Cud w Zabłudowie

Jesienią wspomniałam na facebooku’u, że dzięki Dominice weszłam w posiadanie książki „Cudowna” autorstwa Piotra Nesterowicza. Zamiast reportaży z Wydawnictwa Czarne, po które tak naprawdę udałyśmy się do księgarni i które to wówczas wcale nie były przecenione, zakupiłam w promocji publikację poświęconą wydarzeniom z Podlasia, o których wcześniej nie wiedziałam. Swoją drogą, to naprawdę ciekawe, jak różne doświadczenia mogą wynieść osoby mieszkające w jednym mieście i w tym samym czasie. Moja rodzina wywodzi się z Białegostoku, zarówno ze strony mamy jak i taty. Tutaj też urodzili się moi dziadkowie i pradziadkowie. Ale w rodzinie mamy o wydarzeniach z Zabłudowa nie mówiło się. Natomiast w rodzinie taty, który wychowywał się na terenie dawnej dzielnicy Przemysłowa, nazwanej dziś Skorupami, wiedza o cudzie zabłudowskim była powszechna. Tata pamięta, jak kobiety z dzielnicy wybierały się tłumnie do Zabłudowa, żeby zobaczyć na własne oczy osławione miejsce. A my z mamą dowiedziałyśmy się o wydarzeniach z 1965 roku dopiero z książki. Wierni Czytelnicy bloga mogli już o tym przeczytać we wpisie poświęconym innej książce tego samego autora. Dziś skupimy się jednak bezpośrednio na Zabłudowie. Czternastoletniej Jadwidze miała objawić się kilkakrotnie Matka Boska. Kościół nie był zainteresowany nagłośnieniem i należytym zbadaniem zaistniałej sytuacji. Natomiast ówczesne elity dążyły do jak najszybszego uciszenia kwestii objawień, co jednak wymknęło się spod kontroli. A sam cud podzielił lokalną społeczność.

„Cudowna” ukazała się w listopadzie 2014 roku nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie. Nie jest to książka obszerna. Nesterowicz analizuje krok po kroku, niemalże z dokładnością co do minuty, skalę cudu i brutalne próby jego deprecjonowania przez peerelowskie władze oraz przez Kościół. Wiara w objawienia maryjne miała być utożsamiana przez światłe władze z zabobonem, biedą i zacofaniem lokalnej społeczności. Jednocześnie autor przedstawia w doskonały sposób obraz podlaskiej wsi z jej obyczajami i silną religijnością. Rozmawia także z Jadwigą, której objawiła się/miała objawić się Matka Boska. I pokazuje dobitnie, jak ludzie potrafią niszczyć siebie nawzajem.

Zachęcam Was do zapoznania się z artykułami poświęconymi wydarzeniom z 1965 roku: Cud w Zabłudowie. Zobacz, co ujrzała 14-latka!; „Cud” w Zabłudowie; Zabłudów, czyli podlaski cud i polskie piekło. Doświadczenia Jadwigi stały się również kanwą spektaklu przygotowanego przez Teatr Wierszalin i do dziś budzą wiele emocji, o czym przeczytacie tutaj. Cud z Zabłudowa doczekał się także opracowania stricte naukowego. Polecam też Waszej uwadze zdjęcia dokumentujące modlących się na zabłudowskiej łące ludzi i skierowane przeciwko nim akcje ZOMO.

