pocztówki (30)

Wczoraj moi Rodzice byli na przedstawieniu w Białostockim Teatrze Lalek. Moja w tym sprawka, ponieważ lubię czasem powyszukiwać jakieś ciekawe wydarzenia kulturalne w Białymstoku, chociaż sama nie mam możliwości skorzystania z większości z nich. Pisałam już kiedyś w notatce Wspierajmy kulturę! W Białymstoku też! o moich ulubionych kulturalnych miejscach w naszym mieście, które staram się odwiedzać przy każdej możliwej okazji, ale jednak co innego wpaść do Białegostoku na kilka dni, a co innego mieszkać w nim na co dzień i mieć wszystkie bieżące atrakcje na wyciągnięcie ręki. Żyjąc w Warszawie mam oczywiście dostęp do niezliczonej ilości kulturalnych eventów, jednak wciąż łaskawym okiem spoglądam na to, co dzieje się w Białymstoku. Paradoksalnie czasem mniej wcale nie oznacza gorzej. W dużych ośrodkach kulturalnych wachlarz wydarzeń jest tak bogaty, że często przeciętny pracujący na etacie człowiek nie jest w stanie trzymać ręki na pulsie i korzystać ze wszystkich wartościowych spotkań, prelekcji, spektakli, wystaw i całej plejady innych atrakcji. Natomiast żyjąc w Białymstoku można moim zdaniem bardziej doceniać wszelkie działania na polu kulturalnym, ponieważ nie ma ich AŻ tyle, co nie oznacza, że jest ich TAK mało (jak zdarza mi się przeczytać czy też usłyszeć). Nierzadko ludzie narzekają, że nic, tylko marazm (bo tak najłatwiej), ale zapytani, czego tak naprawdę oczekiwaliby od oferty kulturalnej Białegostoku, nie potrafią nawet nazwać swoich rzeczywistych preferencji. Mnie cechuje jednak lokalny patriotyzm, który niejako wręcz nakazuje mi wspierać działania lokalne. Dlatego korzystam zarówno z wydarzeń kulturalnych w Warszawie (zazwyczaj po ostrej selekcji), jak też i tych w Białymstoku (przy okazji niemalże wszystkich moich pobytów w hajmacie). Białostocki Teatr Lalek to zazwyczaj pierwsza myśl towarzysząca planowaniu czasu wolnego w Białymstoku („Oby podczas mojego pobytu akurat coś grali!”). Już jako dziecko uwielbiałam tam chodzić na przedstawienia dla dzieci. W sumie pewnie i dziś chętnie zobaczyłabym klasyczny kukiełkowy spektakl jak za dawnych lat. Darzę to miejsce wielkim sentymentem i cenię wszelkie przedsięwzięcia BTL-u. A wśród domowych szpargałów znalazłam nawet zestaw dziewięciu pocztówek z ujęciami z przedstawień naszego teatru lalek. Nawet pamiętam, jak prosiłam moją Mamę, żeby mi je kupiła :) Jedną z pocztówek kiedyś wysłałam, ale osiem pozostało do dziś. Wspomnień czar :)

img_6914

img_6915

Reklamy

Nowa jakość na kolei: 2 wadliwe DARTY, 5 godzin na trasie Białystok-Warszawa

Lubię podróżować pociągiem. Wiecie o tym, ponieważ przy okazji remontu fragmentu linii kolejowej łączącej Białystok z Warszawą dotkliwie odczułam brak połączeń kolejowych na tej trasie i nie raz dałam upust mojej złości i rozgoryczeniu na blogu. Rzadko jednak opisuję moje doświadczenia z podróży, chociaż zaliczam się do starych wyjadaczy , którzy nie jedno w pociągu przeżyli. Jechałam już kiedyś na przykład z całym przedziałem rosyjskojęzycznych żołnierzy oraz z wagonem młodzieży z wymiany polsko-francuskiej. Regularnie kursowałam kiedyś pociągiem InterRegio Żubr z dworca Zachodniego, który wyruszał do Białegostoku późno wieczorem i w którym często jeździło podejrzane towarzystwo. Kilka awarii też mam na swoim koncie, choć może nie tak dramatycznych jak Janusz, któremu już trzy razy zdarzyło się stać w szczerym polu przez zdesperowanych pociągowych samobójców… Moja ostatnia podróż do Warszawy pozostanie mi jednak z pewnością na długo w pamięci, ponieważ była chyba najbardziej spektakularna. Pięć godzin, w tym ponad dwie postoju w Łapach. To chyba mój najdłuższy pobyt w tej miejscowości…

