Gepäck. Begegnungen mit Polen” (2002) oraz „Polenreise. Orte, die ein Land erzählen” (2007). Już na podstawie samej okładki jesteśmy w stanie dużo powiedzieć o doborze celów podróży. O ile wcześniejsze części skupiają się głównie na tych miejscach, które mają w języku niemieckim swoje niemieckojęzyczne nazwy, o tyle kolejna ukazuje rejony Polski Wschodniej, zapomnianej i marginalizowanej również przez wielu Polaków. Warto podkreślić, że w 2016 roku ukazała się również książka poświęcona Polsce Zachodniej: „Reise in Westpolen. Orte, die Geschichte erzählen”.

Jak widzicie, Białystok został zakwalifikowany do Polski Wschodniej i miejsc pozostających poza centrum kraju. Trudno z tym polemizować, wszyscy chyba się zgodzimy, że zarówno ze względu na położenie geograficzne, jak również na wiele innych uwarunkowań, pozostaniemy chyba na zawsze właśnie „am Rand”.

Pewnie ciekawi Was, jak Białystok został przedstawiony niemieckiemu czytelnikowi. Czym może zaimponować? Z czego może być słynny? Otóż portret naszego miasta jest dość szczątkowy. W trakcie podróży z Pentowa do Kruszynian Kneip zahacza rzec można o Białystok. I skupia się właściwie na jednym aspekcie. Pod lupę bierze bowiem Ludwika Zamenhofa i język esperanto. Rozdział zatytułowany „Die Wiege des Doktor Esperanto” rozpoczyna się jednak od opisu ulicy Lipowej. Jej atmosfera przypomina narratorowi Newski Prospekt w Petersburgu, a nie warszawski Nowy Świat. Ulica jest jak na polskie standardy niesamowicie szeroka. Tak szeroka, że niejako na jej środku zmieścił się nawet ratusz (sic!). Budynki po obu stronach Lipowej są mniej więcej tej samej wysokości, co pozwala się lepiej skupić na tym, co widać w oddali. Pełno tu kawiarni i restauracji, a malarze uliczni oferują swoje usługi niejako na samym środku ulicy, ażeby choć trochę zapełnić tę niesamowitą przestrzeń. [Mamy zatem pierwsze nieścisłości – autor nie rozróżnia ulicy Lipowej i Rynku Kościuszki. Nihil novi…] Narratorowi towarzyszą podczas spaceru po Białymstoku rozmowy w języku polskim, rosyjskim i angielskim, dzięki czemu łatwiej może on sobie wyobrazić Białystok z XIX wieku, w którym przyszedł na świat i dorastał Ludwik Zamenhof. W informacji turystycznej narrator otrzymuje stosowne broszury i maszeruje po mieście śladami Ludwika. Na trasie znajduje się popiersie Zamenhofa ze skweru przy ulicach Białówny i Malmeda, mural na bloku przy dawnym domu Doktora Esperanto, który niespecjalnie przypada narratorowi do gustu, Centrum Ludwika Zamenhofa z wystawą multimedialną i budynek obecnego VI LO, gdzie kiedyś uczył się Ludwik. Po spacerze narrator zagląda jeszcze do Muzeum Wojska i udaje się z powrotem do centrum miasta, gdzie próbuje zamówić kawę w języku esperanto. Bez skutku. Ostatecznie nie dowiadujemy się, czy winę za to fiasko ponosi zbyt słaba znajomość esperanto, czy może jednak zły nastrój kelnerki.

Przyznam szczerze, że w moim prywatnym odczuciu Białystok został przedstawiony najsłabiej ze wszystkich podlaskich miejscowości odwiedzonych przez Kneipa. O wiele ciekawiej czytało mi się rozdziały o Bugu, Białowieży, białoruskich wsiach na Podlasiu, Grabarce, Narwiańskim Parku Narodowym, Tykocinie, Pentowie, Kruszynianach oraz te skupiające się na kilku atrakcjach północnej części województwa: Kanale Augustowskim, Czarnej Hańczy i Sejnach. Czy jest to wina samego Białegostoku, który przyjezdnym ma zbyt mało do zaoferowania? Czy to jedynie subiektywna wizja Matthiasa Kneipa?


