różne

Chodząc po mieście natrafiamy na wiele drobnych elementów, które nie przystają do żadnej sensownej kategorii. Stąd też odświeżam nieco zapomnianą przeze mnie samą kategorię „absurdy i bzdety” :)

Dziś w programie:

1. Kot na Węglówce

IMG_1939

2. Chopin na Marczukowskiej

IMG_2348

3. Malowane domy na Dąbrowskiego

IMG_2359

IMG_2360

4. Szablony na rogu Alei Piłsudskiego i Dąbrowskiego

IMG_2357

IMG_2358

5. Klocki na Lipowej

IMG_3036

6. Serce na Bohaterów Getta

IMG_3039

Reklamy

podwórze na Białówny

Na początku października zmierzałam na umówioną godzinę 12:00 pod białostocki ratusz. Początkowo chciałam skorzystać z miejskiego roweru, ale pomyślałam, że jadąc nie zobaczę tyle, co idąc pieszo, a już na pewno nie zrobię tyle zdjęć. Po drodze zajrzałam na podwórze między blokami przy ulicy Białówny. A tam, jak gdyby nigdy nic, stoją sobie jeszcze chlewki/chlewiki/komórki gospodarcze (proszę wybrać odpowiednią nazwę – słyszałam wszystkie z nich). Na jednej ze ścian widać jeszcze pozostałości po starym muralu (co dokładnie przedstawiał?). A pod blokami kwitły słoneczniki :)

IMG_2915

IMG_2916

IMG_2917

IMG_2918

IMG_2919

Białystok to stan umysłu – gorzki obraz współczesnego społeczeństwa białostockiego

Wczorajsze wybory samorządowe obnażyły bezlitośnie słabość i maluczkość dużej grupy mieszkańców Białegostoku, a mnie skutecznie przekonały, że nadszedł już czas odcięcia pępowiny, która od lat utrzymywała mnie w bliskości spraw miejskich. W 2005 roku wyjechałam do Warszawy na studia, znalazłam pracę i doktoryzuję się, ponieważ wykształcenie jest dla mnie sprawą priorytetową. Do Białegostoku, niestety, nie wrócę, choć pozostała tam cała moja najbliższa rodzina. Wierni Czytelnicy tego bloga wiedzą, jak dużą sympatią darzę to miasto i jak bardzo zależy mi na jego rozwoju. Rozwoju przez duże „R”, o którym Białystok na kolejne lata może zapomnieć …

Zawiodły mnie wyniki wczorajszego głosowania. Wybór między panami Truskolaskim a Dobrzyńskim to wybór między dżumą a cholerą, lub, jak to trafnie skomentowano na moim profilu na fb, między Rogowskim a Jaz-Budem. Na drugą turę wyborów nie wybieram się, nie chcę przyłożyć do tego ręki. Podczas gdy w 2006 z pełnym przekonaniem głosowałam na Truskolaskiego i cieszyłam się z jego zwycięstwa, w połowie jego drugiej kadencji doszłam do wniosku, że w mieście dzieje się coś niedobrego – dobro mieszkańców zastąpiły kolesiostwo, kuriozalne lanie asfaltu i niszczenie historycznej tkanki miasta. Podczas trzeciej kadencji (jestem przekonana, że wygra Truskolaski), Białystok popadnie w jeszcze większy marazm ekonomiczny niż obecnie. A Truskolaski, który z miłego pana przeistoczył się w buńczucznego chłopka, stanie się jeszcze bardziej pewny siebie i, nazywając rzecz po imieniu, chamski. Wspomnicie moje słowa. Mam w rodzinie osobę, która doskonale zna „Tadzia”. Z pozoru miły pan stanie się wyrachowany i bezwzględny, ale będzie się przy tym uśmiechał :) Wystarczy, że poczuł się pewnie. Kto się ze mną założy, że tak będzie? :)