Jak liczne wspomnienia z tamtego okresu pielęgnuje do dziś wielu mieszkańców Zabłudowa, przekonacie się oglądając minireportaż ze spotkania autorskiego zorganizowanego w miasteczku pod koniec 2014 roku:

W miejscu objawień, na łące przed Zabłudowem do dziś znajduje się także kapliczka:

„Piosenki do zwiedzania” – Marta Guśniowska

Lubię kolekcjonować książki poświęcone naszemu miastu i Podlasiu. Mamy już całkiem pokaźny zbiór publikacji przybliżających nam historię Białegostoku i regionu i z radością odkrywamy, że wciąż ich przybywa. Na półce z literaturą regionalną pojawiła się ostatnio kolejna ciekawa pozycja, która skierowana jest do dzieci. Ale i uwrażliwieni na sztukę i historię miasta dorośli zajrzą do niej z zainteresowaniem. „Piosenki do zwiedzania” autorstwa Marty Guśniowskiej to właściwie projekt, a nie po prostu książka. W bardzo ładnym wydaniu znajdziecie siedem sympatycznych wierszyków traktujących o różnych zakamarkach Białegostoku. Pomnik Praczek na Plantach, rzeźba psa Kawelina, Bojary, Domek Napoleona – to tylko część bohaterów. Do wydawnictwa dołączona jest płyta CD, a na niej aranżacje sześciu wierszy wyśpiewane przez artystów z Białostockiego Teatru Lalek. Niestety, brakuje piosenki o Praczkach, a to na nią czekałam najbardziej. Taki efekt był jednak zamierzony i nie jest to wada płyty. Przy odrobinie fantazji można zatem samemu stworzyć własną melodię do udanego tekstu i pośpiewać sobie pod nosem o trzech pracowitych praczkach.

Polecam Wam recenzję publikacji na stronie Teatr dla Was: Dusza miasta i duch teatru oraz rozmowę z twórcami na stronie Kuriera Porannego: BTL. Piosenki do zwiedzania, czyli nietypowy przewodnik po mieście. A ci z Was, którzy lubią słuchać, mogą zajrzeć jeszcze na stronę Polskiego Radia Białystok, gdzie znajdziecie relację Olgi Gordiejew.

Książkę możecie nabyć w siedzibie BTL-u przy ulicy Kalinowskiego.

_20170224_185623

„Jutro spadną gromy” – Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Maciej Skawiński

Podlasie powoli staje się modne. Ponoć coraz więcej ludzi zwiedza Białystok i okolice, o czym mówią lokalni przewodnicy. A w sieci krąży coraz więcej blogowych wpisów i relacji z podróży. Można zaryzykować stwierdzenie, że rodacy powoli odkrywają nasz region. Większość działa bardzo powierzchownie i produkuje niemalże bliźniacze opisy swoich weekendów, majówek czy tygodni w głuszy. Eskapada na Podlasie rozpatrywana jest najczęściej w kategoriach zdobycia końca świata. Wynurzenia blogerów podróżniczo-lajfstajlowych często utrzymane są w moralizatorskim tonie. Odwiedzający przełamują się, jadą hen hen daleko na północny-wschód, demonizując przy tym odległość, a po przybyciu na miejsce ze zdumieniem odkrywają, że na Podlasiu ludzie nie mieszkają w lepiankach, smacznie jedzą i ogólnie są mili i pomocni. Po paru dniach podróżnicy pałają już wielką miłością do Podlasia i obiecują, że przyjadą ponownie. Tak w skrócie można podsumować zapiski z eksploracji regionu. Zawsze zadziwiało mnie to podkreślanie niezwykle długiej drogi. Tak samo daleko jest od nas na Dolny Śląsk czy w Bieszczady, ale jednak nie odbierałam tych odległości jako czynnika hamującego mnie przed wyjazdem. Może jadąc na wschód droga się wydłuża? Oczywiście należy się cieszyć, że turystów jest coraz więcej, ponieważ to zainteresowanie przekłada się zapewne na i tak kiepską sytuację ekonomiczną regionu.

Jeżeli nudzą Was jednak takie opisy Podlasia, powinniście sięgnąć po książkę „Jutro spadną gromy” autorstwa Bartosza Jastrzębskiego, Jędrzeja Morawieckiego i Macieja Skawińskiego. Pozycja ukazała się w 2015 roku nakładem białostockiego wydawnictwa Fundacja Sąsiedzi, została wydrukowana w Białostockich Zakładach Graficznych S.A. i jest bez wątpienia jedną z ciekawszych książek poświęconych złożoności Podlasia, choć z pewnością nie jest to publikacja idealna. Zerknijcie do komentarzy pod tym artykułem. Rażą też pewne sformułowania. Czuć momentami redakcyjne niedbalstwo.

