Białostoczek w fazie zmian

Jak większość z Was pewnie już wie, w Białymstoku wychowałam się na osiedlu Białostoczek i to właśnie ta część miasta jest mi z oczywistych względów najbliższa. Chociaż na stałe mieszkam już od trzynastu lat w stolicy, bywam częstym gościem w rodzinnym domu i staram się być na bieżąco ze wszelkimi zmianami zachodzącymi na „moim” białostockim osiedlu. A tych jest w ostatnim czasie sporo.

Podczas Świąt Wielkanocnych miałam okazję pozwiedzać Białostoczek po dłuższej przerwie i chciałabym podzielić się z Wami moimi refleksjami.

Po pierwsze – nowa sala gimnastyczna przy SP 26. To moja macierzysta podstawówka, z którą mam bardzo dobre wspomnienia i którą z perspektywy czasu coraz lepiej oceniam. Już na początku lat 90 mieliśmy tam białe tablice, sale lekcyjne wyłożone wykładziną, ławki ustawione w kształt tak zwanej podkowy, pojedyncze stoliki i obracane krzesełka – niczym w amerykańskim filmie. Dwie sale informatyczne – to również był powód do dumy! Oczywiście nie wszystkie klasy były tak nowoczesne, jednak był to pewien ewenement jak na tamte czasy. Tym większy szok przeżyłam, kiedy po reformie musiałam zmienić SP 26 na gimnazjum w budynku SP 42. Wyposażenie obu szkół różniło się znacznie. Pod tym względem SP 26 wygrywała, zostawiając konkurentkę daleko w tyle. Warto podkreślić, że obie szkoły niespecjalnie się lubiły. Tak delikatnie mówiąc. Pamiętam „ustawki” po rekolekcjach – oczywiście brali w nich udział uczniowie starszych klas. Doszło do tego, że rekolekcje dla obu szkół organizowano w dwóch różnych terminach, aby uniknąć konfrontacji zwaśnionych uczniów. Dziś wspominam to oczywiście z uśmiechem, ale za czasów szkolnych była to sprawa najwyższej rangi! Dzięki reformie uczniowie obu szkół ostatecznie przemieszali się i polubili, zawiązały się przyjaźnie, które trwają do dziś. O ile dwudziestka szóstka deklasowała czterdziestkę dwójkę wyglądem i wyposażeniem sal, o tyle ta druga miała coś, czego zawsze jej zazdrościliśmy – dużą salę gimnastyczną! Moja podstawówka to mała szkoła wybudowana w latach 60. Nigdy nie mogła poszczycić się salą gimnastyczną czy rozbudowanym blokiem sportowym. Sala była maleńka, w kącie składowało się materace do ćwiczeń, a zajęcia z gimnastyki korekcyjnej odbywały się w małej sali lekcyjnej zaadaptowanej na te potrzeby. Kilka lat temu zgłoszono projekt do budżetu obywatelskiego zakładający remont boisk przy SP 26. Na szczęście zdobył on odpowiednią liczbę głosów i został zrealizowany, dzięki czemu nie trzeba już grać w piłkę na betonowym boisku czy biegać po żwirowej bieżni. Z radością stwierdziłam, że przy szkole powstaje również nowa sala gimnastyczna. Myślę, że jest to powód do zadowolenia, a szkoła będzie potrafiła skorzystać na tym finansowo, wynajmując halę wieczorami. Pierwsza zmiana na osiedlu – in plus!

