Czy to się „dla Was” podoba?

Gwary i regionalizmy to temat szeroki i głęboki. Odnoszę również wrażenie, że z roku na rok Polacy coraz chętniej przyznają się do różnych naleciałości językowych i coraz odważniej się z nimi utożsamiają. Oczywiście pewne regiony od zawsze szczególnie chętnie podkreślały swoją odrębność za pomocą języka i są z niego dumne. Wielkopolska czy Śląsk to chyba najbardziej trafne przykłady. Ale również w innych regionach kraju dość łatwo wychwycić charakterystyczne powiedzonka czy wyrazy. Moja koleżanka z Torunia bardzo często wstawia na przykład typowe dla tamtych rejonów słówko jo. Katarzyna Puzyńska, autorka poczytnych kryminałów, których akcja rozgrywa się w Brodnicy i okolicach, również z powodzeniem wplata ten zwrot do dialogów swoich bohaterów.

A co dzieje się w tej materii na Podlasiu, które od pewnego czasu święci triumfy w kategorii „najbardziej memiczny region w Polsce”? Można rzec, że regionalizmów ci u nas na pęczki. Pomińmy już typowy dla wielu mieszkańców zaśpiew, to tak oczywiste jak fakt, że po wiośnie następuje lato. Im dłużej nie ma mnie w Białymstoku, tym wyraźniej to słyszę. „Zaciąganie” było, jest i będzie. Kropka. Fajnych podlaskich słówek też jest sporo, aczkolwiek w tej dziedzinie nigdy nie byłam mistrzem. Nie znam rosyjskiego, więc części z nich nie umiem rozszyfrować. Sama z zaciekawieniem rozwiązuję testy z podlaskiej mowy i zawsze dowiem się czegoś nowego. Nie ukrywam jednak, że ta wiedza dość szybko mi później umyka, ponieważ nie posługuję się tymi regionalizmami na co dzień. W moim słowniku funkcjonują jednak takie wyrażenia jak wisk, wiszczeć, baryk, hadki/hadko, szantrapa, szałaput, pazłotko, aczkolwiek używam ich raczej wśród „swoich”, bo tylko oni zrozumieją, co mam na myśli :)

Jeśli chcecie sprawdzić swoją wiedzę z zakresu podlaskich regionalizmów, polecam Wam ten kawałek Ciry. Ja nie rozumiem wszystkiego, ale wielu znaczeń się domyślam :) Sama idea tego utworu to strzał w dziesiątkę! To odczarowanie nieuzasadnionego wstydu towarzyszącego stosowaniu regionalizmów i gwary rodem z Podlasia.

Gdybym miała wymienić najbardziej charakterystyczny podlaski zwrot byłoby to bez wątpienia DLA używane zamiast celownika. I proszę, nie zlinczujcie mnie, ale osobiście nie jestem entuzjastką dla i sama nigdy w ten sposób nie mówię, chociaż mojej mamie zdarzają się już czasem takie strzały językowe. Oczywiście zawsze z wielką chęcią ją poprawiam, ale to tak tylko w rodzinie i w konwencji żartu :) Niektórzy spośród moich znajomych używają nagminnie błędnego dla, ale udaję, że tego nie słyszę, bo jeszcze zaczęliby mnie uważać za jakąś nawiedzoną purystkę językową ;) Moim zdaniem to właśnie po tym charakterystycznym dla poznamy najszybciej, że jesteśmy na Podlasiu. Pewnego razu poszliśmy z Januszem na basen na Stromej. I na dzień dobry słyszymy kłótnię dwóch dziewczynek, w której pada groźba „Uspokój się, bo powiem DLA mamy!”. Janusz od razu posyła mi uśmiech – wiadomo, Białystok ;) Na spacerze z kolei słyszymy „I on powiedział, żeby dać to DLA księdza…” – i już widzę Januszowy uśmiech numer dwa. I takie przykłady można zbierać w nieskończoność. No dobrze, skoro ludzie tak mówią i tak im (a może „dla nich”) się podoba, to chyba należy to zaakceptować i przy okazji uczynić z tego podlaskiego dla znak rozpoznawczy opatrzony symbolem trademark. Summa summarum na Podlasiu z tą poprawnością gramatyczną i tak nie jest najgorzej. U nas w domu mówimy teraz celowo z odpowiednią intonacją „Dla mnie to się bardzo podoba!”, kiedy coś jest naprawdę super. A liczne memy z dla nas akurat bardzo śmieszą :)

Ale jest jednak coś, co mnie i denerwuje, i śmieszy jednocześnie: unikanie dla w zwrotach, w których dla jest poprawne! Swego czasu zaczęłam nawet prowadzić rejestr takich napisów w przestrzeni publicznej i za każdym razem nie mogę się nadziwić, że ktoś to naprawdę napisał i na dodatek wydrukował :)

Moje TOP 5:

  • Wejście tylko chórzystom (w kościele św. Wojciecha)
  • Parking pracownikom banku (przed bankiem Santander przy Radzymińskiej)
  • Parking wyłącznie mieszkańcom os. Sady Antoniukowskie (na os. Sady Antoniukowskie)
  • Szatnia studentom (na uczelni wyższej!!!!!!!!!!!!!!!!!)
  • Buty leśnikom (w siedzibie Lasów Państwowych)

Fotoram.io

Ludzie tak bardzo wstydzili się wytykanego im dla, że wystraszyli się go nie na żarty. I powstały takie napisy, obok których trudno przejść obojętnie. To ja już zdecydowanie wolę to słynne „dla mnie się podoba” aniżeli takie językowe dziwolągi.