Dr Matthias Kneip urodził się w 1969 roku w Ratyzbonie. Jest aktywnym pisarzem, dziennikarzem, działa także naukowo w Niemieckim Instytucie Kultury Polskiej w Darmstadt. Jest również autorem książek do nauki języka polskiego. Pełną listę jego publikacji znajdziecie tutaj. W dniach 27-28.10.2017 roku będzie można spotkać się z Matthiasem Kneipem w Krakowie, gdzie zaprezentuje swoje najnowsze książki. W polskim tłumaczeniu ukazała się niedawno książka „111 powodów, by kochać Polskę. Wyznania niemieckiego pisarza” (w Niemczech wyszło już jej trzecie rozszerzone i uaktualnione wydanie), o której to i owo możecie przeczytać na stronie katowickiego oddziału Gazety Wyborczej: Za co Niemiec kocha Polskę i Śląsk? Jest aż 111 powodów

Cud w Zabłudowie

Jesienią wspomniałam na facebooku’u, że dzięki Dominice weszłam w posiadanie książki „Cudowna” autorstwa Piotra Nesterowicza. Zamiast reportaży z Wydawnictwa Czarne, po które tak naprawdę udałyśmy się do księgarni i które to wówczas wcale nie były przecenione, zakupiłam w promocji publikację poświęconą wydarzeniom z Podlasia, o których wcześniej nie wiedziałam. Swoją drogą, to naprawdę ciekawe, jak różne doświadczenia mogą wynieść osoby mieszkające w jednym mieście i w tym samym czasie. Moja rodzina wywodzi się z Białegostoku, zarówno ze strony mamy jak i taty. Tutaj też urodzili się moi dziadkowie i pradziadkowie. Ale w rodzinie mamy o wydarzeniach z Zabłudowa nie mówiło się. Natomiast w rodzinie taty, który wychowywał się na terenie dawnej dzielnicy Przemysłowa, nazwanej dziś Skorupami, wiedza o cudzie zabłudowskim była powszechna. Tata pamięta, jak kobiety z dzielnicy wybierały się tłumnie do Zabłudowa, żeby zobaczyć na własne oczy osławione miejsce. A my z mamą dowiedziałyśmy się o wydarzeniach z 1965 roku dopiero z książki. Wierni Czytelnicy bloga mogli już o tym przeczytać we wpisie poświęconym innej książce tego samego autora. Dziś skupimy się jednak bezpośrednio na Zabłudowie. Czternastoletniej Jadwidze miała objawić się kilkakrotnie Matka Boska. Kościół nie był zainteresowany nagłośnieniem i należytym zbadaniem zaistniałej sytuacji. Natomiast ówczesne elity dążyły do jak najszybszego uciszenia kwestii objawień, co jednak wymknęło się spod kontroli. A sam cud podzielił lokalną społeczność.

„Cudowna” ukazała się w listopadzie 2014 roku nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie. Nie jest to książka obszerna. Nesterowicz analizuje krok po kroku, niemalże z dokładnością co do minuty, skalę cudu i brutalne próby jego deprecjonowania przez peerelowskie władze oraz przez Kościół. Wiara w objawienia maryjne miała być utożsamiana przez światłe władze z zabobonem, biedą i zacofaniem lokalnej społeczności. Jednocześnie autor przedstawia w doskonały sposób obraz podlaskiej wsi z jej obyczajami i silną religijnością. Rozmawia także z Jadwigą, której objawiła się/miała objawić się Matka Boska. I pokazuje dobitnie, jak ludzie potrafią niszczyć siebie nawzajem.

Zachęcam Was do zapoznania się z artykułami poświęconymi wydarzeniom z 1965 roku: Cud w Zabłudowie. Zobacz, co ujrzała 14-latka!; „Cud” w Zabłudowie; Zabłudów, czyli podlaski cud i polskie piekło. Doświadczenia Jadwigi stały się również kanwą spektaklu przygotowanego przez Teatr Wierszalin i do dziś budzą wiele emocji, o czym przeczytacie tutaj. Cud z Zabłudowa doczekał się także opracowania stricte naukowego. Polecam też Waszej uwadze zdjęcia dokumentujące modlących się na zabłudowskiej łące ludzi i skierowane przeciwko nim akcje ZOMO.