Po drugie – ścieżka rowerowa. Jestem pieszym, jeżdżę na rowerze i mam prawo jazdy – mogę zatem spojrzeć na tę nową inwestycję z wielu perspektyw. Uważam, że jest niekoniecznie trafiona. Już wyjaśniam mój punkt widzenia. Ścieżkę poprowadzono po tej bardziej ruchliwej stronie osiedla. Droga rowerowa przecina wjazd do Biedronki, ulicę Białostoczek i ulicę Zagumienną. Wieszczę problemy. Nie chcę wybielać kierowców, którzy najczęściej ignorują rowerzystów na ścieżkach, z drugiej strony obserwuję, z jaką brawurą pędzi wielu rowerzystów, mając wszystkich i wszystko w głębokim poważaniu. Akurat te trzy skrzyżowania z ulicą Radzymińską mogą być problematyczne. Poza tym chodnik po tej stronie ulicy został zwężony do minimum. A jednak więcej pieszych przemieszcza się właśnie tym ciągiem, ponieważ zmierza do przychodni, apteki, na przystanek na Zagumiennej, do Stokrotki oraz do Biedronki. Po drugiej stronie ulicy mamy kościół i szkołę – natężenie ruchu pieszego jest tam jednak mniejsze. Również tam umiejscowiona jest stacja wypożyczalni rowerów. Dlaczego zatem właśnie tam nie wybudowano drogi rowerowej? Tym bardziej, że na skrzyżowaniu z Sitarską i tak trzeba będzie przejechać na drugą stronę ulicy? Moim zdaniem komuś zabrakło wyobraźni. Zwróćcie uwagę, jak wąski jest obecnie chodnik wzdłuż ścieżki. Z trudem miną się na nim dwa wózki dziecięce, na bank ludzie notorycznie będą wchodzić na drogę dla rowerów, ale wcale niekoniecznie z powodu ignorancji.

Po trzecie – rondo i przedłużenie ulicy Sitarskiej. Mam do tej inwestycji osobisty stosunek, ponieważ jest ona realizowana na „mojej” części osiedla. Wiem, że prawie całe miasto na nią czeka, moja rodzina jednak niekoniecznie. Jak to mówią – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszyscy zadowoleni z inwestycji podkreślają, że plany na budowę tej drogi wytyczono kilkadziesiąt lat temu – prawda to. Jednak w międzyczasie pozwolono tam wybudować ludziom domy, a w 2006 roku wydano również pozwolenia na ich rozbudowę. Taki feler. Ale w Polsce nic mnie już nie zdziwi. Ulica będzie generować spory hałas i spaliny. A jeśli trafi się na opuszczony szlaban na przejeździe kolejowym, szybko stworzy się korek. I od razu uprzedzam – mieszkanie w mieście nie oznacza według mnie bezrefleksyjnej akceptacji narastającego hałasu ulicznego. Ilekroć przeglądam „mądre” fora internetowe, napotykam komentarze w stylu „Jak się hałas w mieście nie podoba, to wyprowadź się na wieś”. Bardzo przyziemna logika, ale moim zdaniem zupełnie niesłuszna. Mieszkanie w mieście nie musi, a nawet nie powinno być dyskomfortem. Można wymagać mądrego poprowadzenia arterii komunikacyjnych, zachowania zieleni i swoistego szacunku dla mieszkańców. Chyba nikt nie chciałby zamieszkać w bloku przy ulicy Radzymińskiej 46 – właśnie tam tuż przed oknami i balkonami przebiegnie ta ruchliwa trasa. Oby na estakadzie pojawiły się ekrany akustyczne – w przeciwnym razie będzie to swoista agonia hałasem. Chciałabym zwrócić uwagę na to, że sama budowa tej ulicy przebiega bardzo chaotycznie i jest, za przeproszeniem, upierdliwa. Wieczne rozkopy, błoto, brak wytyczonych ciągów pieszych. Spójrzcie również na ulicę Hajnowską, na której asfalt urywa się tuż za skrzyżowaniem. Otóż ulica Hajnowska nie należy ponoć do miasta, lecz do policji. Zatem szykujcie się na nagły uskok i zasuwajcie dalej po wyeksploatowanej trylince. Jestem też bardzo ciekawa, jak rondo zachowa się po ulewie. Jest położone w lekkim zagłębieniu, będzie doń zatem spływała woda. A wiecie, jak się teraz buduje kanalizację w Białymstoku – każda ulewa nam o tym przypomina… Powiem tak – mam nadzieję, że moje obawy nie sprawdzą się :)

EDIT: Terminy gonią, więc drogowcy uraczyli dziś (29.04.) okolicznych mieszkańców robotami w niedzielę. Piękna pogoda, a człowiek nawet w ten jeden dzień w tygodniu nie może odpocząć od hałasu maszyn. Brawo za poszanowanie prawa do ciszy i wypoczynku…

[Mam trochę zdjęć z okresu wczesnej budowy – obiecuję, że je opublikuję, żeby tacy nostalgicy jak ja mogli powspominać dawne czasy].

