Mural „Przenikanie”

Chociaż w Białymstoku znajdziemy prawie 40 murali, nie licząc tych poświęconych Jagiellonii, i tak większość mieszkańców miasta, a już na pewno turystów, utożsamia rodzimą sztukę muralową głównie z Dziewczynką z konewką, a od niedawna również z muralem powstałym przy okazji akcji „Wyślij pocztówkę do Babci”. Wiele wartościowych murali nie jest w stanie przebić się do głównego nurtu, chociaż stanowią istotny głos w budowaniu naszej świadomości społecznej czy historycznej i, co ciekawe, znajdują się przy głównych szklakach komunikacyjnych. A czasem nawet tuż obok tych wspomnianych high lightów

W moim osobistym rankingu murali niesłusznie niedocenionych na szczycie plasuje się dzieło o znamiennym tytule Przenikanie. Już od przeszło dwóch lat na ścianie bloku przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie 10 wymalowana jest trudna historia naszego miasta. Historia, której wielu zdaje się nie chcieć pamiętać, której być może nawet się wstydzi.

Dzisiejszy wizerunek Białegostoku wynika w dużej mierze z ogromnych zniszczeń wojennych. Należy pamiętać, że miasto Białystok z okresu przedwojennego praktycznie przestało istnieć. Zawsze denerwują mnie rzucane z wyższością komentarze, że w Białymstoku niewiele można zobaczyć, że nie ma tam spektakularnych zabytków. Myślę, że gdyby nie wojenna pożoga, obecny kształt miasta byłby jednak inny. I to naprawdę nie wina białostoczan, że ich miasto zostało tak boleśnie doświadczone przez historię. Uważam, że naszym obowiązkiem jest o tym przypominać. Już w dzieciństwie chętnie wertowałam kultowy album fotograficzny Białystok moje miasto Piotra Sawickiego. Kolorowe zdjęcia poprzedza w nim zestawienie starych fotografii dokumentujących ogrom zniszczeń wojennych. Naprawdę trudno mi było wyobrazić sobie, jak Białystok wyglądał kiedyś, a opowieści dziadków jakoś niekoniecznie chciały się w mojej głowie zwizualizować. Dopiero dzięki dostępności zbiorów fotograficznych w Internecie zaczęłam sobie układać to miasto w wyobraźni, chociaż i tak robię to pewnie nieudolnie.

Dlaczego uważam mural Przenikanie za tak istotny? Przede wszystkim odbieram ten mural jako bardzo wyrazisty i poruszający. Oto ukazują się nam zgliszcza wojenne, znad których ulatnia się balon stworzony z niedużych drewnianych domków, które po cichu przechodzą do historii. Znamienny jest fakt, że balon ten trzyma mężczyzna ubrany w spodnie z wzorem rodem z blokowiska – nasuwa mi się skojarzenie z małymi okienkami wieżowców.

Białystok wciąż doświadcza zniszczeń. Wiem, że to niepopularne stwierdzenie – jakich zniszczeń, zapyta wielu, przecież miasto tak wspaniale się rozwija! Szerokie ulice, apartamentowce, galerie handlowe. Po prostu bajka. Nigdy nie ukrywałam, że należę do frakcji doceniającej dawną zabudowę miasta i smuci mnie brak szeroko zakrojonej wizji rewitalizacji cennych architektonicznie „drewniaków”. Ile drewnianych domów znika rocznie z mapy miasta? Dlaczego nie potrafiliśmy przekuć tej architektury w atut? Dlaczego drewniane domy w krajach bałtyckich i skandynawskich (te w miastach, niekoniecznie na wsi) są takie urocze, a te swojskie takie obciachowe? Przecież dbałość o architekturę drewnianą nie musi być równoznaczna z zaniechaniem rozwoju miasta. Stare i nowe mogłoby przecież koegzystować.

W niedawno wydanym przez Urząd Miejski przewodniku poświęconym białostockim muralom czytamy:

Streetartowa panorama miasta pokazuje elementy dawnego i współczesnego Białegostoku na jednym planie. Mapa po lewej stronie jest kopią historycznego planu z 1935 roku. Mapa po prawej stronie to współczesna mapa miasta. Góra pracy odnosi się do drewnianej zabudowy, która w ostatnich kilkudziesięciu latach zniknęła z przestrzeni Białegostoku. Elementami uzupełniającymi mural są widoczne w nocy technologie świetlne: neonowe domy oraz kontur współczesnej mapy nałożony na historyczny plan miasta.