Białystok za rządów Truskolaskiego zmienił się – w latach 2006-2010 wreszcie coś drgnęło, po latach budowania kolejnych kościołów (nie chcę wyżywać się na Kościele, jestem osobą wierzącą i do kościoła chodzę co niedzielę) miasto faktycznie się obudziło i zaczęło zmieniać swoją szatę. Kolejna kadencja pokazała jednak, że zmiany te zachodzą tylko w strefie wizualnej, ale nie przekładają się na standard życia w mieście. Bezrobocie podskoczyło do wysokiego poziomu, zamknięto lub właśnie zamyka się wielkie zakłady pracy, dożyna się lokalny przemysł, kolej, a samo miasto staje się plastikowe. Giną bezpowrotnie Bojary i Chanajki, które dla pana Truskolaskiego nic nie znaczą – człowiek z Kapic nie jest człowiekiem z Białegostoku i nie czuje jego historii oraz tradycji. Truskolaski dąży do wielkomiejskości, którą utożsamia z asfaltem, betonem, blokowiskami i śródmiejskimi obwodnicami. Drewniane chatki są „fe”, ponieważ w mieście rządzić powienien beton. Zakłady pracy? Ale po co! Ważne, że koledzy i koleżanki obsadzili wszelkie możliwe fotele w mieście – im powodzi się dobrze. A praca jest – tyle galerii handlowych, tyle pracy dla sprzedawców! Czego chcieć więcej?!

Każda krytyka Truskolaskiego wywołuje lawinę komentarzy jego entuzjastów: „Białystok tak wyładniał! Tyle ulic! Tyle bloków się buduje! Tak miejsko się zrobiło! A i zakupy jest gdzie zrobić! I tyle darmowych imprez na Rynku! I stadion!”. Owszem, część tych inwestycji była potrzebna i dobrze, że zostały sfinalizowane. Jednak zapominacie, Drodzy Entuzjaści, że w Białymstoku nie ma tego, co decyduje o faktycznym rozwoju miasta. Są sklepikarze i stadionowi handlarze, ale nie ma przedsiębiorców. Nikt poważny nie rozkręca u nas biznesu, a poważne zakłady pracy zamknięto.

Jaki obraz mieszkańców wyłania się z powyższego opisu? Bardzo prosty i smutny. Białystok składa się w dużej mierze z osób przyjezdnych. Całe Podlasie ściąga do Białegostoku. Wśród młodych ludzi z Bielska Podlaskiego, Siemiatycz czy Hajnówki, „Tadzio” uchodzi za dobrego włodarza miasta. „Dobrze rządzi, Rynek jest, dużo knajp”. Cóż z tego? Otóż element napływowy bardzo często (nie zawsze, ale jednak częściej niż rzadziej) karmi się taką tanią pożywką. Nie jest ważne, czy praca jest, czy jej nie ma. Nie jest ważne, że płacą im żenująco niską białostocką pensję. Ważne, że jest Rynek, a na nim parasolki i piwo. I te ulice, można się poczuć jak na highwayu! Wysoki wynik w I turze demaskuje dosadnie, jak niskie potrzeby ma większość mieszkańców tego miasta. Nie chleba, lecz igrzysk im dajcie! Wielu nie zależy na prawdziwym EKONOMICZNYM rozwoju miasta, bo przerasta to ich MENTALNE POTRZEBY. Białystok Truskolaskiego, pełen ulic i bloków, ale pozbawiony PRZEMYSŁU i INFRASTRUKTURY KOLEJOWEJ (nie wmówicie mi, że w 2015 roku wszystko skończy się w terminie), będzie się ciągnąć w ogonie miast polskich. Wyjadą kolejni co ambitniejsi mieszkańcy i kolejni z nas zabiorą z Białegostoku swoje podatki. Nikt rozsądny nie zainwestuje w te „apartamenty”, budowane na każdym skrawku przestrzeni, tuż przy domkach jednorodzinnych. Zostaną ci, którzy mają już ułożone życie i skupiają się na swoim przysłowiowym ogródku, ponieważ dawno stwierdzili, że nie warto angażować się w ten lokalny grajdołek. Mówiąc dosadniej – zostaną ci, którzy władze lokalne mają już w dupie. Oraz ci o niskich pobudkach, którzy cieszą się z byle czego, byle było tanio lub za darmo.

