Nowa jakość na kolei: 2 wadliwe DARTY, 5 godzin na trasie Białystok-Warszawa

Lubię podróżować pociągiem. Wiecie o tym, ponieważ przy okazji remontu fragmentu linii kolejowej łączącej Białystok z Warszawą dotkliwie odczułam brak połączeń kolejowych na tej trasie i nie raz dałam upust mojej złości i rozgoryczeniu na blogu. Rzadko jednak opisuję moje doświadczenia z podróży, chociaż zaliczam się do starych wyjadaczy , którzy nie jedno w pociągu przeżyli. Jechałam już kiedyś na przykład z całym przedziałem rosyjskojęzycznych żołnierzy oraz z wagonem młodzieży z wymiany polsko-francuskiej. Regularnie kursowałam kiedyś pociągiem InterRegio Żubr z dworca Zachodniego, który wyruszał do Białegostoku późno wieczorem i w którym często jeździło podejrzane towarzystwo. Kilka awarii też mam na swoim koncie, choć może nie tak dramatycznych jak Janusz, któremu już trzy razy zdarzyło się stać w szczerym polu przez zdesperowanych pociągowych samobójców… Moja ostatnia podróż do Warszawy pozostanie mi jednak z pewnością na długo w pamięci, ponieważ była chyba najbardziej spektakularna. Pięć godzin, w tym ponad dwie postoju w Łapach. To chyba mój najdłuższy pobyt w tej miejscowości…

Zatem… 1 listopada wsiadłam do pociągu PESA DART numer 10111. Planowy odjazd z Białegostoku – godzina 20:03. Deszcz leje niemiłosiernie, jednak drzwi do pociągu pozostają nieugięte na czułe naciski przemokniętych pasażerów. Irytacja tym większa, że w środku są już jacyś ludzie. Drzwi musiały ich zatem wcześniej wysłuchać… Pan techniczny w końcu załapał, że coś nie gra, biegnie zatem do, jak mówi, chłopaków, bo coś im tam nie działa. Hurra. Po chwili sezam otwiera się i zajmujemy nasze dawno już zabukowane miejsca. W DARCIE powiew wielkiego świata – na ekranach lecą reklamy podróży po Europie pociągiem InterRail. Za chwilę zachęcają nas do podróży pociągiem z Krakowa/Warszawy/Białegostoku/Kuźnicy Białostockiej do białoruskiego Grodna. Ceny światowo zapodane w euro (od nas 7,50). Dowiaduję się, że posiadacze Karty Polaka mają preferencyjne ceny połączeń. Płacą mniej ojro. W wagonie dwie eleganckie panie, chyba rosyjskojęzyczne, a może mówią po białorusku lub ukraińsku? Zawsze łapię się na tym, że uogólniam, ponieważ nie znam żadnego z wyżej wymienionych języków. Obok młody człowiek, najpewniej student z Azji. Jako jedyny okazał się później prawdziwym dżentelmenem i pomógł mi zdjąć walizkę.