Biorąc pod uwagę siłę wyrazu tego muralu, ciekawą technikę wykonania i jego centralne wyeksponowanie naprawdę zdumiewający jest fakt, jak po cichu niemalże zniknął, chociaż cały czas przecież jest…

To zdjęcie można powiększyć:

 

 

Miejsce straceń w Lesie Bacieczki

Szeroko komentowana budowa Trasy Niepodległości przyczyniła się z pewnością do lepszego wyeksponowania miejsca straceń w białostockim Lesie Bacieczki. Tuż za Hotelem Leśny znajduje się bowiem pomnik i symboliczna mogiła zbiorowa, które wielu mieszkańców zna jedynie ze zdjęć lub o których w ogóle nie słyszała. Moim zdaniem powszechna wiedza na temat tamtych wydarzeń wciąż jest zbyt mała i dopiero od niedawna zaczyna się je szerzej komentować. W latach 1941-1943 w lesie między Starosielcami a wsią Bacieczki rozstrzelano (w zależności od źródła) od 2 do 3 tysięcy Polaków. Ofiarą masowych egzekucji padła przede wszystkim białostocka inteligencja, jednak życie straciło tam również wiele dzieci. Mimo upływu lat do dziś nie powstała pełna lista imienna ofiar tej przerażającej zbrodni. Aby zatrzeć jej ślady, Niemcy spalili w 1944 roku szczątki pomordowanych tam Polaków.

15 lipca 2018 roku w 75. rocznicę tamtych wydarzeń zorganizowano przy pomniku obchody upamiętniające poległych białostoczan. Można rzec, że to krok milowy we właściwym kierunku – według mnie powinno się pogłębiać świadomość historyczną mieszkańców Białegostoku, należy mówić o tamtych wydarzeniach, które niektóre źródła porównują z tragedią w Palmirach.

W białostockim oddziale IPN-u znajduje się dokument informujący o planowanym rozstrzelaniu 85 przedstawicieli lokalnej ludności w ramach zadośćuczynienia za napady na Niemców:

Na stronie białostockiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej czytamy:

Zgodnie z relacjami świadków, dokumentacją Armii Krajowej oraz protokołem oględzin tego miejsca z 1945 r., masowe rozstrzeliwania trwały tu od końca czerwca do początku sierpnia 1943 r. Było ich siedem lub osiem. W dniach 10 i 15 lipca Niemcy dopuścili się tu zbrodni na zakładnikach – głównie mieszkańcach Białegostoku, w tym inteligencji. Lipiec 1943 r. to okres wzmożonego terroru niemieckiego skierowanego wobec ludności polskiej w Okręgu Białystok. W masowych egzekucjach Niemcy zabijali więźniów i zakładników, w tym kobiety i dzieci, nie tylko w Lesie Bacieczkowskim, ale także na Pietraszach, w okolicach Grodna, Łomży, Wołkowyska, Bielska Podlaskiego, Grajewa i Sokółki.

W lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej znajdziemy również relacje świadków tamtych wydarzeń, a także ciekawe spostrzeżenia profesora Dobrońskiego. Polecam ten wartościowy tekst.

Mam nadzieję, że niejako ułatwiony dostęp do pomnika pomordowanych przyczyni się do wzrostu naszej wiedzy i świadomości historii własnego miasta. To bez wątpienia smutne i przejmujące miejsce. Uważam jednak, że powinniśmy o nim wiedzieć.

ul. Artyleryjska

Chaotyczna obecnie zabudowa ulicy Artyleryjskiej pozwala przenieść się oczami wyobraźni do czasów sprzed budowy Alei. Porozrzucane między blokami domy i zabudowania gospodarcze świadczą o całkowicie innym układzie ulic w przeszłości. Podobnie jak przecięta na pół ulica Waryńskiego czy ustawione dziś pod dziwnym kątem stare kamienice przy Alei/Częstochowskiej, o których pisałam tutaj.