Zatem… 1 listopada wsiadłam do pociągu PESA DART numer 10111. Planowy odjazd z Białegostoku – godzina 20:03. Deszcz leje niemiłosiernie, jednak drzwi do pociągu pozostają nieugięte na czułe naciski przemokniętych pasażerów. Irytacja tym większa, że w środku są już jacyś ludzie. Drzwi musiały ich zatem wcześniej wysłuchać… Pan techniczny w końcu załapał, że coś nie gra, biegnie zatem do, jak mówi, chłopaków, bo coś im tam nie działa. Hurra. Po chwili sezam otwiera się i zajmujemy nasze dawno już zabukowane miejsca. W DARCIE powiew wielkiego świata – na ekranach lecą reklamy podróży po Europie pociągiem InterRail. Za chwilę zachęcają nas do podróży pociągiem z Krakowa/Warszawy/Białegostoku/Kuźnicy Białostockiej do białoruskiego Grodna. Ceny światowo zapodane w euro (od nas 7,50). Dowiaduję się, że posiadacze Karty Polaka mają preferencyjne ceny połączeń. Płacą mniej ojro. W wagonie dwie eleganckie panie, chyba rosyjskojęzyczne, a może mówią po białorusku lub ukraińsku? Zawsze łapię się na tym, że uogólniam, ponieważ nie znam żadnego z wyżej wymienionych języków. Obok młody człowiek, najpewniej student z Azji. Jako jedyny okazał się później prawdziwym dżentelmenem i pomógł mi zdjąć walizkę.

Punktualnie o 20:03 słychać gwizd. Jedziemy. Wyciągam książkę „Transsyberyjska” i zaczynam sobie czytać. W wagonie cicho jak nigdy. Docieramy do Łap. Postój wydaje się dziwnie długi, ale początkowo nikt nie zwraca na to uwagi. Jednak zapowiedź z megafonów wytrąca nas z równowagi. Przynajmniej wewnętrznie, ponieważ reakcje podróżnych są zdecydowanie nieadekwatne do wielkości problemu. Siedzimy cicho! Pociąg ma mianowicie awarię, panowie będą pracować i informować nas na bieżąco. W wagonie tylko westchnięcie. Po prawie godzinnym oczekiwaniu, dwukrotnym wyłączeniu zasilania i siedzenia w ciemnościach, dopóki nie uruchomi się na nowo, dociera do nas komunikat, że pociąg ma jednak sporą awarię i będziemy się cofać do Białegostoku, żeby przesiąść się do nowego składu. Syk wściekłości. I słuszne pytania – jak mamy się cofnąć, skoro pociąg nie chce ruszyć? I właściwie jaki mistrz logistyki wpadł na tenże pomysł? Czy nie lepiej było wysłać nowy pociąg do Łap? PKP nie raz już nas zaskoczyły, dlatego i tym razem trudno wytłumaczyć to zachowanie w sposób racjonalny. Zaczynamy się cofać. Z prędkością 7, no, może 8 km/h. Po niecałych 100 metrach okazuje się, że jednak nie damy rady. I że będziemy czekać na nowy skład, który dojedzie do Łap. Brawo WY, logistycy z PKP! Na zewnątrz wciąż leje, jednak co odważniejsi zbierają się do wyjścia na peron. Przecenili jednak naszą kolej – na nowy skład przyszło nam poczekać. A kiedy w końcu światła zamajaczyły na horyzoncie, pani z dworca w Łapach radośnie oznajmiła, iż cud techniki DART wjedzie na inny peron. Czyli ten, na który można dotrzeć przez kładkę. Tłum ludzi rzucił się zatem na schody i pakuje się z walizami na wyższy poziom. Ci bardziej zirytowani z premedytacją łamią prawo i przebijają się przez tory. Zajmujemy miejsca w kolejnym DARCIE. Ci sami ludzie, te same miejscówki. Jakby nic się nie stało. Z megafonu płynie wiadomość, że ktoś w pośpiechu zapomniał o swoim e-booku. Można go odebrać u konduktora. Ten ktoś pewnie skacze ze szczęścia. Wars przeżywa oblężenie – najlepiej schodzi Żywiec Białe i Marcowe. Trochę kawy. Ludzie zachwyceni. A kasa dla PKP płynie… Jednak i ten postój trwa dziwnie długo. W końcu ten straszny dźwięk „ding dong” rozbrzmiewa na nowo. Ten skład również ma problem. Drzwi odmawiają posłuszeństwa. O zgrozo… Ponownie wyłączają zasilanie, ponownie próbują rozwiązać problem. Powtórka z rozrywki, ale pora zdecydowanie mniej zabawna, gdyż już dawno powinniśmy byli dotrzeć do stolicy. A my tkwimy w Łapach. Pewnie większość z nas zalicza mniej lub bardziej świadomie swój najdłuższy pobyt na łapskim gruncie. Staram się czytać książkę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten reportaż o podróży koleją transsyberyjską jakoś dziwnie pasuje do zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że „Morderstwo w Orient Expressie” przeczytałam już dawno temu. Pani po przeciwnej stronie nie wytrzymuje – zaczyna mówić, że ten maszynista jest jakiś lewy, skoro nie umie obsłużyć nowego pociągu. A może nawet i jest pijany! Ludzie patrzą na panią lekko z ukosa, ale nikt nie wdaje się w dyskusję. 22:48 – hurra! Wyruszamy! Przypomnę tylko, że planowo miałam dotrzeć na Wschodnią kwadrans po dwudziestej drugiej. Nasz cichy wagon nagle ożywa. Studenci obowiązkowo na cały regulator zaczynają rozprawiać o mieszkaniach, które wynajmują w stolicy. Tonem znawcy oceniają stołeczne dzielnice i chyba bardzo chcą, żeby cały wagon wszystkiego się o nich dowiedział. Ciocia dobra rada – nigdy nie wiecie, z kim jedziecie. Może podróżuje z Wami Wasz wykładowca? Poza tym nadawanie w pociągu na cały regulator o swoim prywatnym życiu jest niekulturalne. Chłopak obok mnie rozmawia przez telefon o sortowaniu prania na stancji. Okazuje się, że według jego współlokatorki pranie kolorowe ma barwy czerwone i różowe. Niebieski kolorowy nie jest. I szlus. Chrzanić ekologię, mieszania prania nie będzie! Mkniemy 120 km/h – to jest ta nowa jakość na kolei… Z głośników gruchnęła nowina, że w ramach rekompensaty można otrzymać napój gratis. Pasażerowie pielgrzymują do Warsa, jest jakieś zajęcie. Około godziny 00:50 docieramy na Wschodnią. Ja wysiadam. Na szczęście.