Po czwarte – zniknął chodnik na ulicy Sitarskiej, na którym uczyłam się z dziadkiem nazw polskich rzek. Już wyjaśniam. Asfalt na chodniku (przy dawnym kiosku) był popękany. Spacerując z dziadkiem, uważałam, żeby nie nadepnąć na linie pęknięć, ponieważ to właśnie one były rzekami :) Im grubsza wyrwa, tym większa rzeka. Niby banalna sprawa, a łączy przyjemne (spacer z dziadkiem) z pożytecznym (nauka). Pozostańmy jeszcze na chwilę w kwestii chodnikowej. Muszę jeszcze ponarzekać. Zawsze myślałam, że na Białostoczku są zadbane chodniki, podjazdy dla wózków i że łatwo się tam spaceruje z wózkiem dziecięcym. Ekhm, byłam w błędzie. Dziś powiedziałabym, że to osiedle cechuje nadmiar wąziutkich chodniczków, wkurzających krawężniczków i źle wyprofilowanych podjazdów.

Po piąte – żegnajcie sady… Białostoczek położony jest na terenie dawnych sadów, dlatego jest, a raczej coraz bardziej było tam tak wiele drzew owocowych. Jabłka, mirabelki – to nieodłączny element osiedlowego krajobrazu. Dziś sukcesywnie się te owocowe drzewa wycina, a wraz z ich znikaniem znika również Białostoczek mojego dzieciństwa. Taka kolej rzeczy, świat się zmienia, miasto uprawia swoją politykę, której z zielenią coraz rzadziej po drodze. Jedni powiedzą, że to jest właśnie rozwój na miarę miasta. Ja powiem, że jest to pomyłka. Ci pierwsi powiedzą, że żyję wspomnieniami, a przecież i tak mieszkam gdzie indziej. Ja powiem, że cieszę się, że mam tak dobre i kolorowe wspomnienia, a gdy dopadnie mnie nostalgiczny nastrój, pooglądam sobie zdjęcia osiedla, które zrobiłam kilka lat temu. Cieszę się, że je mam.

Jak wiecie, mój blog nosi nazwę BIAŁYSTOK WEDŁUG ANI. To, co tutaj publikuję, to moje opinie i spostrzeżenia. Mam do nich prawo, tak jak Wy, drodzy Czytelnicy, macie prawo do swoich własnych. Szanujmy to.

Reklamy

Kulturalny 2018 rok

O kondycji szeroko pojętej kultury w Białymstoku pisałam już kiedyś w notatce Wspierajmy kulturę! W Białymstoku też! Jej treść wciąż jest aktualna, chociaż minęły już dwa lata od publikacji tego wpisu. Dlaczego nawiązuję do moich przemyśleń z tego obszaru? Otóż dostałam od Kamili prezent – kalendarz ścienny z białostockimi muralami oraz kalendarz kulturalny, które to ukazały się dzięki Urzędowi Miejskiemu w Białymstoku. O ile kalendarze ścienne miałam już w poprzednich latach, o tyle wersja książkowa kalendarza z wymienionymi wydarzeniami kulturalnymi wpadła mi w ręce po raz pierwszy. Moim zdaniem jest to bardzo wartościowa publikacja dla wszystkich tych, którzy są szczerze zainteresowani tym, co dzieje się w mieście, zazwyczaj cyklicznie. Oczywiście nie znajdziemy tu opisów koncertów organizowanych przez prywatne podmioty, ale zawsze możemy uzupełnić kalendarium o te wydarzenia, które nas interesują.

Podejrzewam, że część z Was spojrzy na ten wachlarz miejskich wydarzeń krytycznym okiem i uzna, że akcje typu wspólne kolędowanie w Galerii Sleńdzińskich (to tylko przykład!) za mało imponujące. Być może. Faktycznie nie jest to atrakcja, która zapisze się w annałach historii. Odnoszę jednak wrażenie, że twórcom kalendarza chodziło również o to, by pokazać, jak wiele mniejszych przedsięwzięć na polu kulturalnym ma miejsce często w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. I może zachęci przysłowiowego Kowalskiego, by zamiast prosto do domu, zaszedł po pracy na wykład, mini koncert czy wernisaż wystawy. To także cenna wskazówka dla osób samotnych, które dzięki tego rodzaju inicjatywom mogą poznać nowych ludzi i przy okazji dokształcić się kulturalnie.