Ulica Artyleryjska to nie tylko wybudowana na początku XX wieku okazała willa fabrykanta Steina, w której mieści się obecnie dom pogrzebowy. To także drewniane domki na zakręcie ulicy Proletariackiej czy bardzo ciekawy dom pod numerem 2. W mojej świadomości funkcjonuje od zawsze, ponieważ już od dziecka chodziłam tamtędy z rodzicami na przystanek autobusowy na Alei. Najszybciej było właśnie trochę na skróty przez Proletariacką, Żabią i obok śmietnika i chlewków na Artyleryjskiej. Dopiero za blokami zaczynał się inny świat! Później chodziłam tamtędy do liceum, ponieważ dojazd komunikacją miejską z Białostoczku w okolice ulicy Brukowej zupełnie mi się nie kalkulował. Napatrzyłam się zatem na ten dom co nie miara! Uważam, że jest to jeden z ciekawszych starych domów w mieście, chociażby dlatego, że jest murowany, naprawdę duży, cechuje go nietypowy rozkład i chyba nie ma w Białymstoku drugiego podobnego.

Zdjęcia, które publikuję, wykonałam latem 2018 roku oraz w niedzielę 3 listopada 2019 roku… Niestety, jeden dom (ten pomarańczowy) został w międzyczasie zburzony. Poniżej zobaczycie porównanie.

Artyleryjska 2

W sierpniu 2018 roku widok przedstawiał się następująco:

A dziś jest tak:

Również dom pod numerem 2/3 robi ogromne wrażenie i wyróżnia się na tle innych starych domów w Białymstoku:

A to jego okna widziane od strony ulicy Artyleryjskiej:

Chociaż Artyleryjska jest stosunkowo blisko (oczywiście z perspektywy mojego domu rodzinnego w Białymstoku), obecnie rzadko tam bywam. Od dawna zamierzałam przejść się tam na fotograficzny spacer, ale dopiero kiedy uświadomiłam sobie, że następnym razem może być już za późno, postawiłam wszystko na jedną kartę i podjechałam tam na chwilę w minioną niedzielę, żeby uwiecznić te domy, które jeszcze się ostały.

Oto wspomniane drewniaki na zakręcie Proletariackiej i Artyleryjskiej:

Reprezentacyjna willa Steina:

Również bardzo ciekawy dom z potencjałem pod numerem 5:

A tutaj zabudowania z sąsiednich ulic Poleskiej i Proletariackiej:

Poleska 81 tuż przy dawnej fabryce Steina

Proletariacka 1B

Prawda, że to ciekawe i raczej dość słabo znane rejony?

neon (21)

Przejrzałam moje neonowe wpisy i stwierdziłam ze smutkiem, że wielu kultowych neonów z czasu PRL-u w Białymstoku już nie ma. Nawet spośród tych, których zdjęcia zamieszczałam regularnie na początku pisania bloga, zniknęło już wiele perełek. A co się stało z neonem ze starego budynku Dworca PKS? Padło wiele obietnic, że zostanie uratowany i odrestaurowany, ale do dziś nie słyszałam o jakichkolwiek krokach podjętych w tym kierunku…

Coraz mniej obiektów pozostaje do sfotografowania. Oczywiście wiem, że do dziś nie mam porządnych zdjęć neonu Żonkil po renowacji. Obiecuję sobie za każdym razem, że w końcu go uwiecznię, jednak zawsze albo światło nie takie, albo pada, albo się spieszę… Całe pasmo wymówek. Jest jeszcze jednak neon z Dziesięcin, który łatwo przeoczyć w gąszczu otaczających go pstrokatych reklam na tamtejszym Rzemieślniku/Handlowcu. Ten wrzask przestrzeni zawsze działa na mnie przytłaczająco i podważa moją wiarę w poczucie estetyki Polaków. Neon TAWERNA trwa tam jednak dzielnie na posterunku od dawna. Oby jak najdłużej!

Krzyże na Antoniuku

Wiejskie przydrożne kapliczki, krzyże czy mogiły powstańcze to chyba jedne z najczęściej fotografowanych obiektów. Mają w sobie coś mistycznego, świadczą o przemijaniu, są niemymi świadkami historii. Wiele z nich jest również po prostu ładnych. Często zapominamy jednak o krzyżach znajdujących się obecnie w mieście, nierzadko tuż obok ruchliwych ulic. Sama stosunkowo późno uświadomiłam sobie, że na moim osiedlu znajduje się aż sześć takich krzyży, które oczywiście wcześniej widziałam i mijałam, jednak nie zastanawiałam się nad ich dużym nagromadzeniem w obrębie Białostoczku. Niedawno mignęło mi w Internecie zdjęcie dawnej wsi Białostoczek – krajobraz praktycznie nie do poznania, jedynym elementem spinającym czasy minione i obecne okazał się właśnie krzyż umiejscowiony przy ulicy Białostoczek. Jest zatem klamra!