Znacie jeszcze inne napisy w Białymstoku, w których zamiast celownika powinno być dla? Podzielcie się!

Reklamy

„Zmorkowe wojaże” w Białymstoku

Skłonność do kolekcjonowania książek i wszelakich wydawnictw o Białymstoku lub z Białymstokiem w tle odziedziczyłam po babci. Większość moich zbiorów udało mi się już pokrótce przedstawić w zakładce książki, jednak w kolejce wciąż czekają chociażby Sekrety Białegostoku Andrzeja Lechowskiego czy Katalog białostockich pomników, tablic pamiątkowych i miejsc pamięci narodowej.

Z dobre pół roku temu wpadła mi w ręce książka dla dzieci pod tytułem Zmorkowe wojaże autorstwa Haliny Matusik poświęcona Białemustokowi. Obok Białegostoku w serii ukazały się również takie miasta jak Warszawa, Łódź czy Trójmiasto. Zmorek jest sympatycznym stworkiem, który podróżuje po Polsce i poznaje jej sekrety. O każdym mieście powstał dość łatwy do zapamiętania wierszowany utwór, w którym przemycane są informacje dotyczące poszczególnych miejscowości widzianych z perspektywy turysty. Co zatem Zmorek zwiedza w Białymstoku? Oczywiście trafia do Pałacu Branickich, poznaje białostockie kościoły oraz cerkwie, kosztuje lokalnych przysmaków, jeździ rowerem miejskim, zaznajamia się z genezą powstania języka esperanto, a także, co mnie jako dozgonną fankę BTL-u szczególnie cieszy, udaje się właśnie do teatru lalek. Można się spierać, czy sam tekst nie opiera się aby na zwykłych częstochowskich rymach, jednak mimo wszystko jest on w swoim wydźwięku najzwyczajniej w świecie sympatyczny, a walor edukacyjny zdaje się być oczywisty. Z pewnością najlepiej jest przeczytać taką książkę przed podróżą do Białegostoku (wersja dla dzieci spoza Białegostoku) albo zabrać ją ze sobą na spacer po mieście i odszukać na przykład wszystkie wspomniane w tekście miejsca (wariant dla dzieci i rodziców z Białegostoku).

O ile sama idea serii książeczek o podróżach Zmorka spotyka się moją aprobatą, o tyle rozczarowuje mnie ich oprawa graficzna, a także sposób wydania – nieporęczny format, miękkie kartki. Jednocześnie wiem jednak, że za cenę 9 zł nie należy wymagać rzeczy niemożliwych…

Korzystając z okazji, przypomnę Wam jeszcze inne tytuły książeczek dla dzieci, które mają związek z naszym regionem. To oczywiście seria o Żubrze Pompiku, ukazująca się nakładem wydawnictwa Media Rodzina. Podczas zwiedzania Pałacu Branickich przyda się natomiast publikacja Śledź historię Pałacu Branickich. Kupicie je między innymi w sklepie Sljedzik (stacjonarnie i online). Nie ukrywam, że marzy mi się seria książeczek dla dzieci o Białymstoku. Ostatnio szczególnie spodobała mi się historia motorniczego Amadeo z lizbońskiego tramwaju 28, który pomagał nieśmiałym pasażerom znaleźć miłość: Eléctrico 28 oder wie Amadeo die Liebe fand. Wiem, wiem – Białystok to przecież nie Lizbona, ale cóż stoi na przeszkodzie, żeby umiejscowić podobną historię w Białymstoku? Okraszona atrakcyjnymi ilustracjami mogłaby spokojnie zdetronizować Zmorka. Hm, może to jest pomysł na biznes? :D

PS Jako punkt wyjściowy do poznawania Białegostoku nadają się nomen omen Piosenki do zwiedzania Marty Guśniowskiej, dramaturga BTL-u i autorki wspaniałych bajek dla dzieci (znacie już Karmelka?).

Sady Antoniukowskie

Jak już wiecie, darzę tory kolejowe w kierunku Sokółki szczególnym sentymentem. To w tamtych okolicach znajduje się „moja” łąka na torach i to wzdłuż nich zdarzyło mi się wielokrotnie spacerować. Nie będę udawać, że jestem święta – wielokrotnie przeprawiałam się pieszo przez tory na Antoniuk (oczywiście nielegalnie), a budowa estakady zmniejszyła wprawdzie dystans między Białostoczkiem a Antoniukiem, ale głównie z perspektywy kierowców. Dzikie przejście przez tory ma się jednak wciąż całkiem dobrze i nadal przeprawia się tamtędy sporo osób. Jest szybciej niż idąc przez wiadukt, a poza tym wychodzi się w lepszym komunikacyjnie punkcie osiedla. Życie!