Nie oszukujmy się, Białystok to nie stolica ani bardzo duże miasto i trudno oczekiwać tu wydarzeń na miarę koncertu The Rolling Stones czy wystawy obrazów Fridy Kahlo. Ale mimo wszystko dzieje się w Białymstoku sporo, wystarczy chcieć poszukać lub zwyczajnie skorzystać z tych imprez, na które zjeżdżają do Białegostoku ludzie z całej Polski (i tu ponownie odsyłam do wspomianengo na samym początku wpisu z 2016 roku). Trzeba chcieć, bo z samego narzekania nic jeszcze nie wynikło.

Ilu z Was słyszało już, jacy pisarze zjadą do Białegostoku na kwietniowe targi książki? :) Lista jest imponująca! Warto się z nią zapoznać!

Fasty – to była marka!

Kilka lat temu odwiedziłam Galerię Sztuki Socrealizmu przy Muzeum Zamoyskich w Kozłówce (woj. lubelskie). Zwiedzanie tamtejszej wystawy to prawdziwa podróż w czasie, szczególnie dla kogoś, kto w PRL-u wprawdzie się urodził, ale z autopsji praktycznie go nie zna. Gdyby nie liczne zdjęcia, za wykonywanie których będę moim Rodzicom dozgonnie wdzięczna, bazowałabym tylko na ich opowiadaniach, a dzięki fotografiom jestem w stanie wyobrazić sobie, jak to życie w latach 80 musiało wyglądać. Moje osobiste wspomnienia zaczynają się kształtować dopiero na przełomie lat 80 i 90, czyli już w okresie tak zwanej transformacji.

Wróćmy jednak do Kozłówki. Socrealizm to oczywiście nie lata 80, w których się urodziłam, lecz okres dużo wcześniejszy. W Kozłówce znajdziemy pomniki, obrazy, rzeźby, grafiki czy plakaty z lat 50. Natknęłam się tam między innymi na plakat ilustrujący założenia PLANU 6-LETNIEGO z mapką Polski i naniesionymi nań wielkimi budowlami socjalizmu. Przy Białymstoku umieszczono oczywiście Kombinat Włókienniczy w Fastach.

Dziś o Fastach, czołowym zakładzie włókienniczym minionej epoki, możemy czytać tylko w czasie przeszłym. Na szczęście dostępne są liczne artykuły i reportaże, ilustrujące rzeczywistość zakładową tamtych lat i jego znaczenie dla rozwoju białostockiego przemysłu. Szczególnie polecam Wam następujące adresy:

Fasty były szansą na rozwój Białegostoku (Kurier Poranny, 29.03.2014)

Odkrywamy Białystok. Białystok stał Fastami. Kiedyś pracowało tam ponad 7 tys. ludzi (Kurier Poranny, 27.07.2016)

Odkrywamy Kombinat Fasty – sztandarowy zakład podlaskiego socjalizmu (Dziecko komuny, 17.11.2015)

Upadek kolosa (Kurier Poranny, 30.11.2006)

„Kombinat Fasty” – reportaż Joanny Sikory (Polskie Radio Białystok, 01.05.2017)

W mojej rodzinie krąży też zabawna opowieść dotycząca tkanin produkowanych w Fastach. Swego czasu moja Mama i Babcia wybrały się na zakupy do Berlina Wschodniego. Trafiły do sklepu z tekstyliami i natknęły się na bardzo gruby i solidny materiał – taki w sam raz na porządne zasłony. Oglądały go niemalże z każdej strony, podczas gdy ekspedientka bacznie je obserwowała, ale patrzyła na nie raczej ze zdziwieniem i uśmiechem, a nie w kontekście „Polak złodziej”. Dopiero po powrocie do Białegostoku wszystko się wyjaśniło. Otóż ten solidny materiał miał na lewej stronie przytwierdzoną metkę, z której wynikało, że wyprodukowano go nigdzie indziej jak w… Fastach :) W Polsce był wprawdzie niedostępny, za to wypełniał sklepowe półki w NRD. Taka historia!