Zarówno ja, jak i moja rodzina ubolewamy bardzo nad obecną ekonomiczną sytuacją miasta i trudno nam pogodzić się z bestialską polityką dewastującą historyczny Białystok. Nie wierzę w poprawę sytuacji w Białymstoku. Będzie gorzej, układy i układziki przejdą nasze najśmielsze oczekiwania. A o poważnej i dobrze płatnej pracy możemy zapomnieć. Tschüss! Auf Wiedersehen!

Lokalny patriotyzm

Już w czwartej klasie szkoły podstawowej polubiłam geografię i zamiłowanie do niej pozostało mi już na całe życie. Przejawia się to bardzo często w sprawach dość prozaicznych. Uwielbiam mapy, szczególnie te papierowe, których nie zastąpi żadna atrakcja w telefonie. Potrafię wziąć sobie do ręki atlas i spędzić nad nim kilka godzin. Stojąc w korku lub jadąc tramwajem patrzę na rejestracje samochodów i „odgaduję”, skąd przyjechały (doskonała powtórka województw i powiatów!). I odkąd świadomie kupuję produkty (każde!), czytam, gdzie zostały wyprodukowane. Najchętniej wybieram oczywiście te z Podlasia, ponieważ opanowuje mnie wówczas poczucie spełnionego obowiązku: wspieram swoich i daję im zarobić. Wiem, że nie wszystkie firmy są w polskich rękach, ale ktoś te artykuły w końcu u nas produkuje i przynajmniej ci ludzie mają miejsce pracy dzięki naszym zakupom. Uwierzcie mi, że za każdym razem ogarnia mnie taka mała radość, że zrobiłam coś pożytecznego, a przy okazji sama zjem na przykład coś smacznego :)

Chciałabym Wam przedstawić moich lokalnych faworytów i poprosić o wskazówki, jakie produkty (nie tylko artykuły spożywcze) z naszego miasta lub regionu polecacie :)

1. Płatki owsiane z PZZ Białystok

Nie ćwiczę z Chodakowską czy z Lewandowską, ale śniadanie bez płatków owsianych dla mnie nie istnieje! Codziennie rano pochłaniam miseczkę płatków z bakaliami i z miodem (oczywiście z zaprzyjaźnionej pasieki, najczęściej z okolic Sejn – miodu w sklepie nigdy nie kupuję!). Szczerze polecam Wam te niedrogie płatki owsiane z naszego miejskiego PZZ-tu. Je się je dużo przyjemniej niż wszystkie inne w plastikowych opakowaniach ;)

platki-zwykle2. Mąka z PZZ Białystok

Mąkę kupuję dość rzadko, ponieważ nie zaliczam się do łasuchów i nie przepadam za pieczeniem. Zdarza mi się jednak zakupić mąkę do innych potraw i za każdym razem, kiedy udaję się po mąkę w Warszawie, łapię się na tym, że podświadomie poszukuję tej w znanych mi opakowaniach z PZZ Białystok. Lokalna mąka była i jest w domu w Białymstoku od zawsze i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to w przyszłości zmienić :) Wiecie, jak cierpię wewnętrznie, kiedy muszę kupić mąkę z Poznania lub z Dolnego Śląska?! Koszmar!

maka-bialostocka maka-tortowa maka-wroclawska

3. Mój ulubiony pasztet z puszki, niedostępny poza Białymstokiem i okolicami, to klasyczny Pasztet białostocki z drobiu, które deklasuje wszystkie inne pasztety tego rodzaju. Pisałam już o nim w poście ale pasztet! Wiem, że to nie jest najzdrowsze jedzenie, ale od czasu do czasu funduję sobie jedną puszeczkę i zjadam kanapki z pasztetem i pomidorem ;)

pasztet

4. Masło Ekstra Podlaskie z Łap

Moje ulubione masło, które smakuje jak masło i produkowane jest w Łapach. Sprzedają je w sklepach sieci MarcPol i choć nie należy do najtańszych, kupuję je zawsze, kiedy mam taką możliwość. Dostępne również w MarcPolu w Warszawie :) Gdyby nie niesprawiedliwa polityka naszego rządku, cukrownia w Łapach nie zostałaby zamknięta i wtedy pewnie wspomniałabym jeszcze o łapskim cukrze … Ale to już tylko historia.