Jak liczne wspomnienia z tamtego okresu pielęgnuje do dziś wielu mieszkańców Zabłudowa, przekonacie się oglądając minireportaż ze spotkania autorskiego zorganizowanego w miasteczku pod koniec 2014 roku:

W miejscu objawień, na łące przed Zabłudowem do dziś znajduje się także kapliczka:

„Piosenki do zwiedzania” – Marta Guśniowska

Lubię kolekcjonować książki poświęcone naszemu miastu i Podlasiu. Mamy już całkiem pokaźny zbiór publikacji przybliżających nam historię Białegostoku i regionu i z radością odkrywamy, że wciąż ich przybywa. Na półce z literaturą regionalną pojawiła się ostatnio kolejna ciekawa pozycja, która skierowana jest do dzieci. Ale i uwrażliwieni na sztukę i historię miasta dorośli zajrzą do niej z zainteresowaniem. „Piosenki do zwiedzania” autorstwa Marty Guśniowskiej to właściwie projekt, a nie po prostu książka. W bardzo ładnym wydaniu znajdziecie siedem sympatycznych wierszyków traktujących o różnych zakamarkach Białegostoku. Pomnik Praczek na Plantach, rzeźba psa Kawelina, Bojary, Domek Napoleona – to tylko część bohaterów. Do wydawnictwa dołączona jest płyta CD, a na niej aranżacje sześciu wierszy wyśpiewane przez artystów z Białostockiego Teatru Lalek. Niestety, brakuje piosenki o Praczkach, a to na nią czekałam najbardziej. Taki efekt był jednak zamierzony i nie jest to wada płyty. Przy odrobinie fantazji można zatem samemu stworzyć własną melodię do udanego tekstu i pośpiewać sobie pod nosem o trzech pracowitych praczkach.

Polecam Wam recenzję publikacji na stronie Teatr dla Was: Dusza miasta i duch teatru oraz rozmowę z twórcami na stronie Kuriera Porannego: BTL. Piosenki do zwiedzania, czyli nietypowy przewodnik po mieście. A ci z Was, którzy lubią słuchać, mogą zajrzeć jeszcze na stronę Polskiego Radia Białystok, gdzie znajdziecie relację Olgi Gordiejew.

Książkę możecie nabyć w siedzibie BTL-u przy ulicy Kalinowskiego.

_20170224_185623

„Jutro spadną gromy” – Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Maciej Skawiński

Podlasie powoli staje się modne. Ponoć coraz więcej ludzi zwiedza Białystok i okolice, o czym mówią lokalni przewodnicy. A w sieci krąży coraz więcej blogowych wpisów i relacji z podróży. Można zaryzykować stwierdzenie, że rodacy powoli odkrywają nasz region. Większość działa bardzo powierzchownie i produkuje niemalże bliźniacze opisy swoich weekendów, majówek czy tygodni w głuszy. Eskapada na Podlasie rozpatrywana jest najczęściej w kategoriach zdobycia końca świata. Wynurzenia blogerów podróżniczo-lajfstajlowych często utrzymane są w moralizatorskim tonie. Odwiedzający przełamują się, jadą hen hen daleko na północny-wschód, demonizując przy tym odległość, a po przybyciu na miejsce ze zdumieniem odkrywają, że na Podlasiu ludzie nie mieszkają w lepiankach, smacznie jedzą i ogólnie są mili i pomocni. Po paru dniach podróżnicy pałają już wielką miłością do Podlasia i obiecują, że przyjadą ponownie. Tak w skrócie można podsumować zapiski z eksploracji regionu. Zawsze zadziwiało mnie to podkreślanie niezwykle długiej drogi. Tak samo daleko jest od nas na Dolny Śląsk czy w Bieszczady, ale jednak nie odbierałam tych odległości jako czynnika hamującego mnie przed wyjazdem. Może jadąc na wschód droga się wydłuża? Oczywiście należy się cieszyć, że turystów jest coraz więcej, ponieważ to zainteresowanie przekłada się zapewne na i tak kiepską sytuację ekonomiczną regionu.

