ul. Jurowiecka 60

Pewien czas temu lokalny świat Internetu obiegła wiadomość, że miasto szykuje się do remontu ulicy 1000-lecia Państwa Polskiego, a co za tym idzie, do przebudowy ulicy Jurowieckiej na odcinku od ronda do ulicy Ciepłej. Szczególnie zasmucił mnie fakt, że ponownie wytnie się mnóstwo drzew, a nowych nasadzeń przewiduje się niewspółmiernie mało. To jest ta polityka miasta, które w folderach promocyjnych wciąż szafuje określeniem „zielony Białystok”, ale które to sukcesywnie tę zieleń w mieście niszczy. A część mieszkańców zgodnie przyklaskuje i woła „jak chcesz zieleni, to jedź do lasu, tu jest miasto!”.

Przebudowa ulicy Jurowieckiej będzie wiązać się z wyburzeniem budynków przy rondzie u zbiegu ulic Jurowieckiej i Poleskiej. Coraz głośniej mówi się, że z mapy miasta może zniknąć murowany dom na rogu wspomnianych ulic. Byłaby to ogromna strata, ponieważ jest to jeden z nielicznych przykładów tak zwanej „białostockiej szkoły muratorskiej” (budownictwo z czerwonej i żółtej cegły). Pozwolę sobie zacytować definicję tego określenia, którą znalazłam na stronie Szlak Dziedzictwa Żydowskiego w Białymstoku.

„Styl ten charakteryzował się wpływami architektury rosyjskiej oraz pruskiej, a także adaptowaniem różnych modnych na przełomie XIX i XX wieku konwencji architektonicznych: neoklasycyzmu, secesji, modernizmu i eklektyzmu”.

Owszem, dziś jest to budynek w bardzo złym stanie i mieszkanie w nim na pewno do luksusów nie należy: Dom w centrum może lada chwila runąć na głowy. Tak żyje białostoczanka z rodziną Chyba nikt nie chciałby się na takie mieszkanie zamienić. Nie wolno jednak zapominać, że obecny stan tego domu wynika z wieloletnich zaniedbań konserwatorskich i polityki miasta, któremu z zabytkami jakoś nie po drodze. Tak, jest to zabytek na miarę naszej historii. I uważam, że o taką zabudowę miasto powinno dbać. A że nie dbało, to mamy efekt jaki widać na zdjęciach… Ze względu na to, że w ostatnim czasie dość rzadko bywam w Białymstoku, chciałabym podziękować Maciejowi z Ręce precz od Dojlid za przesłanie zdjęć i zgodę na ich publikację.

W moich zbiorach znalazłam zdjęcie tego domu wykonane w grudniu 2013 roku:

https://aniaontour.files.wordpress.com/2014/02/img_1572.jpg?w=809

Nie zapominajcie, że po drugiej stronie ronda, już przy ulicy Białostoczek, również znajduje się dom w podobnym stylu. Jego stan techniczny również jest zły.

https://aniaontour.files.wordpress.com/2013/12/img_1577.jpg?w=809

Wygląda na to, że zostało już niewiele czasu na dokładne obfotografowanie tego budynku, ponieważ ulice w Białymstoku buduje się zadziwiająco szybko… Jeżeli macie jakieś zdjęcia z Jurowieckiej 60, podzielcie się nimi w komentarzach lub na innych stronach poświęconych naszemu miastu. Za kilka lat będą to prawdopodobnie fotografie archiwalne.

Reklamy

Białostockie prezenty świąteczne

Często słyszę, że najbardziej nielubianym miesiącem w roku jest listopad. Swoje złe notowania zawdzięcza on postępującym ciemnościom, spadającym temperaturom, a kiedyś również obfitym jesiennym deszczom. Jakikolwiek by on jednak nie był, listopad nigdy nie zaliczał się do moich osobistych najgorszych momentów w ciągu roku. Palmę pierwszeństwa w tej kategorii dzierży mianowicie marzec i nic nie wskazuje na to, żeby którykolwiek inny miesiąc miał szanse go zdetronizować. Listopad ma bowiem jedną niezaprzeczalną zaletę – czuć już zbliżające się Boże Narodzenie. Oczywiście unosząca się w powietrzu magia świąt jest skutecznie wykreowana przez speców marketingowych, którzy tylko czyhają na nasze oszczędności i wymyślają przeróżne sposoby, żeby wyciągnąć z naszych portfeli jak najwięcej pieniędzy. Biznes to biznes, chociaż akurat w tym wypadku ładnie opakowany.

Czy możemy coś na to poradzić? Najbardziej skrajne rozwiązanie to oczywiście rezygnacja z prezentów świątecznych. Znam nawet takie osoby, w których rodzinach prezentów się nie wręczało. Nie oceniam, akceptuję – każdy ma prawo tworzyć życie rodzinne według swoich wzorców. Wydaje mi się, że jednak zdecydowana większość z nas staje co roku przed podobnym wyzwaniem: jakie prezenty gwiazdkowe podarować najbliższym? Najczęściej nasze pomysły zależą od zasobności portfela. Ja jednak uważam, że nie wartość materialna liczy się najbardziej, a sam pomysł i dopasowanie prezentu do potrzeb i zainteresowań osoby obdarowywanej.

W tym roku już na kilka dni przed końcem listopada odetchnęłam z ulgą – wszystkie prezenty już mam! Przez ostatnie dni kurierzy i listonosz pukali do naszych drzwi kilka razy dziennie, ale teraz wszystko już czeka na wigilijny wieczór. Co roku staram się wybrać motyw przewodni poszukiwanych przeze mnie prezentów świątecznych. W ten sposób zmuszam samą siebie do kreatywności i nierzadko odkrywam nowe sklepy czy produkty. Kilka lat temu wpadłam na pomysł, żeby sprezentować tylko i wyłącznie rzeczy wyprodukowane w Polsce. Pewnego razu postanowiłam kupić prezenty w niedużych sklepach stacjonarnych. A całkiem niedawno skupiłam się na zdrowej żywności oraz na szeroko rozumianej kulturze.