Punktualnie o 20:03 słychać gwizd. Jedziemy. Wyciągam książkę „Transsyberyjska” i zaczynam sobie czytać. W wagonie cicho jak nigdy. Docieramy do Łap. Postój wydaje się dziwnie długi, ale początkowo nikt nie zwraca na to uwagi. Jednak zapowiedź z megafonów wytrąca nas z równowagi. Przynajmniej wewnętrznie, ponieważ reakcje podróżnych są zdecydowanie nieadekwatne do wielkości problemu. Siedzimy cicho! Pociąg ma mianowicie awarię, panowie będą pracować i informować nas na bieżąco. W wagonie tylko westchnięcie. Po prawie godzinnym oczekiwaniu, dwukrotnym wyłączeniu zasilania i siedzenia w ciemnościach, dopóki nie uruchomi się na nowo, dociera do nas komunikat, że pociąg ma jednak sporą awarię i będziemy się cofać do Białegostoku, żeby przesiąść się do nowego składu. Syk wściekłości. I słuszne pytania – jak mamy się cofnąć, skoro pociąg nie chce ruszyć? I właściwie jaki mistrz logistyki wpadł na tenże pomysł? Czy nie lepiej było wysłać nowy pociąg do Łap? PKP nie raz już nas zaskoczyły, dlatego i tym razem trudno wytłumaczyć to zachowanie w sposób racjonalny. Zaczynamy się cofać. Z prędkością 7, no, może 8 km/h. Po niecałych 100 metrach okazuje się, że jednak nie damy rady. I że będziemy czekać na nowy skład, który dojedzie do Łap. Brawo WY, logistycy z PKP! Na zewnątrz wciąż leje, jednak co odważniejsi zbierają się do wyjścia na peron. Przecenili jednak naszą kolej – na nowy skład przyszło nam poczekać. A kiedy w końcu światła zamajaczyły na horyzoncie, pani z dworca w Łapach radośnie oznajmiła, iż cud techniki DART wjedzie na inny peron. Czyli ten, na który można dotrzeć przez kładkę. Tłum ludzi rzucił się zatem na schody i pakuje się z walizami na wyższy poziom. Ci bardziej zirytowani z premedytacją łamią prawo i przebijają się przez tory. Zajmujemy miejsca w kolejnym DARCIE. Ci sami ludzie, te same miejscówki. Jakby nic się nie stało. Z megafonu płynie wiadomość, że ktoś w pośpiechu zapomniał o swoim e-booku. Można go odebrać u konduktora. Ten ktoś pewnie skacze ze szczęścia. Wars przeżywa oblężenie – najlepiej schodzi Żywiec Białe i Marcowe. Trochę kawy. Ludzie zachwyceni. A kasa dla PKP płynie… Jednak i ten postój trwa dziwnie długo. W końcu ten straszny dźwięk „ding dong” rozbrzmiewa na nowo. Ten skład również ma problem. Drzwi odmawiają posłuszeństwa. O zgrozo… Ponownie wyłączają zasilanie, ponownie próbują rozwiązać problem. Powtórka z rozrywki, ale pora zdecydowanie mniej zabawna, gdyż już dawno powinniśmy byli dotrzeć do stolicy. A my tkwimy w Łapach. Pewnie większość z nas zalicza mniej lub bardziej świadomie swój najdłuższy pobyt na łapskim gruncie. Staram się czytać książkę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten reportaż o podróży koleją transsyberyjską jakoś dziwnie pasuje do zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że „Morderstwo w Orient Expressie” przeczytałam już dawno temu. Pani po przeciwnej stronie nie wytrzymuje – zaczyna mówić, że ten maszynista jest jakiś lewy, skoro nie umie obsłużyć nowego pociągu. A może nawet i jest pijany! Ludzie patrzą na panią lekko z ukosa, ale nikt nie wdaje się w dyskusję. 22:48 – hurra! Wyruszamy! Przypomnę tylko, że planowo miałam dotrzeć na Wschodnią kwadrans po dwudziestej drugiej. Nasz cichy wagon nagle ożywa. Studenci obowiązkowo na cały regulator zaczynają rozprawiać o mieszkaniach, które wynajmują w stolicy. Tonem znawcy oceniają stołeczne dzielnice i chyba bardzo chcą, żeby cały wagon wszystkiego się o nich dowiedział. Ciocia dobra rada – nigdy nie wiecie, z kim jedziecie. Może podróżuje z Wami Wasz wykładowca? Poza tym nadawanie w pociągu na cały regulator o swoim prywatnym życiu jest niekulturalne. Chłopak obok mnie rozmawia przez telefon o sortowaniu prania na stancji. Okazuje się, że według jego współlokatorki pranie kolorowe ma barwy czerwone i różowe. Niebieski kolorowy nie jest. I szlus. Chrzanić ekologię, mieszania prania nie będzie! Mkniemy 120 km/h – to jest ta nowa jakość na kolei… Z głośników gruchnęła nowina, że w ramach rekompensaty można otrzymać napój gratis. Pasażerowie pielgrzymują do Warsa, jest jakieś zajęcie. Około godziny 00:50 docieramy na Wschodnią. Ja wysiadam. Na szczęście.