Jeżeli nudzą Was jednak takie opisy Podlasia, powinniście sięgnąć po książkę „Jutro spadną gromy” autorstwa Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego. Pozycja ukazała się w 2015 roku nakładem białostockiego wydawnictwa Fundacja Sąsiedzi, została wydrukowana w Białostockich Zakładach Graficznych S.A. i jest bez wątpienia jedną z ciekawszych książek poświęconych złożoności Podlasia, choć z pewnością nie jest to publikacja idealna. Zerknijcie do komentarzy pod tym artykułem. Rażą też pewne sformułowania. Czuć momentami redakcyjne niedbalstwo.

Niewiele w niej Białegostoku. Moim zdaniem nawet tych kilka wstawek jest niepotrzebnych, stanowią one bowiem najsłabsze fragmenty książki. I wybijają z rytmu. Autorzy skupiają się bowiem na niewielkim fragmencie regionu i próbują dotrzeć do istoty „podlaskiej duszy”. Wiele tu rozmów z autochtonami, sporo skomplikowanej historii, podanej jednak w przystępny sposób. Ład książki burzą niektóre zdjęcia. Szczególnie te z zaniedbanych miejsc w Białymstoku. Pasują do całości jak kwiatek do kożucha, powinny raczej trafić do „Aktivista”, ale widocznie fotograf chciał się nimi pochwalić (choć artyzmu w nich niewiele). Także wywody o Dubiczach i Narewce zakłóci Wam set ponurych fotek ze stolicy województwa. Ogólnie przekaz jest jednak wartościowy i pozbawiony wspomnianego moralizatorstwa. Książka została napisana dla każdego, więc obytych w temacie pewne rzeczy mogą nużyć, jednak po jej lekturze Wasza wiedza i świadomość bez wątpienia wzrosną.

https://i2.wp.com/ecsmedia.pl/c/jutro-spadna-gromy-b-iext33840094.jpg

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony empik.com

Białostockie wątki w „Księdze Zachwytów” Filipa Springera

O architekturze w Polsce pisze się w ostatnich latach coraz więcej. Powstają coraz to nowe budowle, które śmiało mogą konkurować z nowinkami architektonicznymi z tak zwanego wielkiego świata. Ale i te socrealistyczne coraz częściej przeżywają drugą młodość. Okazuje się, że z odpowiednią wizją można i dziś wiele z nich wycisnąć. I właśnie polskiej architekturze po 1945 roku poświęcona jest „Księga Zachwytów” Filipa Springera, która ukazała się w 2016 roku. To „[…] subiektywny przewodnik […] po olśnieniach, zachwytach i kilku rozczarowaniach […]” – tak wydawca reklamuje tę publikację. Springer opowiada w niej o budynkach znanych, zupełnie zapomnianych, starych, całkiem nowych, spektakularnych i niepozornych. To również klasyfikacja zaproponowana przez wydawcę.

Chociaż niekoniecznie zgadzam się z autorem w wielu kwestiach ideologicznych, lubię czytać jego książki, ponieważ w bardzo przystępny sposób potrafi opowiadać o tym, co nas otacza w przestrzeni polskich miast i miasteczek. Wszystkie pozostałe książki jego autorstwa czytałam od razu w całości. Najszybciej przeczytałam chyba „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” – choć dość przygnębiające w ogólnym wydźwięku, ma w sobie coś, co nie pozwala się od tej książki oderwać. Springer podróżuje po byłych miastach wojewódzkich, o czym już na długo przed publikacją w formie papierowej mogliśmy się dowiedzieć ze strony Miasto Archipelag. Poza kilkoma wyjątkami w książce wyczuwalne są głównie tęsknota za dawnym podziałem administracyjnym, wysokie bezrobocie i wszystkie jego następstwa, heroiczne działania lokalnych „attaché kulturalnych”, którzy na przekór wszystkiemu decydują się pozostać w swoich miastach i zainteresować mieszkańców c z y m k o l w i e k. Z wątków lokalnych dowiemy się, że mieszkańcy Suwałk i Łomży ze szczerą niechęcią patrzą na Białystok, który im wszystko zabiera. Nawet sklepy z elegancką odzieżą ponoć przez ten straszny Białystok wyniosły się z grodu nad Narwią. Bo jak nie ma urzędników, to ponoć po lepszy krawat trzeba zasuwać do Białego. I w ogóle to Łomża i Suwałki z musu siedzą w tym Podlaskiem, bo tak ich ktoś wrzucił na chybił trafił. A tymczasem reforma z 1999 roku dawała szansę na przeniesienie Podlasia na właściwe miejsce. Bo jak to jest, że Biała Podlaska jest w Lubelskiem, a taki Sokołów Podlaski w Mazowieckiem. Ogólnie obraz Suwałk jest jednak bardziej budujący niż springerowska refleksja nad Łomżą, w której wszystkie małolaty spotykają się w Macu i gdzie poza nim nigdzie się rano kawy nie napije. Suwałki Springer przedstawia przez pryzmat historii dwóch informatyków, którzy wrócili do tego miasta i tworzą z sukcesem aplikacje dla zagranicznych koncernów. Oto oni. I ponoć na zagranicy się skupiają, bo jak ktoś w Polsce zobaczy, że firma IT ma siedzibę w Suwałkach, to ponoć krzywo patrzy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przeciętny Polak na myśl o Suwałkach widzi pewnie jakąś małą osadę z budką meteo w centrum. To niesprawiedliwe. Myślę, że spostrzeżenia jednego z bohaterów tego reportażu, Łukasza, są jednak w dużej mierze prawdziwe i z powodzeniem można byłoby przenieść je na grunt większości miast powiatowych, a również na grunt białostocki:

Problem jest też taki, że to miasto jałowieje. Wyjeżdżają stąd młodzi, robią studia i już nie wracają. Ich miejsce zajmują ludzie ze wsi, którzy znajdują pracę w Specjalnej Strefie Ekonomicznej przy pakowaniu parówek. Przez to nie ma tu środowisk, które pociągnęłyby debatę, dyskusję o mieście, jego problemach. Remontuje się infrastrukturę, bo tym łatwo kupić wyborców, ale refleksji nad taką intelektualną równią pochyłą to nie ma.

Wróćmy jednak do architektonicznych zachwytów. Filip Springer wybrał przeróżne budynki z całego kraju i przedstawia je czytelnikowi zgodnie z przyjętym przez siebie podziałem na regiony. My jesteśmy w rozdziale trzecim zatytułowanym „Podlasie, Mazury, Warmia”, przy czym Podlasie reprezentowane jest tylko przez Białystok. Autor opisuje koncepcję siedziby Opery i Filharmonii Podlaskiej, która choć oddana do użytku wiele lat po kultowym BUW-ie, pozostaje na tym samym poziomie rozwiązań architektonicznych co powstała 12 lat wcześniej biblioteka. Nie do końca zachwyca Springera również Centrum Nowoczesnego Kształcenia Politechniki Białostockiej, ponieważ motyw wycinanki ludowej jest już oklepany, co sugeruje zresztą tytuł „Wycinanka po raz n-ty” i zupełnie nie współgra z charakterem i funkcją budynku. Zachwyt jest zatem tylko pozorny. Najlepiej wypadają natomiast stare białostockie Spodki. Powstałe na centralne dożynki w 1973 roku potrafią jak widać zachwycać do dziś. Springer przedstawia kulisy „białostockiego przyspieszenia” i szeroko posunięte ogarnięcie miasta w związku z planowaną imprezą. „Nowa ekipa Edwarda Gierka musiała się na początku swoich rządów pochwalić spektakularnymi sukcesami. Zapuszczony do niedawna Białystok świetnie się do tego nadawał„. Autor odsyła nas (i słusznie!) do lokalnej publikacji Ładniej? PRL w przestrzeni miasta, w której znajdziemy mnóstwo arcyciekawych informacji o powojennej architekturze Białegostoku. Na moim laptopie już od 2009 roku ma stałe miejsce w folderze „Białystok – publikacje” :)

1

2

Gdybym to ja miała tworzyć moją osobistą listę powojennych architektonicznych zachwytów Białegostoku, na pewno wpisałabym na nią Dom Handlowy Central ze świetną elewacją i neonem. I budynek Filharmonii przy ulicy Podleśnej. Obroniłby się również „białostocki ONZ” czyli rektorat Uniwersytetu w Białymstoku, chociaż zaszkodziła mu dobudowana doń bryła biblioteki. I cała koncepcja kampusu Politechniki Białostockiej. A Wy?