Idąc tym tropem, chciałabym przedstawić na blogu pomysły na prezenty związane z Białymstokiem. Być może macie w rodzinach lub wśród znajomych lokalnych patriotów lub pasjonatów miasta, którzy ucieszyliby się z takich niestandardowych podarków. A przy okazji możecie nakręcić lokalną koniunkturę (to według mnie też swego rodzaju prezent dla lokalnych przedsiębiorców). Jeżeli stwierdzicie, że na mojej liście zabrakło jakichś ciekawych pomysłów, koniecznie dajcie o tym znać w komentarzach. A teraz: trzy, dwa, jeden – zaczynamy!

1. Książki wydane nakładem Fundacji Sąsiedzi

W ofercie Fundacji Sąsiedzi znajdziecie wiele książek poświęconych Białemustokowi oraz Podlasiu. Są to zarówno albumy ze zdjęciami, jak również reportaże (w tym lubiana przeze mnie książka „Jutro spadną gromy”, którą polecałam tutaj). Ciekawym pomysłem na białostocki prezent jest moim zdaniem album W obiektywie białostockiego fotoreportera 1956-1980 Jest to Białystok, który znam tylko z opowiadań, ale tym chętniej oglądam zdjęcia z tamtego okresu. Książkę możecie zakupić w sklepie internetowym (opcja wysyłki lub odbioru osobistego). Aktualnie jest w cenie promocyjnej!

W obiektywie białostockiego fotoreportera 1956-1980

źródło fotografii

2. Białystok. For the players!

Jeśli tak jak ja lubicie gry planszowe i karciane, nie przejdziecie obojętnie obok gry przygotowanej przez Centrum Ludwika Zamenhofa. „Gra karciana. Poznaj Białystok. Miasto Wielu Kultur” przeznaczona jest dla osób powyżej 8 roku życia. Kosztuje 20 zł i można ją zakupić w CLZ przy ulicy Warszawskiej. Nie dość, że zintegruje, a jeszcze nauczy. Bo o mieście, w którym się mieszka, trzeba przecież coś wiedzieć! Zajrzyjcie koniecznie pod ten adres.

Gra karciana Poznaj Białystok

źródło fotografii

3. Dziewczynka z konewką

Białystok powoli staje się coraz bardziej rozpoznawalny na muralowej mapie Polski. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ sama chętnie podróżuję szlakami murali i chętnie uwieczniam je na zdjęciach. Nasz najsłynniejszy mural, można nawet rzec „towar eksportowy”, wszak dotarł przez Chorwację aż do Chin, to oczywiście kultowa już Dziewczynka z konewką. W ubiegłym roku WOAK wypuścił całą serię gadżetów z wizerunkiem dziewczynki – od kubków, poprzez magnesy, notesy, torby lniane po plecaki. Można je było kupić stacjonarnie w siedzibie WOAK-u. Zainteresowanie było jednak ogromne i trzeba liczyć się z tym, że nie wszystkie rodzaje produktów są dostępne. W sklepie Sljedzik możecie jednak wciąż zaopatrzyć się w kołonotatnik, magnesy oraz torbę na ramię.

źródło fotografii

4. Regionalny T-Shirt

Białystok nie może niestety poszczycić się zbyt wieloma firmami odzieżowymi, które w umiejętny sposób łączyłyby modę z dobrymi gatunkowo ubraniami. Kilka lat temu swoich sił próbowało Xoroshe, jednak po cichutku zniknęli z rynku. Według mnie ich dizajn zbyt mocno koncentrował się na białoruskim wzornictwie ludowym, ale można było znaleźć w ich ofercie również fajne bluzy czy koszulki, które w subtelny sposób odnosiły się do folkowych i podlaskich klimatów.

Zawsze możemy zakupić jednak koszulkę z białostockim czy podlaskim nadrukiem. W sklepie KOSZULKOWO (mają swoją siedzibę przy ulicy Przędzalnianej) zakupicie na przykład t-shirt z napisem Dla mnie się podoba Podlasie (wersja męska i damska) albo Podlaskie dla mnie się podoba (wersja męska i damska). Jeśli znacie kogoś, kto nadużywa „dla” na podlaską modłę, ale jednocześnie ma spore lub duże poczucie humoru, prezent będzie pasować jak ulał! We wspomnianym już Sljedziku znajdziecie z kolei damski t-shirt ze śledziem oraz męski z Duchem Puszczy.

Dla mnie się podoba T-shirt damski Granatowy XXL

źródło fotografii

5. Pościel z firmy Andropol

W zeszłym roku szukałam zestawów pościeli. Chciałam kupić polską pościel, a nie kolejną z Ikei. Tym sposobem trafiłam na firmę Andropol i ich zestawy pościelowe z bawełny RENFORCÈ. Mają ciekawe wzory, różne rozmiary, przystępne ceny (warto zajrzeć również do sekcji wyprzedażowej), a co najważniejsze, na opakowaniu widniał białostocki adres produkcji :) Jeśli chodzi o użytkowanie – pościel sprawuje się świetnie i posłuży nam jeszcze długie lata. Także polecam!

6. Białystok na płycie CD

Pamiętacie mój wpis poświęcony teledyskom nakręconym w Białymstoku? Warto pamiętać o regionalnych twórcach i wspierać ich muzykę. Jeśli znacie kogoś, kto lubi muzykę zespołu Cochise (to w nim śpiewa Paweł Małaszyński), możecie podarować mu ich płyty. Kupicie je chociażby na Allegro, a nawet w Empiku. Nie zapominajmy o hip hopie. Białystok to małe zagłębie hip hopowców. Ja szczególnie lubię Lukasyno. Podobają mi się jego teksty oraz ciekawe aranżacje utworów. Płyty z jego twórczością również dostępne są w salonach Empik. Także Cira wart jest uwagi. Jeśli lubicie jego twórczość, zagadajcie go na facebooku, czy aby nie ma jeszcze przypadkiem jakichś egzemplarzy na sprzedaż bardzo białostockiego albumu „Pocztówki z miasta B”.