indeks

5. Kefir sokólski

Od lat na rynku, od lat w tym samym opakowaniu, choć w międzyczasie zmienił się właściciel OSM w Sokółce. Wciąż jednak jest to kefir z Podlasia. Owszem, zawiera mleko w proszku, jak większość kefirów tego rodzaju (minus!!), jednak ma swój niepowtarzalny smak i stosunkowo mało chemii. Dlatego od czasu do czasu pozwalam sobie na kefirek, ale nigdy w wersji light, ponieważ takie produkty są z reguły bardziej niezdrowe od tych tradycyjnych.

kefor-sokólski

Nie zjadam dużo nabiału, jednak najistotniejsze jest dla mnie miejsce pochodzenia mleka, z którego wytwarzane są poszczególne produkty. NIGDY nie kupuję produktów mlecznych spoza obszaru Podlasia. Granica kończy się na linii Wysokie Mazowieckie – Zambrów – Grajewo i absolutnie nie zostaje przeze mnie przekroczona. Nigdy w życiu nie kupię produktów mlecznych ze Śląska, Wielkopolski lub nawet Polski Centralnej. Koniec, kropka.

6. Ogórki konserwowe z Agrovity

Lubię ogórki w każdej postaci. Latem pochłaniam małosolne, a zimą przerzucam się na konserwowe lub kiszone z własnej spiżarni. Te z Agrovity (Białystok, ul. Octowa) goszczą na naszym stole regularnie.

Ogorki-konserwowe-40324-big

7. Musztarda sarepska z Agrovity

Kiedy byłam młodsza, jadałam dość często kiełbaski. Nie przepadam za ketchupem, za to bardzo chętnie sięgam po musztardę. Zawsze kupowałam sarepską, kiedyś jeszcze z BZPOW, a dziś z Agrovity. Niestety, jakość tej musztardy pogorszyła się, ale ja na szczęście coraz rzadziej jadam musztardę w ogóle, więc nie będę pewnie zmuszona do poszukiwania nowego produktu :)

5906732600035

8. Chleb wileński z PSS Społem Białystok

Na Litwie byłam trzy razy, ale nigdy w Wilnie, które świadomie omijam na trasie moich wojaży. O ile za Litwinami nie przepadam (być może brakuje mi dobrych doświadczeń), o tyle ich jedzenie uwielbiam. Nabiał i pieczywo, w tym osławiony chleb wileński, to przysłowiowe niebo w gębie, a wybór piw i smakowych napojów alkoholowych doprawdy imponujący. Do czego zmierzam. Znam smak prawdziwego chleba wileńskiego i wiem, że produkt PSS-u nie ma z nim za wiele wspólnego, jednak chętnie po niego sięgam, bo przypomina mi smak dzieciństwa. W ogóle sklepowe pieczywo na Podlasiu jest zdecydowanie lepsze niż to w Warszawie, gdzie spożywam dużo mniej chleba (no chyba że zahaczę o prawdziwą piekarnię i wtedy to już się nie powstrzymam!).

chlebWilenski

9. Mielonka z PMB

Upadek PMB to skandal! Nie wiem, czy mielonka wieprzowa z ulicy Poziomej jest jeszcze dostępna w sklepach – ja nie widziałam jej już od dawna :( Była to jednak najlepsza mielonka z puszki, jaką jadłam w życiu i wiem, że ten smak na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

mielonka

Poza jedzeniem chciałabym zwrócić Waszą uwagę na firmy DeFacto (ubrania z Bielska Podlaskiego) oraz Betesca (chemia gospodarcza z Białegostoku). Lubię też przeczytać w książce (a zawsze to robię), że została wyprodukowana w Białostockich Zakładach Graficznych nieopodal mojego domu. Najczęściej natykam się na tę wzmiankę w albumach na kredowym papierze :)

Niecierpliwie czekam na Wasze lokalne typy!

