Nowa jakość na kolei: 2 wadliwe DARTY, 5 godzin na trasie Białystok-Warszawa

Lubię podróżować pociągiem. Wiecie o tym, ponieważ przy okazji remontu fragmentu linii kolejowej łączącej Białystok z Warszawą dotkliwie odczułam brak połączeń kolejowych na tej trasie i nie raz dałam upust mojej złości i rozgoryczeniu na blogu. Rzadko jednak opisuję moje doświadczenia z podróży, chociaż zaliczam się do starych wyjadaczy , którzy nie jedno w pociągu przeżyli. Jechałam już kiedyś na przykład z całym przedziałem rosyjskojęzycznych żołnierzy oraz z wagonem młodzieży z wymiany polsko-francuskiej. Regularnie kursowałam kiedyś pociągiem InterRegio Żubr z dworca Zachodniego, który wyruszał do Białegostoku późno wieczorem i w którym często jeździło podejrzane towarzystwo. Kilka awarii też mam na swoim koncie, choć może nie tak dramatycznych jak Janusz, któremu już trzy razy zdarzyło się stać w szczerym polu przez zdesperowanych pociągowych samobójców… Moja ostatnia podróż do Warszawy pozostanie mi jednak z pewnością na długo w pamięci, ponieważ była chyba najbardziej spektakularna. Pięć godzin, w tym ponad dwie postoju w Łapach. To chyba mój najdłuższy pobyt w tej miejscowości…

Zatem… 1 listopada wsiadłam do pociągu PESA DART numer 10111. Planowy odjazd z Białegostoku – godzina 20:03. Deszcz leje niemiłosiernie, jednak drzwi do pociągu pozostają nieugięte na czułe naciski przemokniętych pasażerów. Irytacja tym większa, że w środku są już jacyś ludzie. Drzwi musiały ich zatem wcześniej wysłuchać… Pan techniczny w końcu załapał, że coś nie gra, biegnie zatem do, jak mówi, chłopaków, bo coś im tam nie działa. Hurra. Po chwili sezam otwiera się i zajmujemy nasze dawno już zabukowane miejsca. W DARCIE powiew wielkiego świata – na ekranach lecą reklamy podróży po Europie pociągiem InterRail. Za chwilę zachęcają nas do podróży pociągiem z Krakowa/Warszawy/Białegostoku/Kuźnicy Białostockiej do białoruskiego Grodna. Ceny światowo zapodane w euro (od nas 7,50). Dowiaduję się, że posiadacze Karty Polaka mają preferencyjne ceny połączeń. Płacą mniej ojro. W wagonie dwie eleganckie panie, chyba rosyjskojęzyczne, a może mówią po białorusku lub ukraińsku? Zawsze łapię się na tym, że uogólniam, ponieważ nie znam żadnego z wyżej wymienionych języków. Obok młody człowiek, najpewniej student z Azji. Jako jedyny okazał się później prawdziwym dżentelmenem i pomógł mi zdjąć walizkę.