Bard - Lukasyno

źródło fotografii

7. Coś dla najmłodszych – Rodzicu, czytaj dziecku 20 minut dziennie. Codziennie.

Pamiętajcie – jeśli od małego będziecie krzewić w dzieciach miłość do czytania, w przyszłości będzie to procentować. Dlaczego nie poczytać czasem wspólnie książek, które mają na celu lepsze poznanie Białegostoku? W Sljedziku kupicie publikację Śledź historię Pałacu Branickich za jedyne 19 zł! To mniej więcej tyle samo co cena przeciętnej książeczki dla dzieci kupowanej w sieciowej księgarni. A walory edukacyjne nie do przecenienia. Książka sprawdzi się idealnie przed spacerem po Ogrodach Branickich.

źródło fotografii

[EDIT, 06.12.2018]

W tym samym sklepie możecie również zaopatrzyć się w książeczki z serii o Żubrze Pompiku. Książki przewidziane są dla dzieci w wieku 3+. Myślę, że to ciekawa propozycja wspólnej lektury i doskonała zachęta do rodzinnego wyjazdu do Białowieży.

źródło fotografii

W kasie Białostockiego Teatru Lalek zakupicie z kolei książkę z piosenkami pod wiele obiecującym tytułem Piosenki do zwiedzania. Do publikacji dołączona jest płyta CD z aranżacjami muzycznymi. Najważniejsze miejsca w Białymstoku zostały zaprezentowane w iście bajkowym stylu. Wspólne czytanie i słuchanie (a może i śpiewanie?) to dobry pomysł na długie zimowe wieczory :) Ja ją mam!

8. Modne zabawki z Labalu

W Warszawie jak grzyby po deszczu wyrastają sklepy z tak zwanymi modnymi zabawkami. Spokojnie można byłoby dorzucić do ich asortymentu zabawki tworzone przez panią Annę Sawicką z Labalu. Jej lalki i pluszaki są również do nabycia stacjonarnie i wysyłkowo w niezastąpionym Sljedziku. Ceny są wprawdzie średnie, a nawet wysokie, ale należy pamiętać, że te zabawki naprawdę wykonano ręcznie.

źródło fotografii_1

9. Szydło, MYDŁO i powidło

Od pewnego czasu przeżywam renesans mydła w kostce. Przez wiele lat używałam mydła w płynie, jednak zrezygnowałam z niego na korzyść tego tradycyjnego. Dlaczego? Po pierwsze: mydło w płynie ma zazwyczaj nieciekawy skład. Po drugie: strasznie wysusza mi dłonie. Całkiem przypadkiem natknęłam się kiedyś na białostockie manufaktury mydła i od kilku lat jestem ich wierną klientką. Z czystym sumieniem mogę Wam polecić Mydlarnię Cztery Szpaki. Poza tradycyjnym mydłem w kostce kupicie u nich również musy co ciała, peelingi, hydrolaty, kule kąpielowe czy serum do włosów. Wszystko na bazie naturalnych składników. Cztery Szpaki mają swój sklep stacjonarny przy ulicy Kaczorowskiego (w bloku z niebieską stolarką…). Opłaca się jednak założyć u nich konto klienta, ponieważ mają fajny program lojalnościowy. Odbiór osobisty w Białymstoku oczywiście gratis :)

Pięciopak Mydlarni Cztery Szpaki

źródło fotografii

Drugą mydlarnią, która zasługuje na polecenie, jest maleńka firma SVOJE. Pani Aleksandra produkuje mydła oraz inne kosmetyki naturalne. W ofercie jej sklepu znajdziecie na przykład maseczki do twarzy, olejki do ciała czy nawet krem do twarzy. Jeżeli zależy Wam na bardzo regionalnym produkcie, w SVOJE kupicie również mydło żubrowe. Doczekało się ono nawet niemieckojęzycznej etykiety :) Odbiór kosmetyków w Białymstoku przy ulicy Narewskiej. Także jeśli chcecie, możecie zaoszczędzić na kurierze i przy okazji być eko :)

źródło fotografii

Bardzo bogatą ofertę kosmetyków naturalnych ma również Miodowa Mydlarnia (odbiór kosmetyków na Jaroszówce przy ulicy Rycerskiej lub różne opcje wysyłki). Znajdziecie u nich mydła i kosmetyki na bazie miodu, w tym również specjalną świąteczną edycję (mydełka w kształcie choinki, bałwanka, renifera, wieńca, skarpety…). I tu chwila refleksji – być może przesadzam, ale nie do końca podoba mi się skład mydeł z Miodowej Mydlarni. Otóż zawierają one olej palmowy. I choćby nie wiem jak mnie przekonywali, że pochodzi on ze ściśle kontrolowanych upraw itp., to ja jednak mówię NIE. Czy jestem zbyt ostra w ocenie? Cztery Szpaki i SVOJE pokazują, że można tworzyć świetne kosmetyki bez użycia oleju palmowego. Producenci zdrowej żywności szczycą się, że go nie używają. Zatem nie wierzę, że nie można z niego zrezygnować w Miodowej Mydlarni. Ale oczywiście każdy kieruje się swoimi upodobaniami, dlatego nie zniechęcam nikogo do zakupów w tym sklepie :)

mydło naturalne RENIFER

źródło fotografii

10. Wydawnictwa dla pasjonatów historii

W Muzeum Podlaskim możecie zakupić różne książki poświęcone miastu i regionowi. Warto zajrzeć do ratusza i zobaczyć, jakie pozycje są wyłożone w gablocie obok kasy. Zawsze można też zajrzeć na ich stronę internetową i wyszukać coś ciekawego. Mnie zainteresowały takie tytuły jak „W poszukiwaniu tożsamości miasta. Architektura i urbanistyka Białegostoku w latach 1795-1939”, „W białostockich karczmach, zajazdach i restauracjach”, „Ulica Warszawska” czy „Rynek Kościuszki”. Mogę Wam także polecić „Sekrety Białegostoku” autorstwa Andrzeja Lechowskiego. Bardzo przyjemna lektura!