Niewiele w niej Białegostoku. Moim zdaniem nawet tych kilka wstawek jest niepotrzebnych, stanowią one bowiem najsłabsze fragmenty książki. I wybijają z rytmu. Autorzy skupiają się bowiem na niewielkim fragmencie regionu i próbują dotrzeć do istoty „podlaskiej duszy”. Wiele tu rozmów z autochtonami, sporo skomplikowanej historii, podanej jednak w przystępny sposób. Ład książki burzą niektóre zdjęcia. Szczególnie te z zaniedbanych miejsc w Białymstoku. Pasują do całości jak kwiatek do kożucha, powinny raczej trafić do „Aktivista”, ale widocznie fotograf chciał się nimi pochwalić (choć artyzmu w nich niewiele). Także wywody o Dubiczach i Narewce zakłóci Wam set ponurych fotek ze stolicy województwa. Ogólnie przekaz jest jednak wartościowy i pozbawiony wspomnianego moralizatorstwa. Książka została napisana dla każdego, więc obytych w temacie pewne rzeczy mogą nużyć, jednak po jej lekturze Wasza wiedza i świadomość bez wątpienia wzrosną.

https://i2.wp.com/ecsmedia.pl/c/jutro-spadna-gromy-b-iext33840094.jpg

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony empik.com

Zaobserwowane, zasłyszane…

Obserwowanie ludzi wokół nas potrafi być równie interesujące co obserwowanie miasta we wszystkich jego odsłonach. Codziennie mijamy mnóstwo nieznanych nam osób, czasem jesteśmy mimowolnymi świadkami ich rozmów. W przeciągu ostatnich dni byłam świadkiem dwóch sytuacji, z których jedna jest zdecydowanie budująca, a druga bardzo mocno mnie zasmuciła, ponieważ odzwierciedla brak kulturalnego obycia w naszym społeczeństwie.
Zacznijmy od sytuacji smutnej. W weekend wybrałam się do Białostockiego Teatru Lalek na “Czarodziejską górę”. Nie trzeba studiować literaturoznawstwa, aby już po tytule skojarzyć, że mamy do czynienia z jednym z największych arcydzieł literatury światowej. I bez wątpienia najważniejszą powieścią autorstwa Tomasza Manna. I że jest to książka dla dorosłych. Niestety, pewna pani dała się chyba zwieść przymiotnikowi “czarodziejski” i najwidoczniej uznała, że jest to bajka dla dzieci. Tym bardziej, że wystawiana w teatrze lalek. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na przedstawienie przyszła z synkiem w wieku 7-8 lat? Już w foyer wzbudziło to moje zdziwienie. Kto z rodziców zaserwowałby bowiem swojemu dziecku w wieku wczesnej podstawówki doznania artystyczne na tym poziomie? Nie ukrywam, że nawet w trakcie spektaklu nie dawało mi to spokoju. Tomasz Mann nie jest łatwy w odbiorze, nawet dla ludzi dorosłych. A co dopiero dla tak małych dzieci? Na scenie filozoficzne rozważania, seksualne aluzje, trupie czaszki. A na widowni mama z dzieckiem. Żebyście widzieli, jak ostentacyjnie wyszła z synkiem podczas pierwszej przerwy. Jakim krokiem! Bo ona przyszła z dzieckiem, do teatru! I to do teatru lalek! Miała być bajka o czarodziejskiej górze! Bo przecież w teatrze lalek nie ma spektakli dla dorosłych! Co to za wymysły! Prawda, że smutne? A spoglądając na to zajście z pozycji rodzica – czy nie wypada przynajmniej przeczytać, na co prowadzi się do teatru własne dziecko?
Druga sytuacja jest już na szczęście budująca. Jadąc autobusem komunikacji miejskiej, byłam świadkiem bardzo miłej rozmowy babci z wnukami. Babcia w przystępny i zajmujący sposób opowiadała dzieciakom anegdoty na temat mijanych budynków. Była wzmianka o historii budynku obecnego VI LO, później informacje o pierwszym białostockim wieżowcu u zbiegu ulic Sienkiewicza i Alei Piłsudskiego. I o powojennym odgruzowywaniu Białegostoku. A także o budowie ówczesnej Alei 1 Maja. Chłopcy słuchali swojej babci z wielkim zainteresowaniem, zadawali pytania, wyglądali przez szyby autobusu. Brawo dla tej pani! Właśnie w taki sposób przekazuje się potomnym wiedzę o mieście. I pewnie niejeden dorosły słuchał tej pani ze skrywaną ciekawością. Taki nieplanowany audioguide.
PS Ze świadomością historyczną również bywa na bakier. Dwie dziewczyny, które siedziały obok mnie w autobusie jadącym po Alei 1000-lecia Państwa Polskiego, nie mogły się nadziwić, skądże ta nazwa. „Ty, oni to chyba od chrztu liczą, nie? Te tysiąc lat? Ale to co? Wcześniej państwo nie istniało czy jak? O to chodzi?”