Dziś po Fastach pozostały właściwie tylko budynki. Na miejscu prężnego zakładu włókienniczego powstało centrum aranżacji wnętrz. Jedynie w części zabudowań mieści się Zakład Zamiejscowy Andrychowskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego ANDROPOL SA. Praca tam ponoć do łatwych i dobrze płatnych nie należy, z drugiej strony chyba trzeba się cieszyć, że Białostocka Wykańczalnia Tkanin w jakimś sensie kontynuuje włókiennicze tradycje miasta. Wiecie już dobrze, że podczas zakupów staram się zwracać uwagę na miejsce produkcji danego towaru. Z czystą przyjemnością nabyłam pewien czas temu kilka zestawów pościeli z firmy Andropol, które zostały wykonane przy ulicy Przędzalnianej (sklep online Sweet Home). Zdecydowanie milej śpi się pod polską poszewką niż chińską czy pakistańską! Chociaż tyle mogę zrobić, aby wesprzeć lokalną produkcję… I tradycję.

 

Bojary w lutym

Bojary to taka część Białegostoku, którą magistrat chętnie chwali się w folderach turystycznych, a jednocześnie sukcesywnie zezwala na jej niszczenie. To taki białostocki paradoks – promujmy ideę idyllicznej osady-ogrodu w centrum miasta, ale pozwalajmy deweloperom zawłaszczać kolejne działki w jej obrębie. Dlatego z coraz mniejszą chęcią wybieram się tam na spacery. Za dużo złości i nerwów, a jednocześnie świadomość, że i tak nic się na ten regres nie poradzi. Na blogu przewinęło się już sporo zdjęć Bojar, które znajdziecie tutaj. Znalazłam jeszcze kilka obrazków z lutego 2017 roku. Przechodziłam przez Bojary z osiedla Piasta na Pałacową. Padał deszcz, było zimno, ale mimo wszystko wyciągnęłam aparat i uwieczniłam to i owo z myślą z tyłu głowy, że być może podczas kolejnego spaceru już tych wszystkich szczegółów nie zobaczę… Bo jakiś dom spłonie, bo małe dzieło sztuki zniknie. Polityka miasta wobec drewnianej zabudowy jest bezwzględna, o czym przekonać się mogliśmy w wyemitowanym niedawno materiale TVP Białystok: Problem z zachowaniem drewnianej architektury W związku z tym naprawdę dość osobliwe wydaje się wytyczanie turystycznego Szlaku Architektury Drewnianej, który opracowała kilka lat temu zewnętrzna firma i w ramach którego w mieście zamontowano metalowe tablice informacyjne przy wartościowych obiektach (spośród których nie wszystkie do dziś przetrwały). Myślę, że dość dobitnie podsumował to Jakub Porada w krótkim filmiku z jednodniowej wycieczki do Białegostoku – Bojary z perspektywy turysty nie są żadną magiczną enklawą czy miastem-ogrodem. I naprawdę się tej reakcji nie dziwię.

Jeżeli chcecie poczytać o historii Bojar, zajrzyjcie do Ani z bloga Białystok subiektywnie: Bojary. Od wsi do dzielnicy białostockich elit. Część 1. Początki Bojar i śledźcie jej kolejne wpisy na ten temat.

Ja tymczasem mam kilka zdjęć z początku 2017 roku. Mam nadzieję, że wszystko, co wtedy uwieczniłam, wciąż jeszcze istnieje.