źródła fotografii

[EDIT, 06.12.2018]

Jeżeli tak jak ja jesteście miłośnikami fotografii miejskiej, w tym tak zwanej fotografii spacerowej, znacie na pewno postać Bolesława Augustisa. Kilka lat temu ukazał się piękny album z wyborem jego najciekawszych zdjęć (chociaż czy można mówić o najlepszych zdjęciach Augustisa, skoro właściwie wszystkie są rewelacyjne?). Obecnie do kupienia jest kolejna publikacja z jego fotografiami pod tytułem „Augustis 2.0”. Książka nie jest tania, kosztuje 100 zł, ale jeśli znacie kogoś, kto ucieszyłby się z takiego prezentu i możecie sobie pozwolić na taki wydatek, na pewno nie będzie to pieniądz wyrzucony w błoto. Album kupicie w Galerii Arsenał (stacjonarnie i wysyłkowo).

źródło fotografii

11. Literatura piękna z Białymstokiem (lub Podlasiem) w tle

Książka to doskonały prezent. Praktycznie na każdą okazję. Chociaż od pewnego czasu panuje w Polsce moda na literaturę faktu i reportaż, nie należy zapominać o starej, dobrej powieści obyczajowej. Niewiele jest książek, których akcja rozgrywa się w Białymstoku. Pytałam Was kiedyś na moim profilu na facebooku, w których powieściach Białystok jest tłem wydarzeń. Wielu z Was wskazało na „Kosmos w Ritzu” autorstwa Miłki Malzahn (koniecznie muszę przeczytać tę książkę!) oraz na książki Ignacego Karpowicza. Ja z pełnym przekonaniem polecam z kolei „Odzyskać utracone” Katarzyny Kołczewskiej. Jeżeli znacie przedstawicielkę płci pięknej, która lubi Białystok i lubi czytać, warto zainteresować się tą książką.

źródło fotografii

Wiem, że również Katarzyna Bonda umiejscowiła akcję „Florystki” w Białymstoku oraz „Okularnika” w Hajnówce i okolicach. Ale akurat fenomenu tej autorki nie pojmuję. Jej książki czyta mi się ciężko, poza tym sam Białystok nie jest wiernie odwzorowany i już na samej topografii miasta pani Bonda się wykłada.

Jest jeszcze jedna książka, która mnie intryguje, ale której nie miałam jeszcze okazji przeczytać: „Jeremiasz” Piotra Nesterowicza. Do tej pory czytałam tylko jego reportaże (o dwóch z nich wspominałam w sekcji „książki” na moim blogu), ale mam ochotę zanurzyć się w jego mistyczne Podlasie przełomu XIX i XX wieku.

Jeremiasz - Nesterowicz Piotr

źródło fotografii_2

12. Małe dzieła sztuki z Galerii „Pod Aniołami”

Na pewno znacie to miejsce z widzenia. Obok cerkwi na ulicy Lipowej znajduje się mała pracownia artystyczna, a w niej same cuda (i trochę pamiątek z Białegostoku). Sztuka jak to sztuka – tania nie jest, ale imponuje. Znam nawet ludzi, którzy przyjeżdżają do tej galerii specjalnie z Warszawy (i nie są w żaden sposób związani z Białymstokiem). Warto się odważyć i zajrzeć do anielskiego świata. Nawet Trip Advisor poleca.

źródło fotografii_3

13. Bilet do kultury

Wiem, że mamy w Białymstoku tylko dwa teatry i jedną operę połączoną z filharmonią. Jednak nie można wciąż tylko ubolewać nad tym stanem rzeczy. Zamiast utyskiwania lepiej zajrzeć na ich strony internetowe i zapoznać się z repertuarem. Miłym prezentem będą z pewnością bilety do teatru lub do opery. Ja dwa lata temu sprezentowałam rodzicom bilety do opery (wybrałam styczniowy termin, żeby mogli jeszcze poczuć magię świąt). Byli bardzo zadowoleni. W kasie opery możecie kupić bilety w formie zaproszenia (nie widać wtedy ceny biletu). Warto zajrzeć również na stronę Białostockiego Teatru Lalek. Osobiście mogę iść w ciemno na każdy ich spektakl dla dzieci i dla dorosłych. Nigdy się nie rozczarowałam :)

14. Meet Me Halfway…

Open Air, Tauron Nowa Muzyka, Off Festival, Orange Festival , Audioriver – żeby wziąć udział w tych festiwalach, trzeba wyjechać przynajmniej do Warszawy. A najczęściej jednak kawałek dalej. Jest jednak jeden festiwal, który przyciąga do Białegostoku miłośników muzyki folkowej, alternatywnej, często ze skandynawskim rodowodem. To oczywiście Halfway Festival, który w 2019 roku odbędzie się w ostatni weekend czerwca. Ruszyła już sprzedaż karnetów w cenie promocyjnej – 120 zł za bilet ulgowy, 140 zł za bilet normalny. Aaaa, ja bym brała!