W Poniedziałek Wielkanocny postanowiłam sprawdzić, co dzieje się za przysłowiową miedzą i wybrałam się na niespełna godzinny spacer. Trasa nie była specjalnie skomplikowana – przeszłam przez tory na ulicę Wiatrakową, a wróciłam przez wiadukt.

Przyznam, że niewiele wiem na temat osiedla Sady Antoniukowskie i ze smutkiem stwierdziłam, że niewiele o nim piszą. Mamy sporo książek o Białymstoku i naprawdę trudno natrafić na informacje o Sadach. Obok osiedla Przyjaźń jest to część Antoniuka, a jego budowa rozpoczęła się w 1966 roku. Faktycznie jest to osiedle o typowym dla tamtych czasów założeniu architektonicznym, bloki powstały z poszanowaniem przestrzeni, nie są inwazyjne, osiedle jest zielone, a na jego terenie znajdują się szkoły, sklepy i pawilon handlowy. Część Sadów Antoniukowskich stanowi zabudowa jednorodzinna – zobaczymy tam i stare „drewniaki”, i stare szeregówki, a nawet nowoczesne domy. Jednym z ciekawszych budynków w tej części miasta jest obecna SP 7 im. Hugona Kołłątaja. Na stronie szkoły znajdziemy rys historyczny tego gmachu, który w moim prywatnym rankingu na najciekawsze budynki szkolne w Białymstoku plasuje się w tej samej grupie co SP 3 przy ul. Gdańskiej, SP 4 przy ul. Częstochowskiej, SP 20 przy ul. Leśnej oraz III i VI LO:

Szkoła Podstawowa Nr 7 jest jedną z najstarszych szkół podstawowych w Białymstoku. Jej historia sięga roku 1919. Zaczęła funkcjonować zaraz po tym , jak nasze miasto odzyskało niepodległość. Na początku nosiła ona nazwę Publiczna Szkoła Powszechna Nr 7 i mieściła się przy ulicy Antoniuk Fabryczny 5, w starym drewnianym budynku, w którym kiedyś była fabryka, tu funkcjonowała 17 lat, do roku 1936. Wtedy to nastąpiła przeprowadzka na ulicę Wiatrakową, do nowego gmachu, który został zbudowany dzięki staraniom ówczesnego dyrektora szkoły pana Andrzeja Bielawskiego, dzielnie wspieranego przez rodziców uczniów uczęszczających do siódemki. W tym samym roku, 11 listopada, szkoła otrzymała imię marszałka Józefa Piłsudskiego. Do roku 1939, a więc do wybuchu II wojny światowej, szkoła funkcjonowała pod nazwą „ 7 – Klasowa Rozwojowa Szkoła Powszechna Nr 7 w Białymstoku”
Po wybuchu II wojny światowej szkoła zmieniła swój charakter. W latach 1939 – 1941, a więc podczas okupacji sowieckiej, w budynku szkolnym przy ulicy Wiatrakowej działała „Średnia Szkoła Kolejowa Nr 1”. Nauka odbywała się co prawda po polsku, ale wprowadzono jako obowiązkowy język rosyjski.
Kiedy w czerwcu 1941 roku do naszego miasta wkroczyli Niemcy, szkoła została – opustoszały klasy, korytarze nie rozbrzmiewały radosnym gwarem uczniowskich głosów, zamilkł dzwonek, który nie obwieszczał już początku lekcji czy przerw. Szkoła pomimo zamknięcia nie przestała działać – nauczyciele nie porzucili swojej pracy i prowadzili tajne nauczanie, a trzeba wiedzieć, że zarówno oni jak i uczniowie ryzykowali życiem lub tym, że zostaną zesłani do obozów koncentracyjnych. Dlatego też, w czasie trwania lekcji rodzice stali na straży i ostrzegali przed każdym pojawiającym się niebezpieczeństwem.
Normalną, jawną pracę szkoła rozpoczęła na nowo w roku 1944, nazywała się jednak już inaczej niż przed wojną – Publiczna Szkoła Powszechna Nr 7 – i nie nosiła imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego. Taką „bezimienną szkołą” siódemka była aż do roku 1976, kiedy to zyskała nowego patrona. Został nim Hugo Kołłątaj i imię to nasza szkoła nosi po dzień dzisiejszy.