Podczas letnich przejażdżek rowerowych po mieście, które do dziś z lubością wspominam (w Białymstoku naprawdę wspaniale jeździ się rowerem, szczególnie w porównaniu z Warszawą…), natknęłam się na krzyż w obrębie skrzyżowania ulicy Antoniukowskiej z Broniewskiego. I znowu wielkie zaskoczenie, że on tam w ogóle jest, a przecież mijałam go wielokrotnie. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że motto mojego bloga jest trafne!

Duży i mały krzyż z kapliczką, otoczone płotkiem z otwieraną furtką. Obsadzone kwiatami. Powołując się na Martę Wróbel, autorkę opracowania Białostockie krzyże i kapliczki, oba powstały w XX wieku. Warto podkreślić, że kapliczka jest jednocześnie mogiłą. Spoczywają tu bowiem żołnierze, którzy walczyli o wolną Polskę w 1920 roku.

Nie wiadomo, od kiedy krzyże były ustawiane w tym miejscu. Odnotowano relację,
że pierwszy krzyż ustawiono jako pamiątkę wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. (nie
ma jednak pewności, czy osoba relacjonująca nie miała na myśli krzyża z ul. Zwycięstwa
[…]). W końcu lat 70. XX w. w tym miejscu stał drewniany łaciński krzyż o wys.
ok. 4,5 m, zwieńczony kowalskim kutym krzyżykiem, obok którego stał zachowany do
dziś krzyż metalowy na kamiennym postumencie (1). Otaczało je uszkodzone ogrodzenie,
a wokół rosły krzewy. Ówcześnie krzyże stały bliżej ul. Antoniukowskiej, skierowane
frontem do niej.

Etno Design czyli tkanina inspiruje

Stare porzekadło głosi, że cudze chwalimy, a swego nie znamy. Na szczęście coraz częściej staramy się dostrzec coś wartościowego w naszym bezpośrednim otoczeniu, chociażby pod wpływem zachwytów ludzi z zewnątrz. Wydaje mi się, że taki renesans przeżywa od paru lat podlaska tkanina dwuosnowowa, która jeszcze do niedawna przez większość z nas nie była postrzegana jako coś wyjątkowego, a raczej jako coś oczywistego. Dopiero jej zawrotna kariera w Japonii sprawiła, że i my sami zaczynamy patrzeć na nią jako na dzieło sztuki, a nie po prostu kawałek materiału, który chyba każdy ma gdzieś schowany w domu lub przynajmniej widział u swojej babci :) W moim rodzinnym domu mamy dwie narzuty tkane tą techniką, ale tak naprawdę nigdy nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, żeby nie przerobić salonu na pokój rodem ze skansenu. Dlatego leżą głęboko na dnie szafy i czekają na nasze lepsze pomysły. Mimo wszystko nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby te narzuty sprzedać lub oddać, bo należały jeszcze do mojej prababci. W domu u dziadka tkanina dwuosnowowa obecna jest za to w pokoju z pianinem i od kiedy pamiętam zajmuje zaszczytne miejsce na ścianie. Co ciekawe, wszystko tam do siebie pasuje!

Na tkaninę dwuosnowową w XXI wieku trzeba mieć pomysł. Bardzo ucieszyłam się, kiedy na moim osiedlu powstał mural „Tkana opowieść”, ponieważ w doskonały sposób łączy on tradycję ze sztuką współczesną. A jednocześnie najzwyczajniej w świecie ozdabia ponurą wcześniej ścianę wieżowca przy Radzymińskiej. Od kilku lat śledzę losy tkaniny dwuosnowowej w Japonii (więcej informacji i odnośników na ten temat znajdziecie w podlinkowanym przed chwilą artykule o muralu). Polecam Wam instagramowy profil slowart_poland, gdzie znajdziecie wiele odsłon tkaniny dwuosnowowej, a także zdjęcia z warsztatów tkackich czy migawki z Podlasia. Kolejnym godnym polecenia miejscem jest sklep CEDOKzakkastore z Tokio, który działa w formie stacjonarnej oraz internetowej. Oczywiście sklep ma również swój profil na Instagramie. I chociaż z opisu ich działalności wynika, że koncentrują się na sprzedaży produktów importowanych z Czech (Krecik, Jablonex i te sprawy – podobnie jak czeski sklep w Warszawie), to już na zdjęciach możemy zobaczyć mnóstwo towarów z tkaniną dwuosnowową w roli głównej. Ciekawe, czy chociaż opisują ją jako polską?!