Jechałam PKP IC BUSEM. Nie polecam. Bardzo nie polecam.

Decyzję o zamknięciu na ponad rok dwutorowej linii kolejowej na trasie Warszawa-Białystok od początku uważałam za irracjonalną, czemu wielokrotnie dałam upust na moim blogowym fanpejdżu. Nadszedł jednak moment, kiedy od słów trzeba było przejść do czynów – jakoś musiałam przecież dotrzeć do Białegostoku na Wszystkich Świętych. Spodziewając się tłumów podróżnych kupiłam bilet tam i z powrotem z dużym wyprzedzeniem czasowym (już na początku października), mając nadzieję, że w ten sposób zagwarantuję sobie pewne miejsce siedzące, a poza tym wybiorę miejsce w przedniej części autobusu ( z uwagi na moją chorobę lokomocyjną nie mogę siedzieć z tyłu, taki lajf). Wszystko wydawało się być załatwione. Bańka pękła jednak w piątek 31.10. Posłuchajcie mojej historii …

PKP IC BUS, połączenie bezpośrednie, odjazd – Warszawa Centralna, piątek, 31.10.2014 roku, godzina 8:00. Planowany przyjazd do Białegostoku o godzinie 11:00. Bagaż: mała walizka, laptop (zmieściłby się do walizki, ale przecież nie włożę go do luku bagażowego w autobusie), torebka.