Jutro idę na dworzec złożyć reklamację. W sumie nie łudzę się, że PKP zwrócą mi chociaż część pieniędzy za bilet. Już kiedyś próbowałam – ponad 140 minut opóźnienia, ponieważ lokomotywa zepsuła się na… Wschodniej. Nie w szczerym polu, ale tuż obok wielkiego dworca. Wówczas PKP uznały, że to nie była ich wina. I kasy nie zwrócą. Ciekawe, co odpowiedzą mi tym razem :) Liczę na Waszą kreatywność, drogie PKP!

DARTY z bydgoskiej PESY jeżdżą niecały rok. I już mamy awarie składów. Przestałam się dziwić, że Niemcy przez tyle czasu nie chcieli przyznać pociągom z Bydgoszczy homologacji.

Mimo wszystko nie przesiądę się do autobusów. W pociągu mogę przynajmniej czytać książki! I może później Wam o nich napiszę :)

różne

Chodząc po mieście natrafiamy na wiele drobnych elementów, które nie przystają do żadnej sensownej kategorii. Stąd też odświeżam nieco zapomnianą przeze mnie samą kategorię „absurdy i bzdety” :)

Dziś w programie:

1. Kot na Węglówce

IMG_1939

2. Chopin na Marczukowskiej

IMG_2348

3. Malowane domy na Dąbrowskiego

IMG_2359

IMG_2360

4. Szablony na rogu Alei Piłsudskiego i Dąbrowskiego

IMG_2357

IMG_2358

5. Klocki na Lipowej

IMG_3036

6. Serce na Bohaterów Getta

IMG_3039

Jechałam PKP IC BUSEM. Nie polecam. Bardzo nie polecam.

Decyzję o zamknięciu na ponad rok dwutorowej linii kolejowej na trasie Warszawa-Białystok od początku uważałam za irracjonalną, czemu wielokrotnie dałam upust na moim blogowym fanpejdżu. Nadszedł jednak moment, kiedy od słów trzeba było przejść do czynów – jakoś musiałam przecież dotrzeć do Białegostoku na Wszystkich Świętych. Spodziewając się tłumów podróżnych kupiłam bilet tam i z powrotem z dużym wyprzedzeniem czasowym (już na początku października), mając nadzieję, że w ten sposób zagwarantuję sobie pewne miejsce siedzące, a poza tym wybiorę miejsce w przedniej części autobusu ( z uwagi na moją chorobę lokomocyjną nie mogę siedzieć z tyłu, taki lajf). Wszystko wydawało się być załatwione. Bańka pękła jednak w piątek 31.10. Posłuchajcie mojej historii …

PKP IC BUS, połączenie bezpośrednie, odjazd – Warszawa Centralna, piątek, 31.10.2014 roku, godzina 8:00. Planowany przyjazd do Białegostoku o godzinie 11:00. Bagaż: mała walizka, laptop (zmieściłby się do walizki, ale przecież nie włożę go do luku bagażowego w autobusie), torebka.