Ilustracja

źródło fotografii

15. Coś na ząb

To może niekoniecznie stricte białostocki prezent, ale ściśle związany z regionem. Podlasie zdrowym jadłem stoi – dlaczego nie podzielić się z bliskimi czymś pysznym? W sklepie internetowym Dary Natury znajdziecie ofertę prezentową: kosze, skrzyneczki… Możecie również skomponować coś sami i dopasować produkty do upodobań osoby obdarowywanej. Nie zapominajcie też o miodach – bardzo duży wybór znajdziecie w sklepie Apis przy ulicy Brukowej (vis a vis I LO), a we wspomnianej Galerii „Pod Aniołami” udało mi się kiedyś kupić miody z okolic Tykocina. Z doświadczenia wiem, że prezenty tego rodzaju potrafią sprawić radość nieco starszym członkom rodziny :)

[EDIT, 06.12.2018]

16. Urocze kosmetyczki z podlaskiej firmy Oak Root

Wspomniana już wyżej mydlarnia SVOJE zaprezentowała dziś na swoim profilu w mediach społecznościowych kolejną ciekawą markę rodem z Podlasia. Oak Root to młoda podlaska firma, która tak się definiuje:

„W Oak root tworzymy ponadczasowe, klasyczne kroje ubrań z naturalnych polskich tkanin. Wszystkie modele są projektowane w naszej pracowni i produkowane w Polsce.

Chcemy tworzyć dla Was ponadczasowe ubrania, w których będziecie się czuli świetnie, zarówno podczas spaceru w lesie jak i w trakcie zwiedzania wielkich miast”.

Na razie oferta skupia się głównie na akcesoriach, ale trzymam kciuki, żeby w ich sklepie internetowym pojawiało się coraz więcej ubrań. Mnie urzekły jednak kosmetyczki. Do wyboru macie kilka wzorów – znajdziecie je w zakładce akcesoria. Znajdziecie je w rozmiarach mini i midi. Drobiazg, ale może się podobać!

źródło fotografii

[EDIT, 06.12.2018]

17. Podlasie przez okrągły rok

Piotra z Fundacji Zapomniane Podlasie miałam okazję poznać osobiście. To pasjonat naszego regionu. Podziwiam jego działania na rzecz uwiecznienia tych zakątków Podlasia, które znikają szybciej niż nam się wydaje. Jeżeli znacie kogoś, kto fascynuje się Podlasiem i lubi tradycyjne kalendarze ścienne, zerknijcie do sklepu na ich stronie internetowej. Za 24 zł (z odbiorem osobistym w Galerii „Pod Aniołami”, o której wspominałam wcześniej) możecie podarować komuś cząstkę Podlasia na każdy miesiąc 2019 roku.

źródło fotografii

[EDIT, 10.12.2018]

18. Bardzo profesjonalne plecaki, torby i sakwy na rower

Jeśli znacie kogoś, kto uprawia profesjonalną turystykę rowerową i macie przy okazji sporo pieniędzy na prezenty, możecie zajrzeć do sklepu MixedWorks. W ich ofercie znajdziecie torby i plecaki, których ceny oscylują między 120 a 229… Euro. Widać, że jest to sklep nastawiony na klienta zagranicznego, ale miło, że również takie przedsiębiorstwa mieszczą się w Białymstoku :) Jeśli nasz budżet nie przewiduje aż tak dużych wydatków, możemy zajrzeć do sklepu Crosso. W ich sklepie internetowym znajdziemy również szeroki wybór toreb oraz sakwy rowerowe w nieco niższych cenach.

Za polecenie obu sklepów chciałabym podziękować jednej z moich Czytelniczek :)

Mam nadzieję, że udało mi się zainsiporwać Was do świadomego poszukiwania prezentów. Wiadomo – najłatwiej kupić perfumy, krawat czy zestaw kosmetyków w Rossmannie. Nie twierdzę, że takie podarki są złe – któż z nas nie lubi dostawać eau de parfum… :) Ale może warto sprawić sobie samemu radość podczas szukania prezentów dla najbliższych i dorzucić każdemu chociażby mały białostocki akcent? I przy okazji zapoznać się z ofertą regionalnych producentów?

Polecam.

Ania

Jeden z ostatnich…

Im człowiek starszy, tym bardziej idealizuje okres dzieciństwa i wczesnej młodości. Coś, co nie wzbudzało kiedyś większych emocji, urasta dziś do rangi wspomnień najwyższej klasy. Tak też właśnie postrzegam zabawy na peryferyjnych wówczas ulicach mojego osiedla. Suwalska, Giżycka, dolny odcinek Sitarskiej – piaszczyste ulice, które poza małym wyjątkiem związanym z budową estakady wciąż nie ujrzały polbruku czy asfaltu. Szczególnie dobrze pamiętam okolice wyburzonego domu, za którym rosły bujne drzewa mirabelki. A obok stał stary drewniany dom… Ostatnio było o nim trochę głośniej za sprawą jednej z lokalnych grup na facebooku. Niektórzy spisali go już nawet na straty i uparcie twierdzili, że przecież został zburzony! A tu psikus, bo to jeden z tych ostańców, które jeszcze trwają. I mimo swojej niekoniecznie najlepszej kondycji, wciąż stoją, a zieleń coraz gęściej i ciaśniej je obrasta.

W tym samym ciągu domów, tuż przy ulicy Oleckiej, dość długo trwał podobny drewniak. Obecnie na jego miejscu buduje się nowy dom jednorodzinny. W rejonie Suwalskiej i Giżyckiej natkniecie się ponadto na dwa bordowe drewniane domy z pięknie ukwieconymi ogrodami. Zatem jeszcze nie wszystko stracone, ale dawny Białostoczek żegna się z nami po cichu…

A teraz otwieram oczy niedowiarkom – oto on, dom przy ulicy Suwalskiej 6A.

Białostoczek w fazie zmian

Jak większość z Was pewnie już wie, w Białymstoku wychowałam się na osiedlu Białostoczek i to właśnie ta część miasta jest mi z oczywistych względów najbliższa. Chociaż na stałe mieszkam już od trzynastu lat w stolicy, bywam częstym gościem w rodzinnym domu i staram się być na bieżąco ze wszelkimi zmianami zachodzącymi na „moim” białostockim osiedlu. A tych jest w ostatnim czasie sporo.