W piątkowy poranek wybrałam się na dworzec centralny. Mieszkam w Śródmieściu, więc spokojnie i bez pośpiechu udałam się pieszo w stronę dworca. Autobusy bezpośrednie do Białegostoku odjeżdżają z peronu nr 24 między dworcem z Złotymi Tarasami. Znam ten przystanek, wielokrotnie wsiadałam na nim do autobusu miejskiego linii 160. Na peronie tłum ludzi, wszyscy z bagażami. Co chwila podjeżdżają kolejne autobusy nr 160, to przecież piątek, poranne godziny szczytu. Z autobusów wysypują się kolejne tłumy ludzi i przepychają się między nami. Widać, że są źli, ale trudno się dziwić – trudno pokonać grupę pasażerów uzbrojonych w walizki. Wybija godzina 8:00, autobus PKP wciąż nie podjeżdża. W grupie rośnie nerwowość, coraz więcej osób wymownie zerka na zegarki. „No i gdzie ten autobus? Miał już przecież odjeżdżać!” Godzina 8:05. Podstawia się PKP IC BUS. Kierowca, pan po pięćdziesiątce, żwawo wysiada i otwiera nam luk bagażowy, oczywiście tylko z jednej strony, ponieważ na peron regularnie podjeżdża 160, co kilka minut przemyka też autobus linii 109. Wsadzam walizkę do luku, choć dopchać się nie było łatwo. Czekam grzecznie w kolejce do konduktora, chcę w końcu usiąść, poza tym laptop zaczyna ważyć tonę i prawe ramię sięga coraz bliżej ziemi. Nagle dochodzi do mnie okrzyk konduktora: „Osoby z biletami w kolejce, osoby bez biletów po drugiej stronie!”. No pięknie! Zaczyna się wędrówka ludów po wąskim peronie autobusowym. Konduktor nie wie, ile miejsc w autobusie jest wolnych, nie potrafi zatem udzielić informacji, ilu spontanicznych pasażerów zmieści się w środku. Mnie udaje się w końcu wejść, zajmuję moje miejsce numer 26 i czekam. Dochodzi godzina 8:30. Czekamy dalej. W końcu pewna pani z końca autobusu krzyczy: „Panie kierowco, co z tym opóźnieniem?!”, na co pan kierowca odkrzykuje „Niech Pani siedzi i nie przeszkadza!”. Wszyscy spoglądają po sobie ze zdziwieniem, bo co to za odzywka? Miłe dotychczas panie emerytki (pani Krysia i pani Stasia, jadą do Czarnej Białostockiej, pierwszy raz autobusem, należą do grupy szczęśliwców, którym udało się załapać na nasz kurs bez wcześniejszej rezerwacji biletu; siedzą za mną i cieszą się, że toaleta jest tuz obok nich – „Jaka to wygoda!”) wszczynają wojnę: „Co za baba! Nie denerwować nam pana kierowcy! Cieszy się, że siedzi, a nie wymądrzać się będzie! Trzeba było sobie taksówkę zamówić, jak paniusiu nie pasuje!”. Pani z końca autobusu wstaje i udaje się do pana kierowcy, jest wyraźnie zła. W duchu ją popieram, ale nie mam ochoty się udzielać (wyjątkowo, bo jeśli o sprawiedliwość chodzi, to pierwsza wkraczam do akcji – tym razem jednak wcielam się w rolę obserwatora). Kierowca odkrzykuje, że on nic nie wie, on jest tylko kierowcą, a wszystkie uwagi do konduktora. Sęk w tym, że go nie ma. Zniknął. Wracając pani z tyłu zwraca się jeszcze do pań emerytek, że nie mają racji. Panie emerytki tylko na to czekają. Znowu zaczyna się popis erudycji: „Na policję z nią! Straż miejską wzywać! Takich pasażerów się wyrzuca, nie chcemy z Panią jechać! Denerwuje nam pana kierowcę!”, po czym jedna do drugiej mówi po cichu: „Po co tam polazła! Stara pinda!”. Jestem w szoku. Kolejny dociekać prawdy chce pewien pan z tyłu. Udaje się do kierowcy, krzyczy, kierowca krzyczy na niego, nic sie nie wyjaśnia, a my wciąż nie wiemy, co jest grane. Dochodzi 8:40. Panie emerytki nie oszczędzają i tego pana: „Co za typ! Ogoliłby się facet! A nie taki zarośnięty łazi! Jak lump! Policję na niego! Niech wysiada!”. Pan ze stoickim spokojem zwraca się do emerytek: „Nie mają panie racji, a obowiązkiem kierownika pociągu jest poinformowanie o przyczynie opóźnienia”. Pani Stasia jest wyraźnie w swoim żywiole i próbuje postawić człowieka do pionu: „Przeżegna się niech! Dobrze to Panu zrobi! Wszak Polak to katolik, tak mówią!”. Jestem w jeszcze większym szoku i nie mam wątpliwości, że panie emerytki są nieprzewidywalne i niebezpieczne. W końcu odwracam się do nich i moim nieznoszącym sprzeciwu głosem mówię, że nam przeszkadzają i powinny już skończyć. Panie o dziwo zamykają buzię i nie wyzywają mnie, nie nasyłają na mnie również policji. Wybija 8:50. ODJEŻDŻAMY! 50 minut opóźnienia na wstępie – nawet podstawiony autobus PKP nie potrafi odjechać o czasie. Pan kierowca zabiera głos przez mikrofon i tłumaczy nam wszystko dokładnie: „Z mojej strony mogę Państwa jedynie przeprosić. Ja jestem tylko kierowcą, zatrudnia mnie PKP IC i do nich należy kierować wszystkie skargi. Moim obowiązkiem jest podstawienie autobusu 5 minut przed odjazdem i dowiezienie Państwa bezpiecznie na miejsce. To konduktorzy nie wiedzą, jak sprzedawać i rozliczać te bilety, poza tym muszą mi donieść kartę odjazdu do podpisu, a ja nie mam na to wpływu. Mam za to problem, bo mogę stać przy dworcu tylko 5 minut, a stałem 40 („50 minut Pan stał!” – dobiega z końca autokaru) i teraz będę mieć trudności z rozliczeniem czasu pracy”. Panie emerytki wiwatują na cześć kierowcy. Całe szczęście, że korki tworzą się rano w stronę Warszawy, a nie na wylocie. Dzięki temu w Białymstoku jesteśmy z opóźnieniem 30 minut, a nie 50 … Komfort jazdy autokarem jest w moim wypadku żaden – mam długie nogi, nieskromnie przyznam, i trudno mi się zmieścić w tak wąskich siedzeniach. Poza tym moja jedyna rozrywka to słuchanie muzyki i jedzenie gumy do żucia. Nie ma mowy o czytaniu … A tyle książek przeczytałam w moim życiu właśnie w pociągu!