/ źródło /

Tak szkoła prezentowała się w momencie oddania do użytku w dniu 11 października 1936 roku:

/ źródło fotografii /

A tak wygląda obecnie:

/ źródło fotografii /

Warto podkreślić, że boisko przy szkole zostało zmodernizowane ze środków pochodzących z budżetu partycypacyjnego i prezentuje się naprawdę zacnie, o czym przekonacie się tutaj. Myślę, że wielu mieszkańców miasta może nawet nie wiedzieć, że tuż obok tej szkoły przebiega ulica Zielone Wzgórze (wciąż wyłożona kocimi łbami). Ulica jest ślepa, ponieważ kończy się na skarpie nad torami kolejowymi, podobnie jak sąsiednia ulica Widok (o równie trafnej nazwie). Zobaczymy stamtąd oczywiście tory kolejowe, moją łąkę na torach, a w oddali ulicę Poleską i kościół św. Rocha.

Na terenie garaży policyjnych przy Hajnowskiej powstają nowe budynki biurowe, co doskonale widać z ulicy Widok:

Vis a vis szkoły stoi ciekawy pod względem architektonicznym dom jednorodzinny:

Idąc ulicą Wiatrakową w stronę Antoniukowskiej, dotrzemy do dawnego neonu SADY ANTONIUKOWSKIE. Czy ktoś z Was pamięta, w jakim był kiedyś kolorze?

Można rzec, że nazwa zobowiązuje. Na terenie osiedla rośnie wiele starych drzew owocowych, które na wiosnę pięknie kwitną. Sporą powierzchnię tej części Antoniuka zajmują również ogródki działkowe ROD Sady Antoniukowskie. Pamiętam jak przez mgłę, że dziadek zabrał mnie tam kiedyś kilka razy na huśtawki (chyba były brązowe) i wtedy wydawało mi się to tak bardzo daleko… :)

Przy ulicy Narewskiej działa już też nowy kościół pw. Matki Bożej Różańcowej. Byliśmy tam nawet w Wielkanoc, ale przyznaję szczerze, że architektura tej świątyni zupełnie do mnie nie trafia. Zbyt dużo tam malutkich okienek, które wyglądają dość… przaśnie. To oczywiście kwestia gustu. Ciekawa jestem, jak zostanie zagospodarowany teren wokół kościoła, ponieważ na razie wciąż przypomina jeszcze plac budowy.

Ulica Ukośna zawsze kojarzy mi się z zabudową szeregową. Dopiero z estakady zobaczyłam, jak te domy wyglądają z góry, a przy okazji odkryłam zniszczone boisko do koszykówki. W takich momentach włącza się wyobraźnia, bo przecież gdyby było zadbane, wyglądałoby pewnie jak w amerykańskim filmie.

Tuż obok natrafimy na lepsze i gorsze graffiti:

Skoro już jesteśmy przy sprejowaniu – na Sadach Antoniukowskich coś dla siebie znajdą również sympatycy Jagiellonii Białystok:

Plusem estakady jest z pewnością możliwość podziwiania miasta z góry. Na tym też kończą się dla mnie jej zalety :)

Tu na przykład doskonale widać wydeptane ścieżki od strony ulicy Sitarskiej i Siemiatyckiej. Nic nie wskazuje na to, że mieszkańcy zrezygnują z tej drogi na skróty…

SP 7 oraz domy z ulic Widok, Zielone Wzgórze oraz Wysokiej:

Czy są wśród Was mieszkańcy Sadów Antoniukowskich? Jak mieszka się na tym osiedlu? To chyba nie jest ta niebezpieczna niegdyś część Antoniuka, prawda? I czy budowa estakady wpłynęła jakoś na Wasze życie i zmieniła jego jakość?

Czego brakuje mi w Białymstoku?

Jak już zapewne wiecie, od 2005 roku nie mieszkam w Białymstoku i cała moja blogowa przygoda rozgrywa się trochę z doskoku. Mieszkam w Warszawie, więc pewnie w mniemaniu co poniektórych zasługuję na miano „słoika”, chociaż Warszawę znam bardzo dobrze i się z nią utożsamiam, nie wyrzekając się jednak korzeni (górnolotność niezamierzona!). Uważam, że postrzeganie swojego miasta rodzinnego z dystansu prowadzi zazwyczaj do dwóch diametralnie różnych postaw: sentymentalnej oraz krytycznej. Postawę sentymentalną, prawie zawsze silnie emocjonalną i bezkrytyczną, obserwuję przede wszystkim u ludzi nieco starszych niż ja, którzy mieszkają z dala od Białegostoku i pielęgnują jego wyidealizowany obraz z czasów młodości. Postawa krytyczna z kolei wcale nie musi być postawą nacechowaną negatywnie. Wszak krytyka może być konstruktywna i wyrażana w dobrej wierze, a nie z zamiarem sprawienia przykrości. Osobiście odnajduję się właśnie po tej stronie barykady i jestem przekonana, że doświadczenia z innych miast mogą pomóc w trzeźwym spojrzeniu na własne miasto rodzinne. Nie chodzi oczywiście o krytykowanie wszystkiego, co wielu ma w zwyczaju po zachłyśnięciu się „wielkim światem”. Mam na myśli wypunktowanie tych obszarów życia codziennego w Białymstoku, które wymagają poprawy i które poprawić się da. Często przy odrobinie dobrej woli lub dzięki umiejętnie poprowadzonej polityce lokalnej.