Podczas Świąt Wielkanocnych miałam okazję pozwiedzać Białostoczek po dłuższej przerwie i chciałabym podzielić się z Wami moimi refleksjami.

Po pierwsze – nowa sala gimnastyczna przy SP 26. To moja macierzysta podstawówka, z którą mam bardzo dobre wspomnienia i którą z perspektywy czasu coraz lepiej oceniam. Już na początku lat 90 mieliśmy tam białe tablice, sale lekcyjne wyłożone wykładziną, ławki ustawione w kształt tak zwanej podkowy, pojedyncze stoliki i obracane krzesełka – niczym w amerykańskim filmie. Dwie sale informatyczne – to również był powód do dumy! Oczywiście nie wszystkie klasy były tak nowoczesne, jednak był to pewien ewenement jak na tamte czasy. Tym większy szok przeżyłam, kiedy po reformie musiałam zmienić SP 26 na gimnazjum w budynku SP 42. Wyposażenie obu szkół różniło się znacznie. Pod tym względem SP 26 wygrywała, zostawiając konkurentkę daleko w tyle. Warto podkreślić, że obie szkoły niespecjalnie się lubiły. Tak delikatnie mówiąc. Pamiętam „ustawki” po rekolekcjach – oczywiście brali w nich udział uczniowie starszych klas. Doszło do tego, że rekolekcje dla obu szkół organizowano w dwóch różnych terminach, aby uniknąć konfrontacji zwaśnionych uczniów. Dziś wspominam to oczywiście z uśmiechem, ale za czasów szkolnych była to sprawa najwyższej rangi! Dzięki reformie uczniowie obu szkół ostatecznie przemieszali się i polubili, zawiązały się przyjaźnie, które trwają do dziś. O ile dwudziestka szóstka deklasowała czterdziestkę dwójkę wyglądem i wyposażeniem sal, o tyle ta druga miała coś, czego zawsze jej zazdrościliśmy – dużą salę gimnastyczną! Moja podstawówka to mała szkoła wybudowana w latach 60. Nigdy nie mogła poszczycić się salą gimnastyczną czy rozbudowanym blokiem sportowym. Sala była maleńka, w kącie składowało się materace do ćwiczeń, a zajęcia z gimnastyki korekcyjnej odbywały się w małej sali lekcyjnej zaadaptowanej na te potrzeby. Kilka lat temu zgłoszono projekt do budżetu obywatelskiego zakładający remont boisk przy SP 26. Na szczęście zdobył on odpowiednią liczbę głosów i został zrealizowany, dzięki czemu nie trzeba już grać w piłkę na betonowym boisku czy biegać po żwirowej bieżni. Z radością stwierdziłam, że przy szkole powstaje również nowa sala gimnastyczna. Myślę, że jest to powód do zadowolenia, a szkoła będzie potrafiła skorzystać na tym finansowo, wynajmując halę wieczorami. Pierwsza zmiana na osiedlu – in plus!

Po drugie – ścieżka rowerowa. Jestem pieszym, jeżdżę na rowerze i mam prawo jazdy – mogę zatem spojrzeć na tę nową inwestycję z wielu perspektyw. Uważam, że jest niekoniecznie trafiona. Już wyjaśniam mój punkt widzenia. Ścieżkę poprowadzono po tej bardziej ruchliwej stronie osiedla. Droga rowerowa przecina wjazd do Biedronki, ulicę Białostoczek i ulicę Zagumienną. Wieszczę problemy. Nie chcę wybielać kierowców, którzy najczęściej ignorują rowerzystów na ścieżkach, z drugiej strony obserwuję, z jaką brawurą pędzi wielu rowerzystów, mając wszystkich i wszystko w głębokim poważaniu. Akurat te trzy skrzyżowania z ulicą Radzymińską mogą być problematyczne. Poza tym chodnik po tej stronie ulicy został zwężony do minimum. A jednak więcej pieszych przemieszcza się właśnie tym ciągiem, ponieważ zmierza do przychodni, apteki, na przystanek na Zagumiennej, do Stokrotki oraz do Biedronki. Po drugiej stronie ulicy mamy kościół i szkołę – natężenie ruchu pieszego jest tam jednak mniejsze. Również tam umiejscowiona jest stacja wypożyczalni rowerów. Dlaczego zatem właśnie tam nie wybudowano drogi rowerowej? Tym bardziej, że na skrzyżowaniu z Sitarską i tak trzeba będzie przejechać na drugą stronę ulicy? Moim zdaniem komuś zabrakło wyobraźni. Zwróćcie uwagę, jak wąski jest obecnie chodnik wzdłuż ścieżki. Z trudem miną się na nim dwa wózki dziecięce, na bank ludzie notorycznie będą wchodzić na drogę dla rowerów, ale wcale niekoniecznie z powodu ignorancji.