Jedno z ładniejszych okien na Bojarach:

Typowy dom drewniany z ulicy Koszykowej:

Bojarska kapliczka:

Trochę sztuki:

IMG_7585

Wyremontowany dom przy ulicy Wiktorii. Jedna z trzech siedzib Galerii Sleńdzińskich:

Marszałek w jednym z bojarskich ogrodów:

 

Magiel niekoniecznie towarzyski

W dzisiejszych czasach coraz trudniej o dobrego rzemieślnika. Coraz więcej ludzi wyrzuca stare przedmioty, zamiast spróbować je naprawić. Ja jestem w tej materii bardzo konserwatywna, ponieważ staram się korzystać z ubrań, galanterii czy obuwia jak najdłużej, dzięki czemu znam chyba wszystkie lepsze zakłady szewskie, krawieckie czy kaletnicze w okolicy. Mam na przykład dosłownie trzy skórzane torebki, o które dbam i które oddaję raz na jakiś czas na mały „przegląd” do kaletnika. A o dobrego kaletnika też już coraz trudniej. W Białymstoku jest jednak fajne miejsce, które od lat cieszy się dobrą renomą i gdzie na pewno znajdziemy poszukiwanego przez nas rzemieślnika. Mowa oczywiście o pasażu Rzemieślnik przy ulicy Bema 11, który kilka lat temu doczekał się nawet swojej strony internetowej: Bema 11.

Niedawno Kamila przypomniała mi jednak o istnieniu innej instytucji, która lata świetności ma już pewnie za sobą, ale wciąż jeszcze można z niej skorzystać. Magiel! Kiedy to ostatni raz byłam u magla? Chyba jeszcze jako dziecko. Pamiętam, jak jeździłyśmy z babcią do magla na ulicy Białostoczek 7. Cała spacerówka wypchana pościelą i obrusami do prasowania, a Ania jak królewna na tronie na samej górze :) Przebłyski wspomnień wracają do dziś, choć miałam wtedy ledwie 3 lata z kawałkiem. Pamiętam, że magiel mieścił się w piwnicy we wspomnianym bloku. Do dziś można tam znaleźć tabliczkę z informacją, że takie usługi są tam świadczone. Również w Internecie natykam się na ten adres podczas wyszukiwania magla w Białymstoku. Czy ktoś z Was wie, czy zakład wciąż działa?

PS Niedawno udałam się do magla w Warszawie. Też taki stary, z tamtej epoki. Nie lubię prasować, poza tym w domu nigdy nie wyprasuję pościeli perfekcyjnie. Klimat w zakładzie przeniósł mnie momentalnie do lat mojego dzieciństwa. A pościel od magla to jednak zupełnie inna bajka :) Już zbieram paczkę na kolejną wizytę!

lokalny patriotyzm – część III

Już prawie dwa lata minęły od ostatniego z moich postów poświęconych produktom regionalnym z Białegostoku i Podlasia. Przez ten czas nie zmieniło się jednak moje podejście w kwestii zakupów – wciąż staram się być świadomym konsumentem i z radością wspieram wartościowe produkty i przedsięwzięcia rodem z Podlasia. Podobnie jak w części pierwszej oraz drugiej chciałabym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami. Wybór towarów i usług jest oczywiście subiektywny, ponieważ to, co na przykład smakuje mi, może wydać się komuś innemu zupełnie nieatrakcyjne. Na szczęście mamy wolność wyboru i każdy kupuje to, co mu odpowiada.

Z przykrością stwierdzam, że na przestrzeni ostatnich kilku lat zniknęły niektóre produkty, o których pisałam we wcześniejszych postach. Ta Agrovita, którą widzicie w sklepach, nijak ma się do tej białostockiej sprzed lat. To zjawisko tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że trzeba wspierać lokalnych producentów, ponieważ co innego taki zwykły szary człowiek może w gruncie rzeczy zrobić dla swojego regionu?

  1. Kefir naturalny 0% tłuszczu SM Łapy

To obok łapskiego masła mój ulubiony produkt z tej firmy. Ku mojej radości jest dostępny w niektórych sklepach w Warszawie, dzięki czemu mogę go spożywać regularnie. Przed wypiciem musimy naprawdę energicznie wstrząsnąć butelką, ponieważ w kefirze są właściwe mu grudki. Z tej samej SM polecam Wam jeszcze śmietanę 18%. Jej niestety nie widziałam nigdzie w Warszawie, dlatego podczas gotowania korzystam z tej z Piątnicy lub Sokółki.