Przedstawiam Wam moje subiektywne zestawienie i jestem ciekawa, czy ktoś z Was Czytelników ma podobne odczucia.

1. Biletomaty

Do dziś nie do końca rozumiem, dlaczego bilety miesięczne w Białymstoku z założenia są tylko na dany miesiąc kalendarzowy, a bilety 30-dniowe są od nich sporo droższe. Dlaczego zmusza się pasażerów do odwiedzania co miesiąc (lub kwartał) punktu sprzedaży biletów i stania w kolejce, bo przecież każdy chce mieć bilet na nowy miesiąc… Czy nie lepiej wprowadzić po prostu bilety 30-dniowe, które każdy mógłby kupować według potrzeb? Ale przede wszystkim należy ustawić w mieście biletomaty! Każdy mógłby kupić bilet o dowolnej porze dnia i nocy, rozładowałoby to kolejki (moja mama co miesiąc musi udać się do punktu sprzedaży biletów, którego nie ma po drodze, i odstać w nim swoje…). Powiecie, że przecież można kupić bilety przez Internet. No można, ale jest to mimo wszystko dużo bardziej upierdliwe (tak, tak!) aniżeli podejście do biletomatu i zakupienie biletu. Sami zobaczcie: Bilet przez Internet

2. Atrakcyjne place zabaw

Podczas gdy inne miasta dwoją się i troją, dopasowując infrastrukturę placów zabaw do potrzeb dzieci, młodzi białostoczanie mogą cieszyć się z placu zabaw na Plantach, który też zaczyna już trochę trącić myszką… Jest tam tłoczno, niektóre sprzęty powinno się już oddać do renowacji, a konkurencji tak jakby nie widać. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma? Szkoda, że miasto prawie 300-tysięczne nie ma naprawdę nowoczesnego placu zabaw ze sprzętami dla dzieci w różnych przedziałach wiekowych. Aż przykro to pisać, ale plac zabaw w osiedlowym parku nieopodal mojego domu w Warszawie wygląda x razy lepiej niż ten na białostockich Plantach. Place zabaw na osiedlu Białostoczek są z kolei maleńkie, składają się z huśtawki (bez koszyczka), domku, zjeżdżalni i piaskownicy. Niedawno powstał nowy plac, który nie będzie jednak ogólnodostępny (żłobek?), ale obiektywnie rzecz ujmując, wcale nie jest jakiś rewelacyjny… Przy obecnych możliwościach i zróżnicowaniu sprzętu jest to chyba głównie kwestia dobrej woli miasta lub spółdzielni mieszkaniowych, a nie kwestia kosztów. A nawet jeśli – inwestycje w rozwój dzieci powinny się zwrócić :)

3. Parki osiedlowe

Zapytałam kiedyś na osiedlowej grupie (os. Białostoczek), czego brakuje innym mieszkańcom na tym osiedlu. Tereny zielone to odpowiedź, która często się przewijała w komentarzach. Całkowicie się zgadzam. Białystok ma Planty, Park Konstytucji 3 Maja (w mojej terminologii to i tak Zwierzyniec), park na Antoniuku, zaniedbany Park Centralny, park w Dojlidach, Bulwary Jana Teologa i… No właśnie. Poza Antoniukiem i osiedlem TBS nie ma parków osiedlowych! Kiedyś śmiałam się, że na spacer po parku trzeba jechać autobusem lub samochodem, ale z perspektywy mojego obecnego miejsca zamieszkania nie jest to już takie zabawne. W Warszawie park osiedlowy mam tuż obok, a do kilku innych idę maksymalnie 15 minut. Ze smutkiem stwierdzam, że Białystok coraz mniej zasługuje na miano zielonego miasta. Wszędzie budują się nowe bloki, które zasiedlą młodzi ludzie, często młode rodziny z dziećmi. Dokąd udać się na spacer z wózkiem? Czy fajnie spaceruje się wzdłuż ulic? Dokąd chodzą na spacery mieszkańcy takich dużych osiedli jak chociażby Dziesięciny czy Słoneczny Stok? Bardzo żałuję, że zapomina się o parkach. Przecież to idealne miejsce na spacer, jogging, odpoczynek na ławce, spotkanie ze znajomymi lub chociażby grę w szachy (ukłon w stronę seniorów). Gdybym była miejskim planistą i dysponowała odpowiednimi mocami, urządziłabym park lub chociażby skwer na każdym osiedlu. Niekoniecznie przy ruchliwej ulicy jak skwer na Placu ks. Michała Sopoćki.