Dzień Otwarty w TVP Białystok

W sobotę 18 lutego wybrałyśmy się z mamą na Dzień Otwarty TVP Białystok. Decyzja zapadła spontanicznie. Mieszkamy niedaleko i mimo złej aury postanowiłyśmy wyjść z domu i udać się na Włókienniczą. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w tego typu wydarzeniach, ale tym razem ciekawość wzięła górę. Zawsze chętnie oglądam „Obiektyw”, chociaż wśród sporej części moich znajomych nie cieszy się on popularnością. Że niby taki program dla seniorów.. Ja jestem jednak zdania, że dziennikarzom udaje się zawsze zebrać ciekawy zestaw wiadomości i nawet jeśli dany dzień nie obfitował w wydarzenia wielkiej wagi, potrafią oni stworzyć interesujący serwis informacyjny. Zdarza mi się również oglądać poszczególne newsy z działu Aktualności, przede wszystkim te dotyczące tematyki społecznej i kulturalnej.

Ośrodek Terenowy TVP w Białymstoku nie należy do największych. I pewnie i nie do najbogatszych. Może to właśnie działa mobilizująco? Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na wartościowe reportaże przygotowywane przez reporterów TVP Białystok. Znajdziecie je na stronie internetowej: Białostocka Szkoła Reportażu. W poszukiwaniu materiałów wideo o Białymstoku i Podlasiu warto czasem zajrzeć i na tę stronę. Na przestrzeni lat dziennikarze i programy TVP Białystok uzyskały wiele nagród i wyróżnień: Nasze nagrody.

Z okazji dwudziestolecia można było obejrzeć naszą regionalną telewizję od środka. W godzinach od 10:00 do 14:00 zwiedzający udawali się w niedużych grupach na eksplorację ośrodka. Naszym oprowadzającym był pan Wojciech Stepaniuk. Przeszliśmy się po telewizyjnych korytarzach, zajrzeliśmy do „make up-owni”, obejrzeliśmy newsroom i studio „Obiektywu” oraz studio im. Tamary Sołoniewicz.

img_7557

img_7558

Znane twarze:

img_7547

img_7551

prompter:

img_7552

img_7553

Oglądanie „Obiektywu” już nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Myślałam, że studio jest o wiele większe, a okazuje się, że to po prostu jeden stół postawiony obok biurek, które widzieliście kilka zdjęć wyżej. Na czas emisji zasłaniane są wszystkie rolety, wygaszane światła i podświetlane czerwone słupy :)

img_7555

Z tego pomieszczenia steruje się pasmem nadawania. Co leci? Programy z pasma regionalnego czy ogólnopolskiego?