Jutro idę na dworzec złożyć reklamację. W sumie nie łudzę się, że PKP zwrócą mi chociaż część pieniędzy za bilet. Już kiedyś próbowałam – ponad 140 minut opóźnienia, ponieważ lokomotywa zepsuła się na… Wschodniej. Nie w szczerym polu, ale tuż obok wielkiego dworca. Wówczas PKP uznały, że to nie była ich wina. I kasy nie zwrócą. Ciekawe, co odpowiedzą mi tym razem :) Liczę na Waszą kreatywność, drogie PKP!

DARTY z bydgoskiej PESY jeżdżą niecały rok. I już mamy awarie składów. Przestałam się dziwić, że Niemcy przez tyle czasu nie chcieli przyznać pociągom z Bydgoszczy homologacji.

Mimo wszystko nie przesiądę się do autobusów. W pociągu mogę przynajmniej czytać książki! I może później Wam o nich napiszę :)

„Ostatni obrońcy wiary” – Piotr Nesterowicz

Przeczytałam niedawno książkę, z której dowiedziałam się bardzo wiele na temat naszego regionu. Nie wiem, czy aby nie najwięcej, jeśli spojrzeć na inne pozycje literackie podejmujące podlaskie wątki. Właściwie każda strona przynosiła kolejne nieznane mi fakty i otwierała oczy na wiele spraw, o których wprawdzie gdzieś coś słyszałam, ale nie miałam na ich temat ugruntowanej wiedzy. Na literaturę Piotra Nesterowicza trafiłam całkiem przypadkiem. Pewnej soboty Dominika rzuciła hasło, że w warszawskim Wrzeniu Świata jest promocja na reportaże. Już widziałam siebie obładowaną nowymi książkami, bo przecież we Wrzeniu dają właściwe same reportaże… Nie wnikając w szczegóły, udałyśmy się razem do wspomnianej księgarni-kawiarni. Od dawna czytam właściwie tylko reportaże i klasykę. Zdarzają się jeszcze kryminały, ale te najlepsze już chyba przeczytałam, a co do polskich gwiazd tego gatunku przekonania nie mam. Wielokrotnie próbowałam na przykład przebrnąć przez twórczość pochodzącej z Podlasia Katarzyny Bondy, ale mniej więcej po jednej trzeciej książki odpuszczałam, stwierdzając, że dalsza lektura byłaby stratą czasu i nawet podlaskie wątki w historiach nie uratują sprawy. Czytając reportaże można poznać świat, dowiedzieć się czegoś o tych regionach, do których pewnie nigdy nie dotrę, ponieważ nie będę miała czasu, funduszy tudzież odwagi… Zatem czytam sobie o różnych miejscach i ekspedycjach, a jesień jest ku temu niezwykle sprzyjająca. Szczególnie tegoroczna, ponieważ niemalże codziennie leje deszcz.