4. Bulwary nad Białką

Mocno nasycona zieleń, piękne i kolorowe kwiaty, pomosty, ławeczki, szum wody, kaczki. To była wyjątkowo piękna wizualizacja! Właśnie tak miały wyglądać bulwary nad rzeką Białą na jej centralnym odcinku. Miały, bo według pierwotnych planów powinniśmy się nimi cieszyć od conajmniej kilku lat. Ale chyba wciąż musimy je sobie wizualizować i czekać na cud. Spójrzcie – Białka ma potencjał. Teren za basenem przy ulicy Włókienniczej, wzdłuż Galerii Jurowiecka i przy VI LO oraz Poczcie Głównej znajduje się w ścisłym centrum miasta. To miejsce powinno stanowić odskocznię od miejskiego hałasu i pyłu. Powinno zachęcać do relaksu tak jak słynna lipa Jana Kochanowskiego – aż chce się krzyknąć Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie! Na razie Białka w centrum trochę przygnębia. Stare ławeczki i krzywe ścieżki przyciągają co najwyżej tak zwany element. Wciąż marzę, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie.

5. Ciekawe elementy małej architektury

Białystok na muralową stolicę Polski! Jestem za. Przy całej mojej sympatii do miasta Łodzi, które może i obiektywnie oferuje nieco więcej dobrego street artu, ale niech tam. Dziewczynka z konewką jest przecież tylko jedna! I w końcu to przed napisem Music is everything robiliśmy z mężem ku zdziwieniu gawiedzi część ślubnej sesji zdjęciowej! Jeżeli ktoś z Was nie zna dokładnie lokalizacji białostockich murali, koniecznie musi zapoznać się z mapą przygotowaną przez Białystok subiektywnie. Ok, zatem murali mi w Białymstoku nie brakuje. Chciałabym jednak więcej takiego dizajnerskiego podejścia do przestrzeni miasta. Wiecie, na przykład kolorowych schodów, napisów na schodach (tak, tak, te napisy „oszczędzaj światło” na stopniach w starych blokach były prekursorskie), kolorowych wnęk okiennych w nudnym z pozoru bloku z prefabrykatu, figurek na wzór wrocławskich krasnali (swoją drogą – gdzie są misie z projektu budżetu obywatelskiego?), podwórka na kształt lubelskiej Nibylandii albo łódzkiego Pasażu Róży. A najlepiej, żeby było to coś innowacyjnego, na czym inne miasta mogłyby się wzorować!

6. Kawiarnia Green Caffè Nero

Najwięcej uroku mają w sobie oczywiście kawiarnie niesieciówkowe, ale jest jedna sieć kawiarni, którą lubię i której jak na złość nie ma w Białymstoku. Green Caffè Nero. Niby wszystkie ich lokale są podobne, ale nie ma dwóch identycznych. Podoba mi się ich oferta, wnętrza zachęcają do wielogodzinnego przesiadywania. Tak więc nie miałabym nic przeciw ich kawiarni w Białymstoku, ale chyba jesteśmy dla nich zbyt małym miastem, ponieważ w Polsce są obecni tylko w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Także… Pogdybać zawsze można i na tym koniec :)

7. Multipleks inny niż Kino Helios

Osobiście jestem wielką miłośniczką kin studyjnych i najczęściej oglądam filmy we wnętrzach klimatycznych. Moim ulubionym kinem w Białymstoku zawsze było Kino Ton, gdzie najchętniej siedziałam w ostatnim rzędzie na dodatkowym podniesieniu i miałam pełen komfort, bo nikt mi nie zasłaniał ekranu. Nie było również ryzyka, że jakieś nieopierzone dzieciaki zrzucą na mnie coś (oczywiście w ramach „żartu”) z balkonu. Ale zdaje się, że te czasy już nie wrócą i Kino Ton nigdy nie będzie już typowym ogólnodostępnym kinem. Na niespełna 300 tysięcy mieszkańców pozostaje jedno kino studyjne (Forum) i trzy multipleksy. Niestety, wszystkie trzy należą do tej samej sieci. Fajnie, że Helios to polski kapitał, ale jednak nic nie sprzyja kosumentom tak dobrze jak zdrowa konkurencja. A tej w Białymstoku nie ma. W efekcie wszędzie jest właściwie ten sam repertuar, te same ceny, ten sam komfort oglądania. Jeżeli miałabym wskazać sieć multipleksów, której brakuje mi w Białymstoku, byłoby to Multikino. Za całokształt. W tym za jakość dźwięku i bardzo wygodne fotele.

8. Dbałość o historię, dobrze płatna praca i chyba mimo wszystko lotnisko… 

A na koniec wisienka na torcie. Biłam się z myślami, czy dać upust emocjom i napisać dokładnie, co naprawdę myślę na ten temat, ale doszłam do wniosku, że większość z Was czyta przecież moje teksty nie od dziś i doskonale zna moje zdanie na temat ochrony zabytków po białostocku czy rozwoju miasta utożsamianego z zabudową deweloperską i laniem asfaltu na przeskalowane ulice. W kwestiach zawodowych trudno chyba polemizować z faktem, że Białystok to nie eldorado i raczej trudno tu o naprawdę dobrze płatną pracę. W przeciwnym razie nie wyjeżdżałoby stąd aż tylu ludzi, a Białystok nie ciągnąłby się w ogonie wszelakich statystyk. Brak lotniska chyba jednak odbije się nam czkawką. Jeszcze parę lat temu podchodziłam do tego tematu sceptycznie, ale obecnie coraz bardziej przekonuję się, że Podlasie to biała plama na lotniczej mapie Polski. I wcale nie jestem przekonana, że powtórzyłby się u nas scenariusz radomski. Także prawda jest taka: gdyby jakimś cudem ktoś zrealizował moje postulaty z punktu 8, byłabym najbardziej szczęśliwa. Ale pozostaje mi chyba wierzyć w powodzenie chociaż tych pierwszych siedmiu życzeń…