Po trzecie – rondo i przedłużenie ulicy Sitarskiej. Mam do tej inwestycji osobisty stosunek, ponieważ jest ona realizowana na „mojej” części osiedla. Wiem, że prawie całe miasto na nią czeka, moja rodzina jednak niekoniecznie. Jak to mówią – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszyscy zadowoleni z inwestycji podkreślają, że plany na budowę tej drogi wytyczono kilkadziesiąt lat temu – prawda to. Jednak w międzyczasie pozwolono tam wybudować ludziom domy, a w 2006 roku wydano również pozwolenia na ich rozbudowę. Taki feler. Ale w Polsce nic mnie już nie zdziwi. Ulica będzie generować spory hałas i spaliny. A jeśli trafi się na opuszczony szlaban na przejeździe kolejowym, szybko stworzy się korek. I od razu uprzedzam – mieszkanie w mieście nie oznacza według mnie bezrefleksyjnej akceptacji narastającego hałasu ulicznego. Ilekroć przeglądam „mądre” fora internetowe, napotykam komentarze w stylu „Jak się hałas w mieście nie podoba, to wyprowadź się na wieś”. Bardzo przyziemna logika, ale moim zdaniem zupełnie niesłuszna. Mieszkanie w mieście nie musi, a nawet nie powinno być dyskomfortem. Można wymagać mądrego poprowadzenia arterii komunikacyjnych, zachowania zieleni i swoistego szacunku dla mieszkańców. Chyba nikt nie chciałby zamieszkać w bloku przy ulicy Radzymińskiej 46 – właśnie tam tuż przed oknami i balkonami przebiegnie ta ruchliwa trasa. Oby na estakadzie pojawiły się ekrany akustyczne – w przeciwnym razie będzie to swoista agonia hałasem. Chciałabym zwrócić uwagę na to, że sama budowa tej ulicy przebiega bardzo chaotycznie i jest, za przeproszeniem, upierdliwa. Wieczne rozkopy, błoto, brak wytyczonych ciągów pieszych. Spójrzcie również na ulicę Hajnowską, na której asfalt urywa się tuż za skrzyżowaniem. Otóż ulica Hajnowska nie należy ponoć do miasta, lecz do policji. Zatem szykujcie się na nagły uskok i zasuwajcie dalej po wyeksploatowanej trylince. Jestem też bardzo ciekawa, jak rondo zachowa się po ulewie. Jest położone w lekkim zagłębieniu, będzie doń zatem spływała woda. A wiecie, jak się teraz buduje kanalizację w Białymstoku – każda ulewa nam o tym przypomina… Powiem tak – mam nadzieję, że moje obawy nie sprawdzą się :)

EDIT: Terminy gonią, więc drogowcy uraczyli dziś (29.04.) okolicznych mieszkańców robotami w niedzielę. Piękna pogoda, a człowiek nawet w ten jeden dzień w tygodniu nie może odpocząć od hałasu maszyn. Brawo za poszanowanie prawa do ciszy i wypoczynku…

[Mam trochę zdjęć z okresu wczesnej budowy – obiecuję, że je opublikuję, żeby tacy nostalgicy jak ja mogli powspominać dawne czasy].

Po czwarte – zniknął chodnik na ulicy Sitarskiej, na którym uczyłam się z dziadkiem nazw polskich rzek. Już wyjaśniam. Asfalt na chodniku (przy dawnym kiosku) był popękany. Spacerując z dziadkiem, uważałam, żeby nie nadepnąć na linie pęknięć, ponieważ to właśnie one były rzekami :) Im grubsza wyrwa, tym większa rzeka. Niby banalna sprawa, a łączy przyjemne (spacer z dziadkiem) z pożytecznym (nauka). Pozostańmy jeszcze na chwilę w kwestii chodnikowej. Muszę jeszcze ponarzekać. Zawsze myślałam, że na Białostoczku są zadbane chodniki, podjazdy dla wózków i że łatwo się tam spaceruje z wózkiem dziecięcym. Ekhm, byłam w błędzie. Dziś powiedziałabym, że to osiedle cechuje nadmiar wąziutkich chodniczków, wkurzających krawężniczków i źle wyprofilowanych podjazdów.

Po piąte – żegnajcie sady… Białostoczek położony jest na terenie dawnych sadów, dlatego jest, a raczej coraz bardziej było tam tak wiele drzew owocowych. Jabłka, mirabelki – to nieodłączny element osiedlowego krajobrazu. Dziś sukcesywnie się te owocowe drzewa wycina, a wraz z ich znikaniem znika również Białostoczek mojego dzieciństwa. Taka kolej rzeczy, świat się zmienia, miasto uprawia swoją politykę, której z zielenią coraz rzadziej po drodze. Jedni powiedzą, że to jest właśnie rozwój na miarę miasta. Ja powiem, że jest to pomyłka. Ci pierwsi powiedzą, że żyję wspomnieniami, a przecież i tak mieszkam gdzie indziej. Ja powiem, że cieszę się, że mam tak dobre i kolorowe wspomnienia, a gdy dopadnie mnie nostalgiczny nastrój, pooglądam sobie zdjęcia osiedla, które zrobiłam kilka lat temu. Cieszę się, że je mam.

Jak wiecie, mój blog nosi nazwę BIAŁYSTOK WEDŁUG ANI. To, co tutaj publikuję, to moje opinie i spostrzeżenia. Mam do nich prawo, tak jak Wy, drodzy Czytelnicy, macie prawo do swoich własnych. Szanujmy to.

Kulturalny 2018 rok

O kondycji szeroko pojętej kultury w Białymstoku pisałam już kiedyś w notatce Wspierajmy kulturę! W Białymstoku też! Jej treść wciąż jest aktualna, chociaż minęły już dwa lata od publikacji tego wpisu. Dlaczego nawiązuję do moich przemyśleń z tego obszaru? Otóż dostałam od Kamili prezent – kalendarz ścienny z białostockimi muralami oraz kalendarz kulturalny, które to ukazały się dzięki Urzędowi Miejskiemu w Białymstoku. O ile kalendarze ścienne miałam już w poprzednich latach, o tyle wersja książkowa kalendarza z wymienionymi wydarzeniami kulturalnymi wpadła mi w ręce po raz pierwszy. Moim zdaniem jest to bardzo wartościowa publikacja dla wszystkich tych, którzy są szczerze zainteresowani tym, co dzieje się w mieście, zazwyczaj cyklicznie. Oczywiście nie znajdziemy tu opisów koncertów organizowanych przez prywatne podmioty, ale zawsze możemy uzupełnić kalendarium o te wydarzenia, które nas interesują.