W piątkowy poranek wybrałam się na dworzec centralny. Mieszkam w Śródmieściu, więc spokojnie i bez pośpiechu udałam się pieszo w stronę dworca. Autobusy bezpośrednie do Białegostoku odjeżdżają z peronu nr 24 między dworcem z Złotymi Tarasami. Znam ten przystanek, wielokrotnie wsiadałam na nim do autobusu miejskiego linii 160. Na peronie tłum ludzi, wszyscy z bagażami. Co chwila podjeżdżają kolejne autobusy nr 160, to przecież piątek, poranne godziny szczytu. Z autobusów wysypują się kolejne tłumy ludzi i przepychają się między nami. Widać, że są źli, ale trudno się dziwić – trudno pokonać grupę pasażerów uzbrojonych w walizki. Wybija godzina 8:00, autobus PKP wciąż nie podjeżdża. W grupie rośnie nerwowość, coraz więcej osób wymownie zerka na zegarki. „No i gdzie ten autobus? Miał już przecież odjeżdżać!” Godzina 8:05. Podstawia się PKP IC BUS. Kierowca, pan po pięćdziesiątce, żwawo wysiada i otwiera nam luk bagażowy, oczywiście tylko z jednej strony, ponieważ na peron regularnie podjeżdża 160, co kilka minut przemyka też autobus linii 109. Wsadzam walizkę do luku, choć dopchać się nie było łatwo. Czekam grzecznie w kolejce do konduktora, chcę w końcu usiąść, poza tym laptop zaczyna ważyć tonę i prawe ramię sięga coraz bliżej ziemi. Nagle dochodzi do mnie okrzyk konduktora: „Osoby z biletami w kolejce, osoby bez biletów po drugiej stronie!”. No pięknie! Zaczyna się wędrówka ludów po wąskim peronie autobusowym. Konduktor nie wie, ile miejsc w autobusie jest wolnych, nie potrafi zatem udzielić informacji, ilu spontanicznych pasażerów zmieści się w środku. Mnie udaje się w końcu wejść, zajmuję moje miejsce numer 26 i czekam. Dochodzi godzina 8:30. Czekamy dalej. W końcu pewna pani z końca autobusu krzyczy: „Panie kierowco, co z tym opóźnieniem?!”, na co pan kierowca odkrzykuje „Niech Pani siedzi i nie przeszkadza!”. Wszyscy spoglądają po sobie ze zdziwieniem, bo co to za odzywka? Miłe dotychczas panie emerytki (pani Krysia i pani Stasia, jadą do Czarnej Białostockiej, pierwszy raz autobusem, należą do grupy szczęśliwców, którym udało się załapać na nasz kurs bez wcześniejszej rezerwacji biletu; siedzą za mną i cieszą się, że toaleta jest tuz obok nich – „Jaka to wygoda!”) wszczynają wojnę: „Co za baba! Nie denerwować nam pana kierowcy! Cieszy się, że siedzi, a nie wymądrzać się będzie! Trzeba było sobie taksówkę zamówić, jak paniusiu nie pasuje!”