Wnioski: Peron nr 24 nie nadaje się do odprawiania autobusów dalekobieżnych. Nierealny jest również pięciominutowy czas postoju. Wsiadanie do autobusu trwa długo. Brak kontroli konduktorów nad liczbą wolnych miejsc w autobusie jest w XXI wieku zatrważający.

PKP IC BUS, połączenie mieszane – pociąg do Małkini, autobus z Małkini do Warszawy, odjazd – Białystok, niedziela, 02.11.2014 roku, godzina 16:45. Planowany przyjazd do Warszawy Centralnej o godzinie 19:45. Bagaż: mała walizka, laptop (zmieściłby się do walizki, ale przecież nie włożę go do luku bagażowego w autobusie), torebka.

Pociąg do Małkini czeka na peronie 3. Wagony są numerowane, ale nie ma wśród nich wagonu numer 10, a taki widnieje na moim bilecie. Pytam konduktora, co jest grane, po czym otrzymuję odpowiedź, że wsiadamy jak chcemy, bo to tylko godzinka do Małkini , a później autobusy. Wsiadam zatem do drugiego wagonu. W międzyczasie przybywa ludzi, szukają swoich miejscówek, część z nich również ma przydzielony wagon widmo o numerze 10 i dopytuje, co zrobić. Odjeżdżamy z małym opóźnieniem – czekamy 5 minut na Ełk, który wyrusza ze Starosielc. Pan konduktor wita nas w pociągu, zapewnia, że odpowie na wszystkie nasze pytania. Zbliża się stacja docelowa, a u nas kontroli biletów jeszcze nie było. Panowie konduktorzy biegają jak opętani, a gdy jeden z pasażerów zadaje pytanie o połączenie autobusowe, drugi pan konduktor krzyczy z końca korytarza: „Co on Ci tam dupę zawraca! Sprawdzaj bilety, niech Ci nie marudzi!”. Szacunek do pasażera należny … Doczekaliśmy się kontroli. Pytam, czy autobusy są jakoś numerowane. Naiwna … Natychmiast wyprowadzają mnie z błędu: „Będzie pięć lub sześć autobusów, dwa już stoją, później dojadą pozostałe. Trzeba biec, tam prosto i dalej pokierują!”. Zaczynam się obawiać, ale nie spodziewam się jeszcze, co na mnie czeka na parkingu. Dużo ludzi jedzie dalej do Katowic, zależy im na czasie. „Tych do Katowic trzeba dać do pierwszych busów, to szybciej odjadą!” – obwieszcza pan konduktor, ale nie ma nad nami żadnej kontroli. Dowiedziałam się, że posiadając sprawdzony już w pociągu bilet po prostu wsiadam do autobusu. Trochę mnie to ucieszyło, zawsze to jedna kontrola mniej i mniej zmarnowanego czasu. Wysiadamy w Małkini. Cały peron biegnie do przodu, później przez tory, później po trawie, hopsipopsi, jesteśmy na parkingu! A tam? Dwa prawie pełne autobusy! Przecież w Małkini też wsiadają ludzie! Konsternacja! Biegnę do drugiego autobusu, a tam zator. Konduktor nie wpuszcza i robi problemy. Czepia się do nas: „Gdzie tu stoi? Problemy tylko robi!” – „My robimy problemy?” – „Jak się nie podoba, to trzeba zmienić przewoźnika!” – odpowiada nam konduktor. Sam nie wierzy w powodzenie tej akcji. Słuszna rada na przyszłość! „My tu na żadną numerację nie patrzymy, ma chodzić o czasie, wsiadać jak leci!” – pogania nas pan konduktor. Przy autobusie kręci się dziewczyna z informacji. Pytam ją, kiedy podstawią się kolejne autobusy, na co słyszę: „No kiedy te się zapełnią!” Zastanawiam się, czy pakować mój bagaż, bo niby jaką mam pewność, że zmieszczę się do autobusu drugiego? Nie mam żadnej. Pytam dziewczynę z informacji, co się stanie, jeśli włożę bagaż, a autobus pojedzie beze mnie, bo nie starczy w nim miejsc? „Bagaż będzie na Panią czekał na Centralnym” – odpowiada blond dziewczyna z informacji. Czuję, że się nie dogadamy … Postanawiam ryzykować i pakuję bagaż w wolną przestrzeń luku po drugiej stronie wejścia. Koło drzwi wciąż zator. Mam tego dość, nie mam ochoty czekać na kolejny autobus, o którym nie wiem, kiedy będzie. Krzyczę do pana konduktora: „Rozumiem, że ze sprawdzonym biletem z pociągu wsiadamy od razu, tak?” – „Tak, tak!” – „Spoko, to ja mam sprawdzony bilet, przepraszam!”. I wsiadłam, udało mi się nawet dorwać piąte wolne miejsce, nawet z przodu. Szczęście w nieszczęściu. Pierwszy autobus odjechał, a przed nami ukazuje się chmara ludzi. Myślą, że nas autobus jest pusty, nie widzieli go wcześniej … Niestety, wolnych miejsc brak. Kierowca, tym razem facet po trzydziestce (słuchamy radia RMF) mówi, że wcześniej niż na 20:30 nie dojedziemy. Są korki od Wyszkowa. Nagle jeden z pasażerów krzyczy: „A gówno mnie to obchodzi! Mam pociąg do Katowic o 20:05. Do roboty jadę. Jak nie zdążę, to wam rozniosę ten Centralny!!! Trzymać Katowice!!!” Trudno się na niego gniewać, ma facet rację. Korki w międzyczasie się rozwiązały, docieramy o czasie i blokujemy cały pas przy Centralnym. Taksówki na nas trąbią. Sorry, taki mamy klimat!