Podejrzewam, że część z Was spojrzy na ten wachlarz miejskich wydarzeń krytycznym okiem i uzna, że akcje typu wspólne kolędowanie w Galerii Sleńdzińskich (to tylko przykład!) za mało imponujące. Być może. Faktycznie nie jest to atrakcja, która zapisze się w annałach historii. Odnoszę jednak wrażenie, że twórcom kalendarza chodziło również o to, by pokazać, jak wiele mniejszych przedsięwzięć na polu kulturalnym ma miejsce często w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. I może zachęci przysłowiowego Kowalskiego, by zamiast prosto do domu, zaszedł po pracy na wykład, mini koncert czy wernisaż wystawy. To także cenna wskazówka dla osób samotnych, które dzięki tego rodzaju inicjatywom mogą poznać nowych ludzi i przy okazji dokształcić się kulturalnie.

Nie oszukujmy się, Białystok to nie stolica ani bardzo duże miasto i trudno oczekiwać tu wydarzeń na miarę koncertu The Rolling Stones czy wystawy obrazów Fridy Kahlo. Ale mimo wszystko dzieje się w Białymstoku sporo, wystarczy chcieć poszukać lub zwyczajnie skorzystać z tych imprez, na które zjeżdżają do Białegostoku ludzie z całej Polski (i tu ponownie odsyłam do wspomianengo na samym początku wpisu z 2016 roku). Trzeba chcieć, bo z samego narzekania nic jeszcze nie wynikło.

Ilu z Was słyszało już, jacy pisarze zjadą do Białegostoku na kwietniowe targi książki? :) Lista jest imponująca! Warto się z nią zapoznać!

Fasty – to była marka!

Kilka lat temu odwiedziłam Galerię Sztuki Socrealizmu przy Muzeum Zamoyskich w Kozłówce (woj. lubelskie). Zwiedzanie tamtejszej wystawy to prawdziwa podróż w czasie, szczególnie dla kogoś, kto w PRL-u wprawdzie się urodził, ale z autopsji praktycznie go nie zna. Gdyby nie liczne zdjęcia, za wykonywanie których będę moim Rodzicom dozgonnie wdzięczna, bazowałabym tylko na ich opowiadaniach, a dzięki fotografiom jestem w stanie wyobrazić sobie, jak to życie w latach 80 musiało wyglądać. Moje osobiste wspomnienia zaczynają się kształtować dopiero na przełomie lat 80 i 90, czyli już w okresie tak zwanej transformacji.

Wróćmy jednak do Kozłówki. Socrealizm to oczywiście nie lata 80, w których się urodziłam, lecz okres dużo wcześniejszy. W Kozłówce znajdziemy pomniki, obrazy, rzeźby, grafiki czy plakaty z lat 50. Natknęłam się tam między innymi na plakat ilustrujący założenia PLANU 6-LETNIEGO z mapką Polski i naniesionymi nań wielkimi budowlami socjalizmu. Przy Białymstoku umieszczono oczywiście Kombinat Włókienniczy w Fastach.

Dziś o Fastach, czołowym zakładzie włókienniczym minionej epoki, możemy czytać tylko w czasie przeszłym. Na szczęście dostępne są liczne artykuły i reportaże, ilustrujące rzeczywistość zakładową tamtych lat i jego znaczenie dla rozwoju białostockiego przemysłu. Szczególnie polecam Wam następujące adresy:

Fasty były szansą na rozwój Białegostoku (Kurier Poranny, 29.03.2014)

Odkrywamy Białystok. Białystok stał Fastami. Kiedyś pracowało tam ponad 7 tys. ludzi (Kurier Poranny, 27.07.2016)

Odkrywamy Kombinat Fasty – sztandarowy zakład podlaskiego socjalizmu (Dziecko komuny, 17.11.2015)

Upadek kolosa (Kurier Poranny, 30.11.2006)

„Kombinat Fasty” – reportaż Joanny Sikory (Polskie Radio Białystok, 01.05.2017)

W mojej rodzinie krąży też zabawna opowieść dotycząca tkanin produkowanych w Fastach. Swego czasu moja Mama i Babcia wybrały się na zakupy do Berlina Wschodniego. Trafiły do sklepu z tekstyliami i natknęły się na bardzo gruby i solidny materiał – taki w sam raz na porządne zasłony. Oglądały go niemalże z każdej strony, podczas gdy ekspedientka bacznie je obserwowała, ale patrzyła na nie raczej ze zdziwieniem i uśmiechem, a nie w kontekście „Polak złodziej”. Dopiero po powrocie do Białegostoku wszystko się wyjaśniło. Otóż ten solidny materiał miał na lewej stronie przytwierdzoną metkę, z której wynikało, że wyprodukowano go nigdzie indziej jak w… Fastach :) W Polsce był wprawdzie niedostępny, za to wypełniał sklepowe półki w NRD. Taka historia!

Dziś po Fastach pozostały właściwie tylko budynki. Na miejscu prężnego zakładu włókienniczego powstało centrum aranżacji wnętrz. Jedynie w części zabudowań mieści się Zakład Zamiejscowy Andrychowskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego ANDROPOL SA. Praca tam ponoć do łatwych i dobrze płatnych nie należy, z drugiej strony chyba trzeba się cieszyć, że Białostocka Wykańczalnia Tkanin w jakimś sensie kontynuuje włókiennicze tradycje miasta. Wiecie już dobrze, że podczas zakupów staram się zwracać uwagę na miejsce produkcji danego towaru. Z czystą przyjemnością nabyłam pewien czas temu kilka zestawów pościeli z firmy Andropol, które zostały wykonane przy ulicy Przędzalnianej (sklep online Sweet Home). Zdecydowanie milej śpi się pod polską poszewką niż chińską czy pakistańską! Chociaż tyle mogę zrobić, aby wesprzeć lokalną produkcję… I tradycję.