. Pani z końca autobusu wstaje i udaje się do pana kierowcy, jest wyraźnie zła. W duchu ją popieram, ale nie mam ochoty się udzielać (wyjątkowo, bo jeśli o sprawiedliwość chodzi, to pierwsza wkraczam do akcji – tym razem jednak wcielam się w rolę obserwatora). Kierowca odkrzykuje, że on nic nie wie, on jest tylko kierowcą, a wszystkie uwagi do konduktora. Sęk w tym, że go nie ma. Zniknął. Wracając pani z tyłu zwraca się jeszcze do pań emerytek, że nie mają racji. Panie emerytki tylko na to czekają. Znowu zaczyna się popis erudycji: „Na policję z nią! Straż miejską wzywać! Takich pasażerów się wyrzuca, nie chcemy z Panią jechać! Denerwuje nam pana kierowcę!”, po czym jedna do drugiej mówi po cichu: „Po co tam polazła! Stara pinda!”. Jestem w szoku. Kolejny dociekać prawdy chce pewien pan z tyłu. Udaje się do kierowcy, krzyczy, kierowca krzyczy na niego, nic sie nie wyjaśnia, a my wciąż nie wiemy, co jest grane. Dochodzi 8:40. Panie emerytki nie oszczędzają i tego pana: „Co za typ! Ogoliłby się facet! A nie taki zarośnięty łazi! Jak lump! Policję na niego! Niech wysiada!”. Pan ze stoickim spokojem zwraca się do emerytek: „Nie mają panie racji, a obowiązkiem kierownika pociągu jest poinformowanie o przyczynie opóźnienia”. Pani Stasia jest wyraźnie w swoim żywiole i próbuje postawić człowieka do pionu: „Przeżegna się niech! Dobrze to Panu zrobi! Wszak Polak to katolik, tak mówią!”. Jestem w jeszcze większym szoku i nie mam wątpliwości, że panie emerytki są nieprzewidywalne i niebezpieczne. W końcu odwracam się do nich i moim nieznoszącym sprzeciwu głosem mówię, że nam przeszkadzają i powinny już skończyć. Panie o dziwo zamykają buzię i nie wyzywają mnie, nie nasyłają na mnie również policji. Wybija 8:50. ODJEŻDŻAMY! 50 minut opóźnienia na wstępie – nawet podstawiony autobus PKP nie potrafi odjechać o czasie. Pan kierowca zabiera głos przez mikrofon i tłumaczy nam wszystko dokładnie: „Z mojej strony mogę Państwa jedynie przeprosić. Ja jestem tylko kierowcą, zatrudnia mnie PKP IC i do nich należy kierować wszystkie skargi. Moim obowiązkiem jest podstawienie autobusu 5 minut przed odjazdem i dowiezienie Państwa bezpiecznie na miejsce. To konduktorzy nie wiedzą, jak sprzedawać i rozliczać te bilety, poza tym muszą mi donieść kartę odjazdu do podpisu, a ja nie mam na to wpływu. Mam za to problem, bo mogę stać przy dworcu tylko 5 minut, a stałem 40 („50 minut Pan stał!” – dobiega z końca autokaru) i teraz będę mieć trudności z rozliczeniem czasu pracy”. Panie emerytki wiwatują na cześć kierowcy. Całe szczęście, że korki tworzą się rano w stronę Warszawy, a nie na wylocie. Dzięki temu w Białymstoku jesteśmy z opóźnieniem 30 minut, a nie 50 … Komfort jazdy autokarem jest w moim wypadku żaden – mam długie nogi, nieskromnie przyznam, i trudno mi się zmieścić w tak wąskich siedzeniach. Poza tym moja jedyna rozrywka to słuchanie muzyki i jedzenie gumy do żucia. Nie ma mowy o czytaniu … A tyle książek przeczytałam w moim życiu właśnie w pociągu!