img_7538

img_7540

img_7543

To tutaj pudrują noski i nakładają makijaże :)

img_7535

img_7534

Tu pracuje chyba jakiś miłośników kotów… :)

img_7562

Chyba największe zaskoczenie. Studio im. Tamary Sołoniewicz znajduje się w oddzielnym budynku. W gruncie rzeczy jest to spora sala z mnóstwem reflektorów, które czynią cuda. Nie wpadajcie w panikę, że nie potraficie wypucować Waszych szklanych stolików. Ten telewizyjny jest cały upaćkany, ale światło czyni cuda i powoduje, że pięknie lśni na wizji. Telewizja kłamie! :)

img_7564

img_7568

16880685_10155079904960152_1999647075_o

16810316_10155079906105152_1110095713_o

To była naprawdę mile spędzona godzina. Pozostaje czekać na Dzień Otwarty w Polskim Radiu Białystok. Ale taki w sobotę, a nie w dzień roboczy w godzinach przedpołudniowych. Szanowi Państwo Radiowcy – weźcie przykład z Waszych kolegów z telewizji!

Piwnica Lalek

Wątek związany z Białostockim Teatrem Lalek nie jest nowy na moim blogu. Już wielokrotnie pojawiały się o nim wzmianki lub nawet w całości poświęcone mu wpisy, które odnajdziecie na przykład tutajtu, tutaj czy też tu. BTL to nieodłączny element mojego dzieciństwa, a także stały punkt programu podczas wizyt w Białymstoku. Warto jednak podkreślić, że akurat ten teatr to nie tylko przedstawienia, ale i długa powichrowana historia. Chociaż powstanie BTL-u datuje się na rok 1953, jego początków należy szukać już w czasach przedwojennych. Godnym uwagi jest również fakt, iż budynek przy ulicy Kalinowskiego został wzniesiony jako pierwszy budynek w Polsce pomyślany właśnie jako siedziba teatru lalkowego. Ponoć w 1979 roku nie wzbudzał zachwytu miejscowych architektów, dziś jednak na stałe wpisał się w krajobraz tej części miasta. Polecam Wam galerię zdjęć budynku, foyer, pracowni czy też zascenia. Znajdziecie ją na oficjalnej stronie BTL-u: Kulisy teatru.

Jestem bardzo ciekawa, ilu spośród Was dotarło już do Piwnicy Lalek. Nie mam na myśli pubu „Lalki”, w którym to za moich czasów spotykali się po szkole chyba wszyscy uczniowie I LO i dokąd to i ja poszłam na pomaturalne piwo. To historia sama w sobie. Piwnica Lalek mieści się zgodnie z nazwą w podziemiach budynku teatru i stanowi coś na kształt magazynu lalek, rekwizytów i kostiumów, które zagrały w przedstawieniach białostockiego teatru. Zbiory są imponujące i sięgają lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jeżeli ktoś z Was chadzał w dzieciństwie na spektakle teatru lalek, ma szansę odszukać w gąszczu zbiorów swoich bohaterów z dzieciństwa. Piwnica jest naprawdę sporych rozmiarów, składa się w dwóch sal. Można do niej zejść po każdym przedstawieniu – należy okazać ważny bilet na spektakl oraz zakupić w kasie bilet wstępu w cenie 3 zł. Raczej na zachętę, a nie w zamian, proponuję Wam wycieczkę wirtualną i wrzucam kilka zdjęć, które i ja zrobiłam podczas mojej wizyty w tym magicznym miejscu. Natomiast jeśli chcecie zainteresować teatrem lalkowym dzieci, polecam Wam aplikację Alfabet Teatru – uwierzcie mi, nie tylko najmłodsi mogą się z niej wiele nauczyć!

img_7463

img_7464

img_7465

img_7466

img_7467

img_7468

img_7469

img_7470

img_7471

img_7472

img_7473

img_7474

img_7475

img_7476

img_7477