Siedem życzeń spełni się
Jak w tygodniu siedem dni
Pomyśl dobrze czego chcesz
Zanim powiesz
Siedem życzeń, życzeń twych
Jak mądrości siedem bram
Czy potrafisz przez nie przejść
Będąc sobą
Siedem życzeń, siedem życzeń,
Siedem życzeń, siedem życzeń, siedem życzeń
Siedem życzeń jak we śnie
Albo w bajce którą znasz
Los ci dał wielką moc, czarodziejską
Siedem życzeń wybierz sam
Nie pomoże ci w tym nikt
Co jest dobre a co złe
Rozważ w sercu
Siedem życzeń
Siedem życzeń
Siedem życzeń
Siedem życzeń
Siedem życzeń
Siedem życzeń spełni się
Jak magicznych siedem liczb
Nie uciekniesz choćbyś chciał
Przed wyborem
Siedem życzeń, życzeń twych
Jak mądrości siedem bram
Czy potrafisz przez nie przejść
Będąc sobą
                                         
                                                / Wanda i Banda /

Nowa twarz ulicy Czystej

Ulica Czysta od zawsze była obecna w moim życiu, ponieważ tamtędy prowadziła droga na skróty do centrum. Za czasów mojego dzieciństwa autobusy komunikacji miejskiej nie jeździły jeszcze zbyt często, a moje osiedle nie było zbyt dobrze skomunikowane z innymi częściami miasta. Pozostawało zatem przemieszczanie się na piechotę. Najłatwiej było przemknąć przez niezbyt urodziwą ulicę Czystą i po około kwadransie wychodziło się już na Aleję w okolicach dawnego sklepu Bartek (dziś Bank Millenium). Czysta była takim praktycznym, aczkolwiek nieco wstydliwym łącznikiem między Białostoczkiem a Aleją. Było tam brzydko, na krzywych chodnikach naprawdę nietrudno było o kontuzję, a jeżeli pogoda nam nie sprzyjała i na przykład padał deszcz, trzeba było liczyć się z pokaźną ilością błota na butach.

O moich przemyśleniach na temat tej wiekowej ulicy pisałam już tutaj, a także i tu. Okazuje się, że moje przekonanie o niezagrożonej tkance historycznej tego miejsca było złudne. W 2010 roku pisałam: „Cała ulica wyłożona jest kocimi łbami. Na pewno nie zostaną zerwane, bo są zabytkowe, ale warto byłoby je choć trochę wyrównać”. No to wzięli i wyrównali, dopiszę prawie dziewięć lat później. Aż za bardzo. W sierpniu zeszłego roku wybrałam się tam na spacer. Bruk pozostał tylko na odcinku między Poleską a Proletariacką. Czyli tam, gdzie znajdował się pal od bramy do białostockiego getta. Czas przeszły jest tu niestety jedyną poprawną formą, ponieważ obecnie nie ma po nim nawet śladu. Nie ma nawet tablicy pamiątkowej/informacyjnej, że w tym i tym miejscu wtedy i wtedy znajdowała się jedna z bram prowadzących na teren getta żydowskiego w mieście Białystok. Nie ma nic! Uważam, że takie podejście do sprawy jest niepoprawne. Osobiście podoba mi się rozwiązanie warszawskie – w Śródmieściu zaznaczono na chodnikach za pomocą napisów linie przebiegu muru otaczającego getto. Koszt takiej instalacji jest niewielki, a wartość informacyjna, a co najważniejsze stopień uświadomienia wysokie. Brakuje mi w Białymstoku takich symboli.

Wąski pas zieleni oddzielający ulice Czystą i Bohaterów Getta stał się oficjalnie skwerem im. Felicji Raszkin-Nowak. Zasadzono tam kilka młodych drzew. Być może kiedyś będzie prezentował się godnie, poniważ jego patronka na to zasługuje, jednak obecnie wygląda jak wytyczony nieco na siłę. Warto jednak w tym miejscu wspomnieć, kim była Felicja Raszkin-Nowak. Z jej sylwetką zapoznacie się tutaj. Zachęcam do lektury.