Wnioski: Peron nr 24 nie nadaje się do odprawiania autobusów dalekobieżnych. Nierealny jest również pięciominutowy czas postoju. Wsiadanie do autobusu trwa długo. Brak kontroli konduktorów nad liczbą wolnych miejsc w autobusie jest w XXI wieku zatrważający.

PKP IC BUS, połączenie mieszane – pociąg do Małkini, autobus z Małkini do Warszawy, odjazd – Białystok, niedziela, 02.11.2014 roku, godzina 16:45. Planowany przyjazd do Warszawy Centralnej o godzinie 19:45. Bagaż: mała walizka, laptop (zmieściłby się do walizki, ale przecież nie włożę go do luku bagażowego w autobusie), torebka.

Pociąg do Małkini czeka na peronie 3. Wagony są numerowane, ale nie ma wśród nich wagonu numer 10, a taki widnieje na moim bilecie. Pytam konduktora, co jest grane, po czym otrzymuję odpowiedź, że wsiadamy jak chcemy, bo to tylko godzinka do Małkini , a później autobusy. Wsiadam zatem do drugiego wagonu. W międzyczasie przybywa ludzi, szukają swoich miejscówek, część z nich również ma przydzielony wagon widmo o numerze 10 i dopytuje, co zrobić. Odjeżdżamy z małym opóźnieniem – czekamy 5 minut na Ełk, który wyrusza ze Starosielc. Pan konduktor wita nas w pociągu, zapewnia, że odpowie na wszystkie nasze pytania. Zbliża się stacja docelowa, a u nas kontroli biletów jeszcze nie było. Panowie konduktorzy biegają jak opętani, a gdy jeden z pasażerów zadaje pytanie o połączenie autobusowe, drugi pan konduktor krzyczy z końca korytarza: „Co on Ci tam dupę zawraca! Sprawdzaj bilety, niech Ci nie marudzi!”. Szacunek do pasażera należny … Doczekaliśmy się kontroli. Pytam, czy autobusy są jakoś numerowane. Naiwna … Natychmiast wyprowadzają mnie z błędu: „Będzie pięć lub sześć autobusów, dwa już stoją, później dojadą pozostałe. Trzeba biec, tam prosto i dalej pokierują!”. Zaczynam się obawiać, ale nie spodziewam się jeszcze, co na mnie czeka na parkingu. Dużo ludzi jedzie dalej do Katowic, zależy im na czasie. „Tych do Katowic trzeba dać do pierwszych busów, to szybciej odjadą!” – obwieszcza pan konduktor, ale nie ma nad nami żadnej kontroli. Dowiedziałam się, że posiadając sprawdzony już w pociągu bilet po prostu wsiadam do autobusu. Trochę mnie to ucieszyło, zawsze to jedna kontrola mniej i mniej zmarnowanego czasu. Wysiadamy w Małkini. Cały peron biegnie do przodu, później przez tory, później po trawie, hopsipopsi, jesteśmy na parkingu! A tam? Dwa prawie pełne autobusy! Przecież w Małkini też wsiadają ludzie! Konsternacja! Biegnę do drugiego autobusu, a tam zator. Konduktor nie wpuszcza i robi problemy. Czepia się do nas: „Gdzie tu stoi? Problemy tylko robi!” – „My robimy problemy?” – „Jak się nie podoba, to trzeba zmienić przewoźnika!” – odpowiada nam konduktor. Sam nie wierzy w powodzenie tej akcji. Słuszna rada na przyszłość! „My tu na żadną numerację nie patrzymy, ma chodzić o czasie, wsiadać jak leci!” – pogania nas pan konduktor. Przy autobusie kręci się dziewczyna z informacji. Pytam ją, kiedy podstawią się kolejne autobusy, na co słyszę: „No kiedy te się zapełnią!” Zastanawiam się, czy pakować mój bagaż, bo niby jaką mam pewność, że zmieszczę się do autobusu drugiego? Nie mam żadnej. Pytam dziewczynę z informacji, co się stanie, jeśli włożę bagaż, a autobus pojedzie beze mnie, bo nie starczy w nim miejsc? „Bagaż będzie na Panią czekał na Centralnym” – odpowiada blond dziewczyna z informacji. Czuję, że się nie dogadamy … Postanawiam ryzykować i pakuję bagaż w wolną przestrzeń luku po drugiej stronie wejścia. Koło drzwi wciąż zator. Mam tego dość, nie mam ochoty czekać na kolejny autobus, o którym nie wiem, kiedy będzie. Krzyczę do pana konduktora: „Rozumiem, że ze sprawdzonym biletem z pociągu wsiadamy od razu, tak?” – „Tak, tak!” – „Spoko, to ja mam sprawdzony bilet, przepraszam!”. I wsiadłam, udało mi się nawet dorwać piąte wolne miejsce, nawet z przodu. Szczęście w nieszczęściu. Pierwszy autobus odjechał, a przed nami ukazuje się chmara ludzi. Myślą, że nas autobus jest pusty, nie widzieli go wcześniej … Niestety, wolnych miejsc brak. Kierowca, tym razem facet po trzydziestce (słuchamy radia RMF) mówi, że wcześniej niż na 20:30 nie dojedziemy. Są korki od Wyszkowa. Nagle jeden z pasażerów krzyczy: „A gówno mnie to obchodzi! Mam pociąg do Katowic o 20:05. Do roboty jadę. Jak nie zdążę, to wam rozniosę ten Centralny!!! Trzymać Katowice!!!” Trudno się na niego gniewać, ma facet rację. Korki w międzyczasie się rozwiązały, docieramy o czasie i blokujemy cały pas przy Centralnym. Taksówki na nas trąbią. Sorry, taki mamy klimat!