Wnioski: Opłaca się wsiadać do pierwszych wagonów – szybciej dobiegniemy do parkingu w Małkini. Ale ogólnie nie opłaca się korzystać z tego połączenia. Ja miałam szczęście, załapałam się do drugiego autobusu. Nie wiem, ile czekano na kolejne busy, jak długo trwało wsiadanie do nich. Ale na pewnie nie dojechały na czas na Centralny. PKP nie potrafią przypisać miejsca pasażerowi. Panuje rozgardiasz, obowiązuje zasada „do biegu, gotowi, start!”. Kupiony z dużym wyprzedzeniem bilet nie gwarantuje niczego. Naprawdę nie rozumiem, jak można reprezentować takie braki w logistyce! Nie mam gwarancji, że usiądę. Nie mam gwarancji, że dojadę na czas. To szajs!

Podsumowanie: Zapamiętajcie, że to nasi lokalni politycy przyklasnęli idei zamknięcia linii kolejowej na ponad rok. Remont 30 kilometrów torów poprawi jakość podróży w pociągach Kolei Mazowieckich. My mamy jeździć w grudniu 2015 roku 2 h 30 min. W czasach licealnych jeździłam 2 h 15 min. Nie było nowoczesnych skrzyżowań bezkolizyjnych, które obiecuje nam plakat na dworcu. Nie było nowych peronów. Ale był czas, o którym długo jeszcze będziemy marzyć. XXI wiek, UE. Dwutorowa linia, na remont której pieniądze czekają od 2007 roku. DWUTOROWA LINIA prowadząca do 300-tysięcznego miasta, łącząca Białystok z Warszawą (centrum przesiadkowe w każdą stronę prócz Białorusi i Litwy). Wybory już 16.11.2014 roku. Jeśli uda Wam się dojechać …