źródło

2. Masło OSM Hajnówka

Ciężkie czasy nastały dla miłośników masła. Ceny poszybowały w górę – nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach UE. Cóż począć. Nie zrezygnuję z masła na rzecz jakichś margaryn i miksów. Co więcej, uparcie kupuję moje ulubione masło z Łap, a w przypadku jego braku to hajnowskie. Przy okazji wspomnę jeszcze, że ser biały z Hajnówki również należy do moich ulubionych produktów spożywczych.

źródło

3. Piwo z Browaru Słodowy Dwór

Dopóki nie spróbowałam piwa z Harasimowicz, uważałam, że piwo z białostockiego Browaru Gloger jest niezłe. Jednak piwa z małej wsi pod Dąbrową Białostocką są w tym momencie chyba najciekawszym napojem tego rodzaju, który powstaje w regionie i który można zakupić w wybranych miastach i sklepach w kraju. Oczywiście warto podkreślić również walory wizualne – etykiety i nazwy trunków są wyjątkowe i bardzo związane z Podlasiem i Suwalszczyzną, za co należy się wielki plus.

PS Wiem, że coraz więcej osób tworzy piwo w domu i tonem znawcy chętnie krytykuje wszelkie produkty jakichkolwiek browarów. Ja jednak na zabawę w domowy browar nie mam ani czasu, ani ochoty, dlatego kupuję to, co znajdę na sklepowych półkach.

źródło

4. Oranżada Krynka

Czasem każdy z nas ma ochotę na coś niezdrowego. Oby nie za często, ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić na takie zachcianki. Oprócz wody źródlanej Krynka, która obecna jest w naszym domu, muszę wspomnieć też o ich kultowej oranżadzie w szklanych butelkach. Do dziś pamiętam, że całkiem niechcący okazała się hitem na naszym weselu i dość szybko zaczęliśmy żałować, że kupiliśmy jej tak mało ;)

źródło

5. Mydło naturalne SVOJE

Nie samym jedzeniem i piciem człowiek żyje. Od paru lat obserwujemy zwrot ku kosmetykom naturalnym, coraz więcej osób kupuje je świadomie i czyta etykiety. Dlatego warto podkreślić, że mamy w Białymstoku firmę produkującą prawdziwie naturalne mydła, w tym takie unikaty jak na przykład mydło żubrowe :) Zachęcam Was do zapoznania się z ofertą sklepu SVOJE.

6. Książki z Fundacji Sąsiedzi

Moda na reportaż trwa. Chętnie czytamy książki poświęcone bliższym i dalszym zakątkom naszego globu, jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne pozycje zaliczane do popularnej ostatnio literatury faktu. Sama łapię się na tym, że czytam głównie reportaże, a dawno nie sięgnęłam już po tradycyjną powieść. Ostatnia wizyta w bibliotece (Tak, wreszcie się zapisałam do biblioteki, ponieważ zaczęło mi brakować miejsca na książki! Janusz patrzył na mnie podejrzliwie, kiedy kurier dostarczał do domu kolejne przesyłki z księgarni internetowych, a mama stwierdziła, że chyba w końcu powinnam przejrzeć książki, które już mam, bo nie mogę ich składować w moim pokoju w nieskończoność…) skończyła się tak samo. Poszłam z zamiarem wypożyczenia powieści, a wróciłam z sześcioma księgami z gatunku reportaż… Dlatego tym bardziej polecam Wam ofertę wydawnictwa Fundacja Sąsiedzi. Znajdziecie tam liczne reportaże oraz albumy poświęcone Podlasiu oraz szeroko pojętemu Wschodowi. Fundacja Sąsiedzi mieści się w Białymstoku.

7. Dary Natury

Od nich polecam właściwie wszystko – od zwykłych herbatek ziołowych po oleje i przyprawy bez chemii. Nie polecam tylko zamówień przez Internet (zapewne część z Was pamięta moje przeboje z tą firmą…). Na szczęście towary z logo Darów Natury dostępne są w wielu sklepach stacjonarnych (również w Warszawie), więc można je zakupić drogą tradycyjną.

To dzisiejsza szczęśliwa siódemka :) A jakie są Wasze typy? Co regionalnego polecacie? Czekam w napięciu na Wasze wskazówki.

Ania – lokalna patriotka :)