Wnioski: Opłaca się wsiadać do pierwszych wagonów – szybciej dobiegniemy do parkingu w Małkini. Ale ogólnie nie opłaca się korzystać z tego połączenia. Ja miałam szczęście, załapałam się do drugiego autobusu. Nie wiem, ile czekano na kolejne busy, jak długo trwało wsiadanie do nich. Ale na pewnie nie dojechały na czas na Centralny. PKP nie potrafią przypisać miejsca pasażerowi. Panuje rozgardiasz, obowiązuje zasada „do biegu, gotowi, start!”. Kupiony z dużym wyprzedzeniem bilet nie gwarantuje niczego. Naprawdę nie rozumiem, jak można reprezentować takie braki w logistyce! Nie mam gwarancji, że usiądę. Nie mam gwarancji, że dojadę na czas. To szajs!

Podsumowanie: Zapamiętajcie, że to nasi lokalni politycy przyklasnęli idei zamknięcia linii kolejowej na ponad rok. Remont 30 kilometrów torów poprawi jakość podróży w pociągach Kolei Mazowieckich. My mamy jeździć w grudniu 2015 roku 2 h 30 min. W czasach licealnych jeździłam 2 h 15 min. Nie było nowoczesnych skrzyżowań bezkolizyjnych, które obiecuje nam plakat na dworcu. Nie było nowych peronów. Ale był czas, o którym długo jeszcze będziemy marzyć. XXI wiek, UE. Dwutorowa linia, na remont której pieniądze czekają od 2007 roku. DWUTOROWA LINIA prowadząca do 300-tysięcznego miasta, łącząca Białystok z Warszawą (centrum przesiadkowe w każdą stronę prócz Białorusi i Litwy). Wybory już 16.11.2014 roku. Jeśli uda Wam się dojechać …

Leci balon …

Poniższe zdjęcia nadają się chyba tylko do kategorii „Absurdy i bzdety”, którą to w ostatnim czasie bez wątpienia zaniedbałam. Można odnieść wrażenie, że w Białymstoku nie dzieje się nic absurdalnego, a to przecież nieprawda, bo całe to miasto stopniowo zaczyna przypominać jeden wielki absurd. Pewnej letniej niedzieli wybrałam się na wieczorną rundę rowerem. Oczom nie mogłam uwierzyć, kiedy zrobiłam zbliżenie wielkiego czerwonego balonu nad dachami bloków przy ulicy Białówny. No bo jak wytłumaczyć taki osobliwy nadruk? Pytałam Was o to na gorąco na fb, ale oprócz trafnych żartów nie pojawiły się żadne konkrety, więc spróbuję dotrzeć z pytaniem do szerszego grona odbiorców. Skąd ten balon w Białymstoku?

IMG_2351

IMG_2352

 

zgadywanki

Nie wiem, jaka jest dziś pogoda w Białymstoku. W Warszawie jest ciemno i leje. I tak w sumie od kilku dni. Na poprawę nastroju mam dla Was zagadkę z przymrużeniem oka :) Jaka to marka i jaki to model samochodu pod banderą Jardu? :) Co jak co, ale jednak mało jest takich nietypowych aut w Białymstoku ;)

IMG_1985

Chodnikowy rozweselacz :)

Wprawdzie już trochę zbladł (latem był jeszcze intensywnie fioletowy), ale wciąż miło na niego spojrzeć :) Na jednym z chodników przy ulicy Radzymińskiej znajdziemy taką zabawną „buźkę”. Wiem, że to nic specjalnego, ale zawsze mnie rozwesela, kiedy tamtędy przechodzę. Patrzcie zatem pod nogi, może i Wy coś dostrzeżecie :)

IMG_1436