Za skrzyżowaniem z Proletariacką zaczyna się jednak inny świat. Znika bruk, pojawia się asfalt, a ulica Czysta bezpowrtownie traci swój specyficzny charakter, którego nie odtworzą stylizowane latarnie. Małe domki jednorodzinne coraz agresywniej atakowane są przez powstające wokół „apartamentowce”. Puste parcele czekają zapewne na wybudowanie kolejnych bloków. Gdzieniegdzie znajdziecie jeszcze ten dawny miejsko-wiejski klimat, w niektórych ogrodach wciąż rosną malwy i stare jabłonie. Ale to już koniec pewnej epoki, a klimat Anatewki (to nie moje porównanie, przeczytałam kiedyś takie sformułowanie na forum) zniknął na zawsze.

Niektórzy z Was pomyślą pewnie, że jestem niesprawiedliwa w ocenie, bo sentymentalna. Nie będę całkowicie zaprzeczać – wspomnienia są dla mnie bardzo ważne. Zdaję sobie jednak sprawę, że mieszkanie przy ulicy Czystej wyłożonej kocimi łbami i tonącej w błocie po każdym większym deszczu nie należało do przyjemnych i na pewno nie pasowało do standardów życia w mieście. W pełni rozumiem potrzebę remontu, jednak moim skromnym zdaniem miasto poszło na łatwiznę. Asfalt w tym miejscu? Czy nie lepiej byłoby wyłożyć ulicę kostką brukową? Wtedy stylizowane latarnie miałyby większy sens. Dlaczego budynek pod numerem 3 wciąż wygląda tak samo źle? To jeden z najciekawszych domów przy Czystej, o którym Tomasz Mikulicz z Kuriera Porannego w 2014 roku pisze tak:

Kamienica przy ul. Czystej 3 została wzniesiona w latach 1893-95. Jak wynika z opracowania wykonanego przez historyka Wiesława Wróbla (na zlecenie miasta), pierwotnie działały tu przedsiębiorstwa tkackie. Urzędnicy departamentu urbanistyki w magistracie próbowali przekonać wojewódzkiego konserwatora zabytków, by wciągnąć obiekt do ewidencji. Ten jednak w lutym tego roku odmówił. Stwierdził, że nadbudowa trzeciej kondygnacji i przebudowa wnętrza związana ze zmianą funkcji z fabrycznej na mieszkalną przekształciły pierwotny wygląd budynku.

Urbaniści postanowili więc, że budynek powinien być objęty ochroną planistyczną. W projekcie nowego planu miejscowego okolic ul. Czystej i al. Piłsudskiego (dokument można obejrzeć w departamencie urbanistyki przy ul. Białówny 11) pojawił się zapis, dzięki któremu budynek nie będzie mógł być zburzony. Podobną ochroną ma zostać objęta przedwojenna kamienica przy ul. Częstochowskiej 21.

Jak widzę przyszłość ulicy Czystej? Źle. Powstaną kolejne bloki, niektóre domy będą im pewnie musiały ustąpić miejsca… Zrobi się NIJAKO. Powstanie ulica-kalka, która mogłaby być w każdym mieście. Ale to przecież nie pierwszy raz, kiedy rewitalizacja bo białostocku rozczarowuje…

Po lewej stronie skwer Felicji Raszkin-Nowak…

Idzie nowe…

W tle apartamenty z Jurowieckiej…

Wspomniany adres – ulica Czysta 3…

Osiedle Białostoczek

Ostanie wpisy na blogu zdominowało niejako moje osiedle, a konkretnie zmiany na nim zachodzące. Wiecie już, że nie byłam i wciąż nie jestem zwolenniczką estakady puszczonej nad torami czyli ulicy ks. Michała Sopoćki. Pisałam o tym już kilkakrotnie. Jednak mleko się rozlało i trzeba pogodzić się z obecnym stanem rzeczy. Estakada ma jednak i jakieś plusy – można z niej pooglądać osiedle Białostoczek, i to z takiej perspektywy, z której wcześniej go nie znaliśmy. Zdjęcia, które publikuję w tym wpisie, zrobiłam w sierpniu 2018 roku. Tym razem pokażę Wam część osiedla z blokami, a nie tę z domami jednorodzinnymi i warsztatami policji. Może ktoś z Was zobaczy poniżej swój balkon albo swoje okna :)

Widok na warsztaty kolejowe oraz starą ulicę Sitarską. Domy jednorodzinne w obrębie ulic Giżyckiej, Oleckiej i Suwalskiej. W tyle bloki i wieżowce przy ulicy Radzymińskiej.

A z zieleni wyłaniają się „apartamenty Biedronka” przy 1000-lecia P.P. i Kombatantów. Po lewej stronie szeregówki przy Buskiej/Olsztyńskiej i okoliczne bloki.

Ul. Radzymińska 42, 44 i 46.

Na kolei. Fajnie zobaczyć to wszystko z góry :)

Na pierwszym planie tory w kierunku Sokółki oraz ulica Sitarska.

Do Sokółki? Augustowa? Suwałk? To tędy proszę :) W tle widoczny jest wiadukt nad torami na obwodówce.

Rondo i ulica Sitarska w stronę centrum.

Więcej zdjęć tego starego drewnianego domu z Suwalskiej znajdziecie we wpisie Jeden z ostatnich…