Punktualnie o 20:03 słychać gwizd. Jedziemy. Wyciągam książkę „Transsyberyjska” i zaczynam sobie czytać. W wagonie cicho jak nigdy. Docieramy do Łap. Postój wydaje się dziwnie długi, ale początkowo nikt nie zwraca na to uwagi. Jednak zapowiedź z megafonów wytrąca nas z równowagi. Przynajmniej wewnętrznie, ponieważ reakcje podróżnych są zdecydowanie nieadekwatne do wielkości problemu. Siedzimy cicho! Pociąg ma mianowicie awarię, panowie będą pracować i informować nas na bieżąco. W wagonie tylko westchnięcie. Po prawie godzinnym oczekiwaniu, dwukrotnym wyłączeniu zasilania i siedzenia w ciemnościach, dopóki nie uruchomi się na nowo, dociera do nas komunikat, że pociąg ma jednak sporą awarię i będziemy się cofać do Białegostoku, żeby przesiąść się do nowego składu. Syk wściekłości. I słuszne pytania – jak mamy się cofnąć, skoro pociąg nie chce ruszyć? I właściwie jaki mistrz logistyki wpadł na tenże pomysł? Czy nie lepiej było wysłać nowy pociąg do Łap? PKP nie raz już nas zaskoczyły, dlatego i tym razem trudno wytłumaczyć to zachowanie w sposób racjonalny. Zaczynamy się cofać. Z prędkością 7, no, może 8 km/h. Po niecałych 100 metrach okazuje się, że jednak nie damy rady. I że będziemy czekać na nowy skład, który dojedzie do Łap. Brawo WY, logistycy z PKP! Na zewnątrz wciąż leje, jednak co odważniejsi zbierają się do wyjścia na peron. Przecenili jednak naszą kolej – na nowy skład przyszło nam poczekać. A kiedy w końcu światła zamajaczyły na horyzoncie, pani z dworca w Łapach radośnie oznajmiła, iż cud techniki DART wjedzie na inny peron. Czyli ten, na który można dotrzeć przez kładkę. Tłum ludzi rzucił się zatem na schody i pakuje się z walizami na wyższy poziom. Ci bardziej zirytowani z premedytacją łamią prawo i przebijają się przez tory. Zajmujemy miejsca w kolejnym DARCIE. Ci sami ludzie, te same miejscówki. Jakby nic się nie stało. Z megafonu płynie wiadomość, że ktoś w pośpiechu zapomniał o swoim e-booku. Można go odebrać u konduktora. Ten ktoś pewnie skacze ze szczęścia. Wars przeżywa oblężenie – najlepiej schodzi Żywiec Białe i Marcowe. Trochę kawy. Ludzie zachwyceni. A kasa dla PKP płynie… Jednak i ten postój trwa dziwnie długo. W końcu ten straszny dźwięk „ding dong” rozbrzmiewa na nowo. Ten skład również ma problem. Drzwi odmawiają posłuszeństwa. O zgrozo… Ponownie wyłączają zasilanie, ponownie próbują rozwiązać problem. Powtórka z rozrywki, ale pora zdecydowanie mniej zabawna, gdyż już dawno powinniśmy byli dotrzeć do stolicy. A my tkwimy w Łapach. Pewnie większość z nas zalicza mniej lub bardziej świadomie swój najdłuższy pobyt na łapskim gruncie. Staram się czytać książkę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten reportaż o podróży koleją transsyberyjską jakoś dziwnie pasuje do zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że „Morderstwo w Orient Expressie” przeczytałam już dawno temu. Pani po przeciwnej stronie nie wytrzymuje – zaczyna mówić, że ten maszynista jest jakiś lewy, skoro nie umie obsłużyć nowego pociągu. A może nawet i jest pijany! Ludzie patrzą na panią lekko z ukosa, ale nikt nie wdaje się w dyskusję. 22:48 – hurra! Wyruszamy! Przypomnę tylko, że planowo miałam dotrzeć na Wschodnią kwadrans po dwudziestej drugiej. Nasz cichy wagon nagle ożywa. Studenci obowiązkowo na cały regulator zaczynają rozprawiać o mieszkaniach, które wynajmują w stolicy. Tonem znawcy oceniają stołeczne dzielnice i chyba bardzo chcą, żeby cały wagon wszystkiego się o nich dowiedział. Ciocia dobra rada – nigdy nie wiecie, z kim jedziecie. Może podróżuje z Wami Wasz wykładowca? Poza tym nadawanie w pociągu na cały regulator o swoim prywatnym życiu jest niekulturalne. Chłopak obok mnie rozmawia przez telefon o sortowaniu prania na stancji. Okazuje się, że według jego współlokatorki pranie kolorowe ma barwy czerwone i różowe. Niebieski kolorowy nie jest. I szlus. Chrzanić ekologię, mieszania prania nie będzie! Mkniemy 120 km/h – to jest ta nowa jakość na kolei… Z głośników gruchnęła nowina, że w ramach rekompensaty można otrzymać napój gratis. Pasażerowie pielgrzymują do Warsa, jest jakieś zajęcie. Około godziny 00:50 docieramy na Wschodnią. Ja wysiadam. Na szczęście.

Jutro idę na dworzec złożyć reklamację. W sumie nie łudzę się, że PKP zwrócą mi chociaż część pieniędzy za bilet. Już kiedyś próbowałam – ponad 140 minut opóźnienia, ponieważ lokomotywa zepsuła się na… Wschodniej. Nie w szczerym polu, ale tuż obok wielkiego dworca. Wówczas PKP uznały, że to nie była ich wina. I kasy nie zwrócą. Ciekawe, co odpowiedzą mi tym razem :) Liczę na Waszą kreatywność, drogie PKP!

DARTY z bydgoskiej PESY jeżdżą niecały rok. I już mamy awarie składów. Przestałam się dziwić, że Niemcy przez tyle czasu nie chcieli przyznać pociągom z Bydgoszczy homologacji.

Mimo wszystko nie przesiądę się do autobusów. W pociągu mogę przynajmniej czytać książki! I może później Wam o nich napiszę :)

Reklamy