Z Wrzenia wyszłam z jedną książką, gdyż promocja dotyczyła tylko jednego konkretnego wydawnictwa. Do wyboru było może z 10 pozycji. W tym „Cudowna”. W duchu śmiałam się, że chyba za bardzo skupiłam się na odległych krańcach ziemi i przegapiłam to, czym rzesza czytelników zdążyła się już zachwycić. Cud zabłudowski. Objawienie Matki Boskiej. U nas, na Podlasiu, w latach sześćdziesiątych. Wertowałam książkę i natrafiałam na znane mi nazwy miejscowości. Oczywiście kupiłam. I od razu zaczęłam czytać. Teraz „Cudowną” czyta moja mama, która o cudzie zabłudowskim również nie wiedziała. Okazało się, że tylko mój tato kojarzył te wydarzenia. Tłumaczymy sobie, że pewnie dlatego, iż wychowywał się na osiedlu Przemysłowa (dziś ponoć Skorupy..), a stamtąd bliżej do Zabłudowa.

Zaciekawiła mnie postać samego autora – jak dotarł do tej tematyki? Co skłoniło go do napisania książki poświęconej tym bądź co bądź zapomnianym już wydarzeniom. Z pomocą nadszedł oczywiście Internet i wiele wyjaśniający wywiad z Piotrem Nesterowiczem: Zwykłe życie Jadwigi. Mieszkańcy wioski zabili jej cud

Pozytywnie zaskoczona „Cudowną” sięgnęłam po wcześniejszą książkę Nesterowicza. „Ostatni obrońcy wiary” to pozycja właściwie dwuczłonowa – poświęcona starowiercom i podlaszukom. Autor bardzo przystępnie opisuje historię starowierców i okoliczności ich przybycia na Suwalszczyznę. Chyba każdy podróżujący po Suwałkach czy Suwalskim Parku Krajobrazowym zetknął się z pojęciem „molenna”. Tę najbardziej znaną znajdziecie w Wodziłkach, ale i w samych Suwałkach znajduje się jedna z tych świątyń, które zachowały się do dziś. Reportaż Nesterowicza poświęcony starowiercom czytało mi się tym lepiej, że w pamięci miałam wciąż mam jeszcze świeże wspomnienia z sierpniowego pobytu na Suwalszczyźnie. Część druga poświęcona jest natomiast pograniczu polsko-białoruskiemu. Orla, Bielsk Podlaski. I spory, czy tamtejsza gwara wywodzi się z języka białoruskiego czy może jednak ukraińskiego. Być może Ci z Was, którzy wywodzą się z tych rejonów, spojrzą na opisane przez Nesterowicza historie w sposób krytyczny. Bo może nie zgodzicie się z wypowiedziami, które autor przytacza. Ja jednak nie mam mojego osobistego nastawienia do tych terenów, nie wiążą mnie z nimi żadne rodzinne historie czy doświadczenia. Czytałam zatem zdanie po zdaniu i starałam się ten rejon Podlasia po prostu zrozumieć. Co innego pojechać tam na wycieczkę krajoznawczą, a co innego zapoznać się z tamtejszą historią. Naprawdę szczerze polecam, ponieważ książka Nesterowicza wolna jest od tych frazesów, którymi naszpikowana jest większość pozycji literackich poświęconych odkrywaniu Podlasia. Dla Nesterowicza to nie owiany legendami koniec świata, w którym zza każdego winkla wyskakuje szeptucha, gdzie ku zaskoczeniu odkrywców żyją ludzie, mają swoje domy i samochody. Nie znajdziecie tu tych literackich zbliżeń z podlaską terra incognita, za pomocą których wydawcy starają się sprzedać książki w wysokich nakładach. W „Ostatnich obrońcach wiary” Nesterowicz rozkłada na czynniki pierwsze słowo „wielokulturowość”, nie czyniąc tego jednak z pozycji protekcjonalnego obserwatora. Autor autentycznie słucha swoich rozmówców i stara się przedstawić możliwie pełny obraz rzeczywistości. Tu nie ma jednej racji. I to jest w tej książce najprzyjemniejsze.

big_222

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Petrus.

W kolejce do opisania na blogu czekają:

„Cudowna” Piotra Nesterowicza,

„Jutro spadną gromy” Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego.

W kolejce do przeczytania czekają:

„Wędrówki Wiktora Wołkowa”,

„Miasta województwa podlaskiego”,

„Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”.