Gram off on? On.

Do wizyty w tej klubokawiarni zbierałam się długo, ale kiedy tylko przeczytałam o niej w mediach, wiedziałam, że musi się ona znaleźć na moim szlaku. I faktycznie znalazła się, nawet dwa dni z rzędu. Byłam zaskoczona, że w środku jest tyle miejsca. Można się schować gdzieś w drugiej sali, a na zimę w sam raz będzie mini-antresola. Ja jednak chować się nie zamierzałam, bo interesowali mnie przede wszystkim ludzie. W Białymstoku brakuje lokali tego pokroju. Po definitywnym zamknięciu kultowego Kopiluwaka (nad czym boleję zresztą do dziś i chyba nigdy się z tym do końca nie pogodzę) luka na kawiarnianym rynku zrobiła się jeszcze większa. Otworzył się wprawdzie maleńki Labalbal, który jest sympatyczny, ale jak dla mnie jednak nieco zbyt familijny. Nie jestem miłośniczką imprez pod hasłem „dziś jemy domową szarlotkę i wyszywamy fatałaszki”, choć na pewno jest na to spory popyt i dobrze, że zainteresowani mają swoją dziuplę. Wiem, że w Labalbalu odbywa się też sporo innych, poważnych eventów, o czym świadczy niedawna dyskusja o przyszłości budynku starej Chłodni przy ulicy Baranowickiej 113, który jest moim zdaniem genialny i jak najbardziej warty ochrony. Ale Labalbal mimo wszystko jest raczej nie dla mnie. Niedaleko, bo na ulicy Piasta 14 otworzyła się już pewien czas temu Klubokawiarnia Piasta 14, ale to lokal mimo wszystko bardziej imprezowy. Ale jak najbardziej jestem za, o czym zresztą wielokrotnie na tym blogu wspominałam. I co dalej? Mamy urokliwą Małą Czarną, ale to po prostu maleńka kawiarnia, która słusznie zdaje swój egzamin. Mamy w sumie i Castel, od lat ten sam, chociaż nie do końca ma atmosferę, na którą zasługuje. Chociażby przez źle dobraną (a właściwe zupełnie przypadkową) muzykę, która miażdży wręcz jego przytulne wnętrze. O brakach w guście świadczą też nowe szyldy nad Castelem, które skutecznie oszpeciły kamienicę. Przez lata byłam wpatrzona w Castel jak w obrazek, ale ostatnio coraz bardziej mnie zawodzi i wprawia w konsternację. No i jest Gram off on. Coś dla pozostawionych na pastwę losu bywalców Kopiluwaka (zawsze to pewna namiastka) i nowych klientów, którzy umiejętnie wpisują się w klimat. Przy pierwszej wizycie siedziałam sobie w rogu i w trakcie rozmowy cały czas patrzyłam na ludzi. I za ludzi wielki plus. Ciekawie ubrani, ale jednak nie nazwałabym ich hipsterami. I bardzo dobrze. Tych mam na co dzień aż zbyt wielu w Warszawie. I nie mogę już na nich patrzeć, gdyż niewielka tylko grupa jest w swoim hipsterstwie autentyczna, tak jak autentyczny jest w nim Berlin. Większość to umiejętnie wylansowani ludzie, którzy pozują, a nie „są”. Zatem klientela bardzo fajna. Cieszy mnie, że w Białymstoku sporo jest takich lekkich modowych freeków, którzy wiedzą, co jest grane, ale nie osiągają karykaturalnego efektu kakofonii. Menu w kształcie gazetki to ciekawy i sprawdzony już pomysł. Ale można się zmęczyć przy czytaniu. Stwierdziłyśmy, że „strasznie dużo tam napisane” i w sumie nie chciało się nam czytać wszystkiego dokładnie. Może zimą, jak ma się więcej czasu. Dziewczyny z obsługi muszą jednak bardziej uważać na klientów, bo zdarzyło się, że ponad 30 minut żadna nie zajrzała do drugiej sali. Mała rysa, zwłaszcza gdy rozdaje się menu do ręki. Natomiast obsługa za barem bardzo sprawna. Drugiego dnia załapałam się na lożę, w pełnym lokalu udało się nam utrafić miejsca na kanapie na podeście. Obok leżały akurat karty, więc kilka partyjek makao poszło … Ale oczywiście wybór gier jest o wiele większy. Chwali się. Muzyka w Gram off onie to rzecz ważna. I zdaje egzamin. Nie leci nic przypadkowego. Trochę klezmerskiego folku, deep house, Depeche Mode (też lubię, więc cieszę się, że Gram off on też w tym gustuje) i wiele innych, ale z pomysłem. Kasi Kowalskiej z pieprzem i solą jak w Castelu na szczęście nie słyszałam. Jeszcze słowo o wystroju. Plus za cegłę, plus za ledowe podświetlenie na ścianach, fajne designerskie meble, dobra kolorystyka. I za duże okna, przez które wieczorem fenomenalnie i jak na dłoni widać z ulicy, co się dzieje w środku. A czytałam, że w lokalu dzieje się wiele: filmy, tańce itp. I niech się dzieje. Bo jest dobrze.

Fotorelacji nie będzie. Idźcie sami, przekonacie się, jak jest.

coś

Po raz kolejny zauważyłam coś dzięki temu, że znajomi, z którymi się umawiam, spóźnili się na wyznaczoną godzinę. Nie chcę w tym miejscu chwalić spóźnialskich. Absolutnie! Uważam, że notoryczne spóźnianie się jest po prostu brakiem szacunku dla drugiej osoby. To po prostu bardzo niekulturalne i nieładne. Siedziałam tak na murku przy klubie Mesa i patrzyłam na boki. I dopiero po pewnym czasie dostrzegłam ten śmieszny obrazek na murze tuż obok mnie. Wydał mi się całkiem wesoły :) Po raz kolejny apeluję: rozglądajcie się i bądźcie aktywni w mieście :)

absurdy i bzdety (4)

Na krótkim odcinku ulicy Świętojańskiej (od strony ulicy Warszawskiej) znajdziemy kilka obiektów kwalifikujących się do galerii absurdów :) Już zimą moją uwagę zwróciła litera „a” z neonu Gazety Wyborczej, która stoi sobie na jednym z balkonów. I jak widać wrosła w klimat :) Tuż obok ciekawy szyld lokalu. Szkoda jednak, że taki pstrokaty …

nowy magazyn o Białymstoku

Wczoraj wpadł mi w ręce nowy bezpłatny magazyn o Białymstoku. Zwie się „Fakty Białystok”, ja znalazłam go w klubokawiarni Gram off on. Pierwszy numer zapowiada się całkiem przyzwoicie, oby rozwijał się w słusznym kierunku, a tworzący go ludzie mieli nieoklepane pomysły. Zawsze cieszą mnie tego rodzaju inicjatywy. Coraz więcej ludzi chce coś robić dla tego miasta i  przekuwa swoje chęci na działanie, a nie ogranicza się do lajkowania postów z gazet na funpage’u Dumnego Białegostoku i powtarzania frazesów w komentarzach pod owymi linkami.

A skoro o magazynach mowa – bardzo bym chciała, żeby ukazywała się też białostocka wersja „Aktivista!”. Bardzo bym chciała. Ma ktoś wpływy? Znajomości? :)