We wrześniu w białostockim WOAK-u prezentowana była wystawa „Tkanina tradycyjna. Tkactwo inspiruje”, na którą wysłałam moją Mamę (galeria jest nieczynna w weekendy, także nie miałam możliwości wybrać się na nią osobiście). Wśród wystawianych prac znalazło się wiele inspirowanych właśnie tkaniną dwuosnowową. Myślę, że w tym kierunku powinniśmy iść. Już nie narzuta, ale na przykład plecak czy krzesło, a nawet ceramika w charakterystyczne wzory. Tradycja przemycana w taki sposób, aby można było obcować z nią na co dzień, żeby była funkcjonalna. Tym bardziej, że do łask wracają klasyczne wzory. Wiecie, jak szybko rozchodzą się na wyprzedażach talerze czy miski fajansowe z Włocławka? A ile kosztuje ceramika z Bolesławca, którą przez lata niesłusznie kojarzyliśmy przede wszystkim z Cepelią? :) Sama bardzo chętnie dołożyłabym do poduszek w salonie taką we wzory z tkaniny dwuosnowowej. Szkoda, że ich największy wybór mają aż w Tokio… Ale kropla drąży skałę. Obyśmy odkryli nasze bogactwo na nowo i potrafili je lepiej wypromować!

Na zdjęciach możecie zobaczyć wybrane eksponaty ze wspomnianej wystawy w Galerii WOAK:

Stare domy mają duszę

Obserwując internetowe dyskusje pod zdjęciami drewnianych domów z Białegostoku szybko można dojść do wniosku, że mieszkańcy dzielą się na dwie podstawowe frakcje: przeciwnicy drewnianej zabudowy, bo „miasto to nie wieś” oraz zagorzali obrońcy „drewniaków”. Ja należę do tej drugiej grupy, chociaż nie jestem może aż tak radykalna i czasem rozumiem, że stary dom w naprawdę złym stanie technicznym jest już raczej nie do uratowania i nie zawsze bronię ich do upadłego. Ale ogólnie jestem na tak! Oczywiście życzyłabym sobie, żeby wszyscy mieszkańcy drewnianych domów mieli fundusze lub specjalne subwencje na ich remonty, a nie obkładali ściany sidingiem, z drugiej strony nie każdy ma pieniądze na drewnianą stolarkę okienną czy profesjonalny remont. Idealnie byłoby, gdyby miasto dostrzegło w takiej zabudowie potencjał nie tylko folderowy, lecz rzeczywisty. Bez wsparcia finansowego jedynie znikomy procent drewnianej zabudowy miasta ma szansę na prawdziwą rewitalizację. Marzyłyby mi się także plany zagospodarowania przestrzennego, zakładające spójność zabudowy, ponieważ obecnie dominuje u nas w Polsce mentalność „wolność Tomku w swoim domku”.

Dobrze. Pogdybałam, ale wiem, że na pisaniu się skończy. Dlatego warto odkrywać te perełki, które jeszcze pozostały w Białymstoku. Należy pamiętać, że drewniane domy czy niewielkie kamieniczki znajdziemy nie tylko na Bojarach czy Chanajkach (chociaż to już coraz mniej adekwatny przykład – inwazja deweloperów robi swoje). Polecam Wam spacer lub przejażdżkę rowerową po Osiedlu Młodych (teren między Hetmańską a Zwycięstwa) oraz po Młynowej czy Grunwaldzkiej, ale za ulicami Wyszyńskiego i Łomżyńską.

Dom na Młynowej (róg Witebskiej):

Zaskakująca dekoracja na bramie jednego z gospodarstw przy ulicy Grunwaldzkiej:

Migawki z Osiedla Młodych:

Zakątek na ulicy Konduktorskiej. To stąd pochodziło zdjęcie mojej ostatniej fotozagadki (nikt jej nie rozwiązał…):

Z chęcią zarezerwowałabym sobie więcej czasu na spacery w tym rejonie. Polska złota jesień na pewno doda klimatu tym starym domom!